Odsiedział wyrok, wrócił w rodzinne strony — wszyscy schodzili mu z drogi, z wyjątkiem jednej osoby.
Autobus wysadził go przy przekrzywionym drogowskazie, zaskrzypiał hamulcami i ruszył dalej, zostawiając za sobą chmurę spalin i topniejący brudny śnieg.
Paweł został sam.
Poprawił pasek sfatygowanej torby, postawił kołnierz popielatej kurtki i odetchnął chłodnym powietrzem. Osiem lat w kolonii karnej na Syberii — we wspomnieniach — nauczyło go jednego: cierpliwości.
Miał trzydzieści siedem lat. Dawniej uchodził za najlepszego cieślę w gminie. Zmarnował życie przez jedną noc i głupią bójkę w klubie, kiedy w obronie brata uderzył napastnika tak nieszczęśliwie, iż ten zmarł. Matka zmarła niedługo po wyroku, brat wyjechał za granicę.
Kiedy szedł przez wieś, kobiety pod sklepem natychmiast ucichły. Odwróciły głowy w stronę wystawy. Stary sołtys warknął silnikiem swojego auta i uciekł. Dla nich nie był już dawnym Pawłem, ale napiętnowanym wilkiem.
W rodzinnym domu czekał na niego zapach stęchlizny i zimno. Rozpalił w piecu, ale żołądek ściskał mu się z głodu i bezsilności. Nikt w okolicy nie da mu roboty.
Wtem usłyszał ciche pukanie.
Na progu stała Anna Nowicka. W rękach trzymała gliniany garnek i chustę pełną domowego chleba.
— Wiem, iż masz pustą lodówkę, Paweł, — powiedziała spokojnym, niskim głosem. — Masz, zjedz coś ciepłego.
Paweł cofnął się o krok: — Oszalałaś, Anka? Cała wieś na ciebie patrzy. Przecież ja jestem kryminalistą. Ona spojrzała na niego bez strachu: — Ludzie plotkują, bo nie znają prawdy o przebaczeniu. Pamiętam, jak pomagałeś moim rodzicom. Odsiedziałeś swoje. Bądź po prostu człowiekiem.
Przez kolejne tygodnie żył z dorywczych robót u starych ludzi. Tylko Anna podtrzymywała go na duchu, a jej dziewięcioletnia córka Kasia przynosiła mu rysunki. Dla Kasi Paweł rzeźbił w drewnie małe zwierzątka.
W grudniową noc zerwała się potężna zamieć. Wichura zerwała linię energetyczną i powaliła potężny dąb wprost na dom Anny. Ściana pękła, a z pieca buchnął ogień.
— Paweł!… — rozległ się przeraźliwy krzyk z płonącego budynku. — Kasia jest w środku!
Paweł rzucił się w ogień bez namysłu. Wbił siekierę w zablokowane drzwi, odrzucił płonące belki i wyciągnął nieprzytomną dziewczynkę prosto w śnieg, uciekając w ostatniej sekundzie przed zawaleniem dachu.
Kiedy obudził się w szpitalnym łóżku, obok niego siedziała Anna z Kasią. A w drzwiach stał komendant straży i lokalni przedsiębiorcy.
— Przepraszamy cię, Paweł, — powiedział starszy mężczyzna, ściskając mu dłoń. — Oceniałem cię pochopnie. Uratowałeś dziecko. Od jutra masz etat u mnie w tartaku, a dom Anny odbudujemy wspólnie.
Na wiosnę Anna i Kasia zamieszkały u Pawła. Wieś przestała szeptać, bo dobroć okazała się silniejsza od uprzedzeń.
Kiedy Kasia bawiła się w ogrodzie nową drewnianą zabawką, Paweł objął Annę w pasie i popatrzył w jasne, wiosenne niebo. W ich domu znów zapanowało życie.











