Oddział po dziadku Władku

newsempire24.com 2 dni temu

Do lasu trafiłam w połowie października, akurat kiedy pierwszy śnieg przysypał grzbiety Beskidu Sądeckiego. Pracuję w nadleśnictwie dwanaście lat, prowadzę księgowość, i przez cały ten czas nie widziałam, żeby ktokolwiek przychodził do biura w niedzielę o siódmej rano z własnym scyzorykiem i prospektem z 1937 roku.

Ta kobieta nazywała się Helena Mrugała. Położyła na moim biurku pożółkły folder, z którego wysypały się fotografie — chłopcy w mundurach bez dystynkcji, stojący pod sosnami, które dziś mają po osiemdziesiąt lat. Mówiła szybko, jakby bała się, iż jej przerwę.

— Dziadek Władek służył w takim obozie. Trzy lata, od trzydziestego siódmego. Sadził las między Piwniczną a Rytrem. Pytam, czy mogę znaleźć te miejsca.

Za oknem wiało od strony Popradu, termometr pokazywał minus dwa. W piecu kaflowym dogasał wczorajszy węgiel. Zdjęłam rękawiczki, żeby przejrzeć dokumenty. Obok zdjęć leżała składanka urzędowych pism — coś, czego nigdy wcześniej nie widziałam na własne oczy.

Polska między wojnami prowadziła masowe zalesianie. Młodzi mężczyźni z przeludnionych wsi szli do junackich obozów pracy: karczowali nieużytki, kopali rowy melioracyjne, sadzili sosnę i świerk tam, gdzie wcześniej owce zjadły wszystko do gołej ziemi. Dostawali nocleg w barakach, miskę zupy i kilka złotych tygodniowo — większość odsyłali rodzinie do domu.

— Dziadek nigdy nie mówił, ile zarabiał — Helena przesunęła palcem po wyblakłym piśmie. — Babcia wspominała tylko, iż dzięki tym przekazom przetrwali zimę trzydziestego dziewiątego. A potem przyszli Niemcy i obóz zamknęli.

Zapytałam, po co jej te lasy po tylu latach. Wzruszyła ramionami, ale nie odpowiedziała od razu. W kieszeni kurtki miała złożoną mapę sztabową — taką, jakich używali leśnicy przed wojną — a na niej zaznaczone trzy krzyżyki.

— Bo dziadek przed śmiercią powtarzał, iż zasadził las, w którym nikt z rodziny nigdy nie był. A ja chcę w końcu w nim usiąść. Na pniu. I zjeść chleb ze smalcem, tak jak on kiedyś.

Pojechałyśmy moim starym maluchem. Droga z Piwnicznej w stronę Wierchomli wiła się między nagimi bukami, a na zakrętach sypał się drobny śnieg. Helena opowiadała, iż dziadek po wojnie wrócił do rodzinnej wsi bez jednego palca u lewej ręki — wpadł pod kłodę przy wyrębie. Nigdy nie narzekał. Sadził drzewa do osiemdziesiątego pierwszego, już prywatnie, na miedzach i przy drodze do kościoła.

— Ludzie się śmiali, iż Władek z łopatą chodzi jak z karabinem. A on mówił, iż jak nie posadzisz, to syn nie zbuduje chałupy.

Pierwszy krzyżyk na mapie nie pasował. Na tym terenie stał teraz wyciąg narciarski, a stok był wygolony jak placek. Helena zacisnęła usta, poprawiła chustę i powiedziała tylko:

— Dalej.

Drugi krzyżyk wypadł przy leśniczówce, którą rozebrano w latach siedemdziesiątych. Została kamienna podmurówka i zdziczałe jabłonie. Krążyłyśmy między nimi z kompasem, ale śnieg zakrył granice oddziałów. Zaczynały mi marznąć palce u nóg. Ona szła bez rękawiczek, z gołymi dłońmi, bo co chwilę dotykała pni — jakby szukała kogoś po omacku.

