Odrzucałam matkę i jej czyny, a stałam się jej odbiciem.

newsempire24.com 1 tydzień temu

Przez całe życie nienawidziłam matki za to, co zrobiła, ale sama stałam się jej odbiciem.

Nazywam się Katarzyna Łabędzka i mieszkam w miasteczku Kazimierz Dolny, gdzie stare uliczki szepczą z wiatrem nad Wisłą. W dzieciństwie wierzyłam, iż nie ma nic piękniejszego niż być dzieckiem. Moje koleżanki spieszyły dorosnąć — zakładały sukienki i buty na obcasach swoich matek, a ja kurczowo trzymałam się swoich zabawek, klocków i farb. Rysowałam naszą rodzinę: siebie pośrodku, tatę trzymającego mnie za jedną rękę, mamę — za drugą, a w oddali dziadków, rozpromienionych ze szczęścia. Kto mógł przypuszczać, iż z tej idylli nie pozostanie żaden ślad, a moje życie stanie się lustrem odbijającym to, czego najbardziej nienawidziłam?

Tata, Michał, był inżynierem — ciągle zapatrzony w monitor, wydawał mi się człowiekiem z innego świata. Ale kiedy odrywał się od ekranu, jego oczy, ukryte za grubymi szkłami okularów, patrzyły na moją mamę, Zofię, z taką miłością, iż zazdrościłam im tego uczucia. Akceptował wszystkie jej dziwactwa: jaskrawe, niemal teatralne stroje, stosy książek o duchowości, dziwne przyjaciółki z rozczochranymi włosami. Później pogodził się z jej częstymi nieobecnościami z powodu “pracy”, spóźnieniami do domu, z faktem, iż kolacja to kolejny “egzotyczny” posiłek, jak sałatka z tofu, bo mama “nie zdążyła” ugotować. Jadł w milczeniu jej potrawy, tak samo jak znosił jej kaprysy: osobne sypialnie, rytuał wspólnego śniadania, które uznawała za fundament rodzinnej harmonii.

Każdego ranka tata obserwował, jak wskazówki zegara nieubłaganie posuwają się naprzód, wiedząc, iż spóźni się do pracy. Ale czekał, aż mama, senna i zaniedbana, zaparzy swój “pobudzający” herbaciany napar, posmaruje tost oliwkowym pasztetem i położy na wierzchu plaster szynki. Ten rytuał powtarzał się dzień w dzień: tata się spóźniał, ale znosił to, byleby tylko zobaczyć jej uśmiech. A mama w tym czasie pochłonęła kursy medytacji, potem jogi, w końcu zakochała się w swoim instruktorze, Adamie. Pewnego wieczoru oznajmiła nam z tatą: „Kocham innego. Moje serce domaga się wolności. Jesteście mi bliscy, ale duszę się bez prawdziwej namiętności”. Ja, mała i zagubiona, myślałam: czyż nie kochałam jej wystarczająco? Czy to nie było wystarczające?

Tata nie krzyczał, nie urządzał scen. Zaszył się w sobie, w swoim komputerze, jakby tam można było ukryć się przed bólem. Ich życie i tak biegło osobno, więc na zewnątrz kilka się zmieniło. ale ja się załamałam: w szkole stałam się złośliwa, gniewna, gotowa rozszarpać każdego, kto stanie na mojej drodze. Dziadek, Jan, wziął mnie pod swoje ramiona — zabierał do parków, pomagał w nauce, ocierał łzy i mówił, iż rodziny są po to, by być razem. Kiedy mama złożyła pozew rozwodowy i odeszła, babcia nie zniosła żalu i zmarła. Dziadek zaczął ślepnąć — z tęsknoty, z widoku naszej rozbitej rodziny, ale przez cały czas nazywał tatę „zięciem” z dumą w głosie.

Poczułam, iż mogę coś zmienić, ale nie wiedziałam jak. Aż pewnego dnia, zainspirowana rozmowami z dziadkiem, znalazłam w notesie mamy numer jej kochanka i zadzwoniłam do jego żony. “Czy wie pani, iż pana mąż spotyka się z moją matką?” — wyrzuciłam trzęsącym się głosem. Tego dnia złamałam serce mamy. Jej ukochany wrócił do rodziny, a ona została sama — na zawsze. Czy mi wybaczy? Nie wiem. Czy widziała moją zemstę, kiedy wychodziłam za mąż za Mateusza? Czy pochwaliła, gdy urodziłam córkę Zosię? Nie jestem pewna.

Ale czas mijał, a ja nie zauważając, zaczęłam się w nią zmieniać. Wciągnęłam Mateusza i Zosię w wspinaczkę — moją małą ucieczkę. Później zapisałam się na pływanie, by uciec od rutyny za laptopem. Basen stał się moją ostoją, zmywającą złość — na świat, na pracę, na męża, który wydawał mi się coraz bardziej zwyczajny i monotonny. Zaprzeczałam temu, ale cień matki rósł we mnie. Wszystko stało się jasne, gdy zakochałam się w moim trenerze, Marcinie. Mateusz i Zosia przestali mi wystarczać — pragnęłam wolności, namiętności, jak ona kiedyś.

Zostawiałam Zosię u dziadka i biegłam do Marcina, serce biło z ekscytacji. Zosia pytała: „Mamo, dokąd idziesz?” A niewidomy dziadek mocniej ściskał jej rączkę, głaskał po głowie. Miłość płonęła we mnie coraz mocniej, aż pewnego dnia czekałam na Marcina trzy godziny na próżno. Następnego dnia na basenie powiedział: „Mam jedną kobietę — moją żonę”. Te słowa poraniły mnie jak ostrze. We łzach pobiegłam do dziadka, jedynego, który mógł zrozumieć. Przytulona do jego ramienia, płakałam, próbując wyjaśnić, jak ktoś ukradł mi życie. I wtedy zobaczyłam łzy w jego niewidzących oczach. Wszystko stało się jasne: zadzwonił do żony Marcina, jak ja kiedyś do żony kochanka mamy. „Dla Zosi” — szepnął.

Miesiące próbuję uleczyć ranę w sercu, ale ból nie ustaje. Z tym krwawiącym sercem pogodziłam się z mamą, rozumiejąc, jak trudno być córką, żoną i matką jednocześnie. Jedna z tych ról zawsze cierpi. Mateusz nie stał się mi bliższy, ale tata urósł w moich oczach — jego nieskończona miłość do mamy, jego umiejętność wybaczania i odpuszczania wstrząsnęły mną. To ja, nie on, przycięłam jej skrzydła. A dziadek, mój pocieszyciel, teraz sam zakończył mój lot — dla Zosi, dla mnie. Pokazał, iż szczęście nie leży w ukrytych pasjach, ale w szczerej, otwartej rodzinie. I wierzę jego ślepym, mądrym oczom, przez które kiedyś patrzyłam na świat.”

Idź do oryginalnego materiału