Pamiętam, iż kiedyś w naszym rodzinnym domu przy ulicy Kościuszki w Warszawie miał miejsce nie lada spór. Zebraliśmy się przy niedzielnym obiedzie, a rozmowa o codziennych sprawach gwałtownie przerodziła się w dobrze zaplanowaną okrążę. Przy stole siedzieli mój mąż Marek, ja Klementyna, teściowa Jadwiga Kowalska, brat Marka Wacław, oraz jego siostra Zuzanna.
Jadwiga Kowalska, złośliwie i jednocześnie z udawaną troską, zwracała się do mnie: Jadzia, rozumiesz przecież, iż Wacław ma własny biznes, cały dzień przy negocjacjach, a Zuzia mieszka na drugim końcu miasta, dojeżdża dwie godziny w korkach. Ty pracujesz w domu, masz wolny grafik, przy komputerze. Czy nie będzie ci trudno wpaść do ciotki Grażyny, podać zupę, zmierzyć ciśnienie?
Połknęłam herbatę, starając się nie potrącić spodek, i poczułam, jak w moich policzkach rośnie cień. Rozmowa, która zaczęła się niewinnie, przerodziła się w wyraźny nacisk. Grażyna siostra teściowej przeszła tydzień temu udar. Lekarze zrobili wszystko, co mogli, kryzys minął i jutro ma wrócić do domu, ale lekarze nakazali jej leżeć w pełnym odpoczynku i potrzebować stałej opieki.
Pani Jadwigo zaczęłam spokojnie, choć wewnątrz buzowała furia nie mam wolnego grafiku. Jestem główną księgową pracującą zdalnie, kończymy kwartalny raport, a ja od monitora nie odrywam się pięciu godzin, choćby by napić się wody. Co to ma być wpadać do ciotki Grażyny? Mieszka trzy przystanki autobusem, czyli ponad godzinę w obie strony, plus opieka.
Zuzanna machnęła ręką, nakładając sobie sałatkę. Twoja księgowość nie zniknie. Weź laptopa ze sobą, usiądź przy ciotce, popracuj, potem podaj wodę. Przynajmniej rodzina pod opieką. Jesteśmy jedną rodziną.
Spojrzałam na Zuzannę, pielęgnowaną, z nienagannym manicure, pracującą jako recepcjonistka w salonie piękności dwa razy w tygodniu. Zuzanna, twój grafik to dwa razy w tygodniu, więc masz piętnaście dni w miesiącu wolne. Dlaczego nie weźmiesz połowy dyżurów? dodałam.
Zuzanna zakrztusiła się liściem sałatki i szeroko otworzyła oczy. Co? W weekend mam życie prywatne! Poza tym boję się krwi, zapachów leków, od razu mdleję, kiedy leżę przy Grażynie. Nie dam rady, mój psychiczny kręgosłup jest wrażliwy.
Wacław, kręcąc klucze od swojego nowego SUV-a, wtrącił się: Ja mogę dać pieniądze na jedzenie. Ty wiesz, iż teraz sezon, nie widuję rodziny, przychodzę tylko na nocny sen. Gdybym zrezygnował z tego, byśmy wszyscy poszli w różne strony, nie miałbym pieniędzy.
Wszyscy spojrzeli na mnie. Marek, mój mąż, spuścił głowę i starannie wtykał widelec w kotlet zawsze gubił się pod presją teściowej i jej krewnych.
Proszę poczekać podniosłam się, prostując kręgosłup. Ustalmy fakty. Grażyna ma dwoje dorosłych dzieci Wacława i Zuzannę. To ich obowiązek, by opiekować się matką. Ja mam swoją pracę, dom i własną mamę, którą również trzeba wspierać. Mogę przychodzić w weekendy, przynosić zakupy, pomagać w sprzątaniu raz w tygodniu, ale nie zostanę opiekunką.
W pokoju zapadła ciężka cisza. Jadwiga przycisnęła wargi, a jej twarz przybrała wyraz wypieczonego jabłka. No i jak się wypowiadasz! warknęła. Tak samo, jak Marek naprawiał mieszkanie, Wacław dostawał materiały budowlane z rabatem. Tak też Zuzanna dawała ci rabat w salonie, a ty dziękowałaś. A kiedy przychodzi kłopot, to moja chata z daleka. Grażyna, tak przy okazji, opiekowała się małym Mareczkiem, kiedy ja w dwie zmiany w fabryce pracowałam! Ona była dla niego drugą matką!
