Wysłana do domu opieki
Przestań, Jadziu, choćby nie próbuj! Stefania Kwiatkowska z impetem odsunęła od siebie talerz z owsianką. Chcesz mnie oddać do jakiegoś przytułku?
Żeby mnie tam kłuli czym popadnie, a jak będę krzyczeć, to poduszką przyduszali?
Nie doczekasz się!
Jadwiga westchnęła głęboko, starając się nie patrzeć na drżące dłonie babci.
Babciu, to nie żaden przytułek. Prywatny dom opieki. Las dookoła, pielęgniarki na miejscu dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Będziesz miała towarzystwo, jest duży telewizor.
A tu cały dzień sama, tata w pracy…
Znam to „towarzystwo” zaskrzeczała staruszka, poprawiając się niewygodnie na poduszkach. Okradną do zera, mieszkanie ci zabiorą, a mnie w rów wrzucą.
Powiedz temu Pawłowi: matka z tego domu żywa nie wyjdzie. Niech się sam mną opiekuje. Syn czy nie syn?
Jak chorował na szkarlatynę, to ja nie spałam po nocach! Teraz jego kolej.
Tata haruje na dwóch etatach, żeby ci leki kupować! Ma pięćdziesiąt trzy lata, ciśnienie mu skacze, od trzech lat nigdzie nie był, choćby do kina!
Nic mu nie będzie ucięła Stefania i zacisnęła usta. Jeszcze młody, wytrzyma.
A ty mi tu nie mędrkuj, dzieci nie uczą matek życia. Idź posprzątaj tą kaszę, bałagan tylko zrobiliście!
Jadwiga wyszła na korytarz i wypuściła powietrze z sykiem. Jak tu z nią rozmawiać?
Ojciec wrócił do domu o siódmej wieczorem. Zamiast się przebrać, usiadł ciężko na stołku w przedpokoju i patrzył przez chwilę w jeden punkt.
Tato, jak się czujesz? Jadwiga podeszła, zabierając torbę z zakupami.
W porządku, Jadziu. W magazynie istny sajgon, sprawozdanie roczne za pasem. Jak babcia?
Stara śpiewka. Znów awantura o dom opieki. Myśli, iż chcemy ją wykończyć.
Tato, tak dłużej się nie da. Sprawdzałam rachunki na jedzenie zostaje nam trzy tysiące złotych.
A ja jeszcze muszę zapłacić za akademik i kupić podręczniki.
Poradzimy sobie Paweł z trudem podniósł się i ściągnął buty. Złapałem kolejną fuchę. Ochrona w nocy, co drugi dzień.
Zwariowałeś?! Kiedy będziesz spał? Przecież padniesz gdzieś na ulicy!
Paweł nie odpowiedział. Poszedł do kuchni, nalał wodę do garnka i postawił na gazie.
Jadła coś?
Połowę wylała na łóżko. Przebrałam jej pościel.
Dobrze. Zajmij się sobą, musisz się uczyć na sesję. Sam ją nakarmię i umyję.
Jadwiga patrzyła, jak ojciec, kulejąc, idzie do pokoju babci.
Było jej go żal jak nigdy. Widziała, jak z dawnego, wesołego mężczyzny zostaje cień.
Zniknęły żarty, zniknął zapał do życia.
***
Po tygodniu było jeszcze gorzej ojciec wrócił do domu dużo później. Chwiał się na nogach. Jadwiga od razu się zaniepokoiła.
Tato? Źle ci?
W porządku, Jadziu. W metrze mi się zakręciło w głowie. Duszno tam jak w piekle.
Siadaj. Zaraz zmierzymy ciśnienie.
Na ciśnieniomierzu pojawiło się 180 na 110. Jadwiga bez słowa podała mu leki.
Jutro nigdzie nie idziesz. Wzywam lekarza.
Nie mogę skrzywił się ojciec. Jutro kontrola. Jak mnie nie będzie, zabiorą premię. A przyszło podwyższone za mieszkanie babci.
Sprzedaj je, tato! Jadwiga zniżyła głos do szeptu, żeby babcia nie usłyszała. Sprzedaj jej kawalerkę pod Warszawą.
Sześćset tysięcy złotych, to dla nas góra pieniędzy. Spłacimy długi, najmiemy porządną opiekunkę.