— Tu mógł być ich obóz — powiedziała pod nosem, patrząc na wąwóz za jabłoniami. Stała chwilę, potem kucnęła i wzięła garść ziemi. Śnieg topniał jej w dłoni, a woda spływała na nadgarstek. Nie wytarła ręki.

Trzeci krzyżyk leżał najdalej, na zboczu za potokiem. Musiałyśmy przejść po zwalonej olszy, bo mostek zabrała powódź w 2010 roku. Helena szła pierwsza, spódnica zaczepiała jej się o gałęzie. Mówiła, iż dziadek opowiadał o takim miejscu: stromy stok, woda na dole, a na górze wykarczowany pługiem pas ziemi. Wyglądało, iż to tam.

Ale las na tym zboczu był młody. Modrzew i jodła, góra czterdzieści lat. Helena stanęła jak wryta. Widziałam, jak jej plecy sztywnieją pod watowaną kurtką — nie z zimna.

— To nie tu — powiedziała cicho. — Dziadek sadził sosnę. A to jest młodsze.

Chciałam coś poradzić, ale ona już wyjęła z torby butelkę herbaty i napiła się, patrząc w dół na potok. Wtedy zrobiło się jakoś inaczej. Między nami i wodą stał rząd sosen — potężnych, z grubą korowiną w kształt jaszczurki, o pniach, których nie objęłoby dwoje ludzi. Nie zauważyłyśmy ich wcześniej, bo jechałyśmy od góry, a one rosły w jarze.

Helena oddała mi termos. Zeszłyśmy w dół, trzymając się nawzajem za rękawy. Między pniami rosła borówka, a śnieg na tym stoku był pokryty igłami. Pachniało żywicą, jak w kościele na roratach. Ona chodziła od drzewa do drzewa, a potem położyła dłoń na jednym z najstarszych pni.

— To on — powiedziała. — Na pewno.

Nie pytałam, skąd wie. Wyjęła z chlebaka kromkę razowca, owinęła smalec w śniadaniowy papier i usiadła na gołym korzeniu. Jadła powoli, jakby ten las miał jej za to coś powiedzieć. Potem rozwinęła serwetkę z ziemią, którą nabrała przy leśniczówce, i wsypała ją u podnóża sosny, między korzenie. Wiatr od potoku podniósł kilka grudek, ale większość została.

W drodze powrotnej się nie odzywałyśmy. Dopiero przy samochodzie zapytała, czy może przyjść do nadleśnictwa z wnuczką i pokazać jej te miejsca. Powiedziałam, iż mogę zeskanować mapę dziadka i założyć kopertę z opisem, żeby nie zginęła. Zgodziła się, ale pod warunkiem, iż oryginał wróci do niej do domu.

— Dziadek tę mapę trzymał pod łóżkiem, w blaszanym kuferku razem z kartkami od matki. Oddałam mu ją w szpitalu na dwa dni przed śmiercią, ale nie było już po co.

W biurze zrobiłam dwa odciski z serwetki, na której tak długo zaciskała palce, i włożyłam jeden do akt osobowych, do przegródki „osoby zasłużone”. Nie wiem, kto to kiedyś otworzy. Może za dwadzieścia lat jakiś student leśnictwa zapyta, po co w dokumentacji trzyma się nasiona z nieznanego oddziału. Mapa dziadka Władka wisi teraz w naszym korytarzu, oprawiona w ramę, z dopiskiem: „Oddział 213, las sadzony w latach 1937–1939. Wykonał junak Władysław Mrugała, bez jednego palca u lewej ręki”.

A sosny w jarze rosną dalej. Kilka tygodni temu byłam tam służbowo z geodetą — mierzyliśmy granice. Nie zatrzymywałam się długo. Stanęłam przy najgrubszym pniu, tym z korowiną jak jaszczurka, i odłamałam kawałek kory. Pachniał tak samo. Włożyłam go do kieszeni służbowej kurtki i zapięłam na guzik, chociaż nigdy tego nie robię.

Idź do oryginalnego materiału