Marek w końcu podniósł głowę. Jego twarz była pełna skruchy. Jadzia, naprawdę Grażyna bardzo mi pomagała. Może uda się jakoś to ogarnąć? Wieczorami będę wjeżdżał
Marek spojrzałam mu prosto w oczy. Wieczorami przyjeżdżasz o ósmej, a kto będzie z nią od ósmej rano? Wacław przed siedmioma laty dał mi rabat na cement i nie pobrał za to nic. Zuzanna dała mi pięć procent zniżki, a ja wydaję więcej na paliwo, by dojechać do niej. Nie chcę teraz rachunków za rodzinne przymilania.
Wacław wstał gwałtownie, odrzucając krzesło z nieprzyjemnym zgrzytem. Rozumiem. Pomocy nie dostaniesz. Będziemy sami. Zatrudnimy opiekunkę, bo krewniaki jakby… bez serca. Tylko pamiętaj, ziemia jest okrągła kiedy będziesz potrzebować szklanki wody, nie zdziw się, iż będzie pusta.
Rzucił na stół banknot pięć tysięcy złotych na owoce i wyszedł z kuchni. Zuzanna pospieszyła za nim, rzucając ostateczne spojrzenie. Jadwiga złapała się za serce i szukała w torebce Wamodyny.
Wieczór upłynął w przytłaczającej ciszy. Marek krążył po mieszkaniu, wzdychał, ale nie podjął rozmowy. Czułam, iż uważa mnie za okrutną, ale wiedziałam też, iż jeżeli teraz poddam się, kolejne miesiące, a może lata, spędzę w mieszkaniu Grażyny, zmieniając pieluchy i słuchając kaprysów, podczas gdy kochające dzieci będą budować biznesy i prowadzić własne życia.
Następnego dnia telefon nieustannie dzwonił. Dzwoniła teściowa, potem jakaś kuzynka z Łodzi, potem znów teściowa. Nie odbierałam. Pracowałam. Liczby w raportach wymagały skupienia, a emocje twardej kontroli.
Wieczorem Marek wrócił, bladszy niż chmury przed burzą. Mama dzwoniła odezwał się, jeszcze nie zdejmując butów. Grażyna płacze. Mówi, iż nikt jej nie potrzebuje, iż wyłożą ją w dom pomocy społecznej i zapomną. Wacław zatrudnił jakąś kobietę, ale ona może przyjść tylko dwie godziny dziennie, by podgrzać jedzenie. A resztę?
Marek, Wacław ma dwoje nastolatków, żona nie pracuje, zajmuje się domem. Zuzanna nie ma dzieci. Dlaczego nie mogą ustalić grafiku? spytałam zmęczona.
Żona Wacława twierdzi, iż to jej matka, nie jej własna. A Zuzanna wiesz, iż ona zaczęła histerię, iż depresja zacznie się przy widoku kaczek i kroplówek. W sumie każdy jest na skraju, a ciotka leży sama. Jadzia, może dasz chociaż pół dnia? Dopóki nie znajdziemy normalnej opiekunki?
Spojrzałam na męża. Kochałam go. Był dobry, uczynny, ale jego łagodność potrafiła nas zabijać. Dobrze powiedziałam nagle. Jedziemy jutro. Ale mam warunek.
Jaki? rozpromienił się Marek.
Zobaczysz.
Rano, z laptopem pod pachą, pojechałam do ciotki Grażyny. Drzwi otworzyła już wspomniana dwugodzinna opiekunka, zmęczona kobieta z wyczerpanymi oczami. O, na Boga, choćby ktoś westchnęła. Grażyna nie chce zupy, odmawia, domaga się rosółku, a ja nie mam czasu gotować, muszę do dwóch starszych panów.
W mieszkaniu pachniało korwalolem i starymi pościelami. Grażyna leżała na wysokim łóżku, otoczona poduszkami, oglądając telewizję. Zobaczyła mnie i zmarszczyła wargi. A, w końcu. Myślałam, iż przyjdą Wacław albo Zuzanna. A przywieziono mi siódmą wodę na galaretkę.