Ojciec westchnął:
Nie daje zgody…
Tato, ona tam od pięciu lat nie była! Po co jej to mieszkanie, skoro leży tylko w łóżku?
Ojciec nie zdążył odpowiedzieć z pokoju rozległ się gwałtowny stukot.
Stefania waliła kubkiem o szafkę, domagając się uwagi.
Paweł! Chodź tu! Z kim tam szepczesz? Co znowu o mnie gadacie?! dobiegł jej roztrzęsiony głos.
Paweł westchnął, wypił podsuniętą tabletkę i poszedł do matki.
***
Jeszcze sześć lat temu ojciec miał kobietę. Helena była cicha, dobra, przynosiła ciasta, planowali z ojcem weekend poza miastem.
Wszystko się skończyło, gdy babcia zasłabła. Helena próbowała pomagać, ale Stefania zgotowała jej taki piekielny los, iż w końcu nie wytrzymała.
O, przyszła na gotowe! Syna chce okraść! wrzeszczała po całym domu, symulując zawały za każdym razem, gdy Paweł umawiał się z Heleną. Wynocha z mojego domu!
Helena odeszła, a ojciec choćby nie próbował jej zatrzymać.
Telefon zabrzęczał, gdy Jadwiga wieczorem szykowała się do egzaminu. Ojca nie było jeszcze w domu.
Halo?
Czy dodzwoniłem się do Pawła Kwiatkowskiego? zapytał jakiś mężczyzna.
Nie, tu jego córka. Co się stało?
Pani, z działu kadr dzwonimy. Ojciec zasłabł dziś na zebraniu. Wezwaliśmy karetkę, jest w miejskim szpitalu. Proszę zapisać adres.
Jadwiga nerwowo zanotowała adres na skraju notatnika. Nie zdążyła jeszcze odłożyć słuchawki, gdy babcia zażądała uwagi.
Jadwiga! krzyknęła ze swojego pokoju. Kto dzwonił? Gdzie Paweł? Niech mi herbatę przyniesie, pić chcę!
Jadwiga weszła do pokoju. Babcia półleżała w poduszkach, krzywiąc się niezadowolona.
Tata w szpitalu powiedziała krótko Jadwiga.
W szpitalu? Stefania zamarła na chwilę, ale od razu dodała: No, proszę! Doprowadziliście mnie! Na mnie wczoraj krzyczał, Pan Bóg go pokarał!
Nikt mnie nie szanuje! A kto mnie teraz nakarmi? Weź, postaw czajnik!
Jadwiga wyszła, nic nie mówiąc.
***
Przez trzy dni rozdzierała się pomiędzy szpitalem a domem.
U ojca stwierdzono nadciśnienie i ciężkie wyczerpanie nerwowe.
Lekarze zabronili mu choćby wstawać.
Jadziu, a jak mama? spytał od razu, gdy weszła do sali.
W porządku, tato. Sąsiadka dogląda. Ty myśl tylko o sobie. Minimum dwa tygodnie w łóżku.
Jakie dwa tygodnie… Wyrzucą mnie z pracy… Pieniędzy nie będzie…
Śpij Jadwiga poprawiła mu kołdrę. Ja wszystko załatwię. Obiecuję.
Czwartego dnia, gdy wróciła do domu, babcia przywitała ją gradem pretensji.
Gdzieś ty była? Śmierdzę i leżę w brudzie, Paweł tam się wyleguje, a ja tu gniję!
Jadwiga zacisnęła pięści i bardzo spokojnie powiedziała:
Słuchaj mnie uważnie, babciu. Tata jest w ciężkim stanie, może mieć udar, jeżeli jeszcze raz doprowadzisz go do nerwów.
Nie gadaj głupot! wykrztusiła Stefania. Mocny jest, po ojcu taki. No, obracaj mnie, bok mnie boli.
Nie. Nie obrócę cię. I nie nakarmię.
Stefania wybałuszyła oczy.
Co to za nowości? Zwariowałaś, dziewucho?
Nie mamy pieniędzy. W ogóle. Tata nie pracuje, premii nie dostanie. Twoja emerytura nie starcza choćby na pampersy i leki ciśnieniowe.
Kłamiesz! Paweł na pewno coś odłożył!
Nie ma żadnych oszczędności. Poszły na twoje badania miesiąc temu. Masz wybór: podpisujesz dokumenty na sprzedaż mieszkania pod Warszawą, albo jutro dzwonię do opieki społecznej i zabierają cię do państwowego domu opieki. Darmowego.
Nie odważysz się! wrzasnęła babcia. Jestem jego matką! Tu rządzę!
Czym rządzisz? Gubisz własnego syna. Wszystko ci jedno, czy przeżyje. Liczy się tylko, żeby mieć miękką poduszkę i ciepłe przykrycie.
Dzwoniłam dziś do tego domu opieki, o którym mówiłam. Jest miejsce, pieniądze ze sprzedaży mieszkania wystarczą na dobry pokój i opiekę.
Nie pojadę! zakrztusiła się Stefania.
To głoduj. Nie mam na twoje jedzenie. Jutro idę do pracy na popołudnie i wrócę późno. Masz wodę na szafce. Decyduj.
Wyszła i zamknęła drzwi. Trzęsła się. Nigdy nie była okrutna, ale wiedziała: jeżeli nie zmieni tej sytuacji, straci ojca.
A babcia… babcia przeżyje ich wszystkich, jeżeli jej na to pozwolą.
Noc minęła w ciszy. Jadwiga nie zaglądała do pokoju, choć słyszała, iż babcia to woła, to płacze, to klątwami rzuca. Przyszła dopiero rano.
Daj napić się… zacharczała staruszka.
Jadwiga podała jej kubek do ust.
No i co? Podpisujesz? Notariusz przyjedzie o dwunastej.
Dranie… wyszeptała Stefania, ale już bez dawnej złości. Wszystko zabrać chcecie… Dobra. Pisz te papiery.
Tylko Pawłowi powiedz… żeby mnie odwiedzał.
Będzie odwiedzał. Jak tylko stanie na nogi. Ja też będę przyjeżdżać. Obiecuję.
***
Paweł siedział na ławce w parku domu opieki. Wyglądał dobrze przybrał na wadze, pojawił się rumieniec.
Obok na wózku siedziała jego matka czysta, w nowej, ciepłej chuście, spokojnie żuła jabłko.
Paweł? Słyszysz? zawołała.
Tak, mamo?
A z Heleną to rozmawiałeś? Pogodziliście się?
Paweł spojrzał na nią zaskoczony.
Rozmawiałem. Obiecała przyjechać w sobotę.
To dobrze staruszka odwróciła się w stronę kwietnika. Niech przyjedzie. Tu mamy taką siostrę, Lenka, ciągle zwraca mi uwagę, szorstka jest. Niech twoja Helena zobaczy, jak mnie tu traktują.
Ale ty, Paweł, niech cię ręka boska broni krzywdzić kobietę! Niedobrze to, jak mężczyzna kobietę do łez doprowadza.
Twój ojciec…
Paweł uśmiechnął się i ścisnął matkę za rękę. Wzdłuż alejki biegła ku nim Jadwiga, wyraźnie rozpromieniona.
Tato! Babciu! krzyczała z daleka. Dostałam stypendium! W pracy podwyżkę też!
Paweł wstał, szeroko rozłożył ramiona. Stefania patrzyła ukradkiem na rodzinę.
Nadal uważała, iż niesprawiedliwie ją wysiedlili z własnego mieszkania, ale już nie rzucała oskarżeń.
Gdy podeszła opiekunka i zaproponowała masaż, skinęła z godnością głową.
Chodźmy, kochana. Ale delikatnie, ja taka krucha jestem. W zeszłym tygodniu masażysta prawie mi nogę złamał…
Powiedz mu, iż z kobietami trzeba delikatnie. Inaczej jak ten niedźwiedź, naprawdę…
Siostra odjechała z wózkiem, Jadwiga objęła ojca mocno, i przez długą chwilę spoglądali na wysokie sosny.
Pierwszy raz od wielu lat cała trójka poczuła się naprawdę szczęśliwa.
***
Stefania dożyła jeszcze prawnuka Jadwiga ukończyła studia, wyszła za mąż za porządnego człowieka, urodziła syna.
Paweł poślubił Helenę, drugiej synowej Stefania nie odtrąciła. Relacje poukładały się, z czasem choćby można powiedzieć: pojawiła się czułość Helena zapomniała o dawnych upokorzeniach ze strony teściowej.
Staruszka odeszła cicho, we śnie, nie chowając urazy ani do wnuczki, ani do syna.