Dzień dobry, Grażyno przywitałam się chłodno. Wacław pracuje, Zuzanna ma ręce pełne. Przyszłam pomóc. Czego potrzebujesz?
Rosół! Świeży, z grzankami! I pościel wymienić, bo kruszy mnie poduszka. I zasłony podwieść, słońce w oczy bije, nie widzisz?
Z westchnęciem położyłam laptop na stole i pojechałam do kuchni. W lodówce leżał żółty ser i rozlany jogurt, a kurczaka nie było.
Grażyno, nie ma produktów. Wacław obiecał? zapytałam.
Obiecał, obiecał Zapomniał, pewnie. Idź do sklepu, kochana. Tu niedaleko “Biedronka”. Kup kurczaka, twaróg, świeże owoce, nie te zgniłe.
Gdzie jest kasa? spytała.
Jaką kasę? zdziwiła się. Pensja dopiero piętnastego. Kup, a Wacław zapłaci później. Albo was z Markiem nie ma pieniędzy, iż liczycie każdą złotówkę?
Wzięłam portfel, pojechałam do sklepu, wydałam trzy tysiące złotych. Ugotowałam rosół, nakarmiłam ciotkę, wymieniłam pościel. Grażyna nie przestała gadać. Nie tak poduszki uderzyłaś! Kto tak kroi chleb? Ostro! Uważaj na nogę! Zuzanna by to zrobiła delikatnie, jej ręce są miękkie
Gdzie jest Zuzanna? nie wytrzymałam.
Nie dotykaj Zuzanny! Dziewczyna nie ma życia prywatnego, musi szukać mężczyzny, nie kaczek za babcią nosić. Ty już mężatka, nie potrzebujesz niczego, siądź i opiekuj się.
Wieczorem wyczerpałam się tak, jakby zrzuciłam wagon węgla z toru. Otworzyć laptop i pracować udało mi się jedynie przez piętnaście minut, potem ciotka się zasypiała, a potem szły: woda, zmień kanał, zamknij okno, otwórz okno, przeczytaj gazetę, dlaczego tak głośno stukasz klawisze.
Marek wrócił, by przejąć nocną zmianę. No jak? zapytał żwawo. Wszystko w porządku?
Marek szepnęłam. Kupiłam jedzenie za własne pieniądze, sprzątałam, gotowałam, myłam twoją ciotkę. Nie usłyszałam ani dzięki. Tylko pretensje i porównania ze Zuzanną, angelą, której nie ma. Twoja ciotka uważa, iż jestem jej sługą, bo szczęśliwie wyszłam za Ciebie.
Ona choruje, charakter się psuje zaczął Marek.
Nie. Ten charakter miał zawsze, po prostu teraz hamulce nie działają. Posłuchaj mnie uważnie. Nie przyjdę już więcej. Nigdy więcej nie będę opiekunką.
Marek patrzył zdumiony. Gdzie ja znajdę zastępstwo? Nie mam czasu, bo w pracy
Następnego ranka zadzwonił Wacław. Cześć, Jadzia. Rozmawiałem z mamą, mówi, iż wczoraj świetnie sobie radziłaś, rosół był pyszny. O której przyjedziesz dzisiaj? Bo opiekunka zachorowała. Muszę zrobić wlewy o dwunastej.
Nie przyjdę, Wacławie odrzekłam spokojnie.
Co? jego głos stał się ostry. Umówiliśmy się. Wczoraj byłaś, wszystko w porządku.
Wczoraj przyjechałam, by ocenić zakres pracy i sytuację. Oceniłam. Twojej mamy potrzebna jest profesjonalna, całodobowa opieka. Nie jestem pielęgniarką, jestem księgową. Mój dzień roboczy kosztuje pieniądze. Wczoraj straciłam cztery godziny pracy i trzy tysiące złotych na zakupy.
Czyli wystawiasz mi rachunek? wkurzył się Wacław. Rodzinie rachunek?
Wystawiam rachunek rzeczywistości, Wacławie. jeżeli nie możesz sam opiekować się, a Zuzanna nie może,Wtedy Klementyna, z chłodnym spokojem, spojrzała na wszystkich zebranych i powiedziała, iż od tej chwili każdy będzie sam za swoje obowiązki, zamykając tym samym rozdział o naciąganych rodzinnych zobowiązaniach.







