— Odchodzę! Zobaczysz, kogo straciłaś! — Grzesiek teatralnie wrzucił do torby paczkę skarpetek.
Omal nie strącił z półki mojego wazonu.
Stałam w drzwiach i patrzyłam na trzydziestoletniego „chłopca”.
Trzeci raz w tym miesiącu robił scenę w przedpokoju.
Mieszkanie w Warszawie było moje, kupione przed ślubem.
A on groził mi zniknięciem, jakby ściany miały się zawalić.
Jakbym miała zeschnąć się jak pelargonia na balkonie.
Wszystko zaczęło się po niedzielnej kawie u teściowej, Haliny Stanisławówny.
Ta kobieta umiała komplementować tak, iż chciało się przegryźć krawat.
Rady wygłaszała tonem pułkownika od kontroli kanalizacji.
Grzesiek wrócił „naładowany” mamusią.
Usta zacięte, wzrok szukający kurzu.
— Zosia, znowu ręczniki nie wiszą kolorami? — rzucił od progu.
— Mama mówi, iż to burzy harmonię feng-shui.
Westchnęłam i mieszałam gulasz dalej.
— Twoja mama feng-shui widziała tylko w telewizji śniadaniowej — odparłam.
— Ręczniki są po to, żeby wycierać ręce.
Wszedł do kuchni, szturchnął pokrywkę garnka.
— Znowu warzywa w kawałkach? Mama mówi, iż żona powinna robić papkę!
— Grzegorz — odłożyłam łyżkę. — Twoja mama nie ma zębów, bo wolała kupić serwis do kawy niż iść do dentysty.
— Ty masz zęby. Żuj.
Poczerwieniał, nabrał powietrza, ale się zaciął.
— Ty jesteś niewdzięczna! Mama ma magistra z prowadzenia domu!
— Twoja mama pracowała w portierni akademika — rzuciłam spokojnie.
— Lubi, jak słowo „magister” brzmi.
Otworzył usta jak pingwin, szukając riposty.
Nie znalazł jej.
— Koniec! — zapiął torbę. — Jadę do mamy. Na tydzień.
— Zastanów się, jak się zachowujesz. Oczekuję przeprosin. Najlepiej pisemnych.
Drzwi trzasnęły.
Cisza, pustka i… ulga.
Myślał, iż mnie ukarze, zostawiając samą w ciepłej kawalerce?
Sprytne, pomyślałam.
Los miał jednak inny plan.
W poniedziałek zawołał mnie szef.
— Pani Zofio, pożar w oddziale w Gdańsku. Trzy miesiące, podwójna stawka, premia.
— Lecę — odpowiedziałam bez wahania.
Wracając myślałam, iż mieszkanie stoi puste, a opłaty idą.
Zadzwoniła Basia.
— Zosia, dramat. Siostra z mężem i trójką dzieci robi remont, nie ma gdzie mieszkać. Zapłacą z góry!
W głowie zapaliła mi się lampka.
— Niech wprowadzają się jutro. Klucze u ochroniarza.
— Jedno tylko: jak przyjdzie jakiś facet i zacznie fochować — wywalcie go.
Wieczorem spakowałam rzeczy do mamy, mieszkanie przygotowałam pod wynajem.
Grzesiek nie odbierał telefonu, „wychowywał mnie” milczeniem.
Rano poleciałam do Gdańska.
Do kawalerki wprowadziła się rodzina Mazurków: Rafał, Sylwia, trójka dzieci i owczarek Borys.
Mija tydzień.
Grzesiek, jak słyszałam, przetrwał siedem dni u mamy.
Halina Stanisławówna na odległość była do zniesienia.
W domu jej „czułość” dusiła mocniej niż żmija.
— Grzesiu, nie mlaskaj!
— Dlaczego spuszczasz wodę dwa razy? Woda kosztuje!
— Synku, źle siedzisz, będziesz jak wujek Mirek, garbaty!
Pod koniec tygodnia Grzesiek uznał, iż czas wracać.
Wyobrażał sobie moje łzy i skruchę.
Kupił trzy przywiędłe goździki.
Podszedł pod drzwi, sięgnął po klucz.
Nie działał.
Szarpnął klamką — zamknięte.
Zadzwonił.
Za drzwiami tupot, bas i głośny szczek.
— Kto tam? — zapytał męski głos.
— Ja… Grzegorz. Mąż! Otwórzcie!
Drzwi się otworzyły.
Stanął Rafał, w koszulce bez rękawów, z łopatką od grilla.
Obok Borys, merdający ogonem.
— Mąż? Jaki mąż? Zosi nie ma, wyjechała. My tu mieszkamy.
— Ja jestem właścicielem! — pisnął Grzesiek, coraz bledszy.
— To moje mieszkanie! Żony! TU MIESZKAMY!
— Zosia mówiła: męża nie ma, lokal wolny — Rafał poklepał go łopatką.
— Idź pan do mamy, nie przeszkadzaj. Sylwia, podaj ogórki!
Drzwi zatrzasnęły się przed nosem Grześka.
Telefon zadzwonił u mnie minutę później.
Jadłam rybę z frytkami nad Motławą, sącząc chłodne wino.
— Halo?
— Co ty zrobiłaś?! — wrzeszczał Grzesiek.
— Kim są ci ludzie w naszym domu?!
— Nie krzycz — przerwałam chłodno. — Sam odszedłeś. Powiedziałeś, bym przemyślała.
— Przemyślałam. Samotne życie jest nudne i drogie. Wynajęłam lokal na trzy miesiące.
— Na trzy miesiące?! Gdzie ja się podzieję?!
— U mamy. Sama mówiła, iż tam pierogi, ręczniki kolorowe, idealne feng-shui.
— Podam cię o rozwód! Wezwę policję!
— Zgłaszaj. Mieszkanie moje, umowa najmu legalna, podatki płacę.
— Ty jesteś zameldowany? Nie. To choćby nie twój adres, Grzegorz.
Rozłączyłam się.
Dziesięć minut później zadzwoniła Halina Stanisławówna.
— Zofia! Jak możesz?! Wywaliłaś męża na bruk!
— W Kodeksie Rodzinnym jest, iż żona ma dawać mężowi dom!
— Pani Halino — przerwałam. — W kodeksie jest równość małżonków.
— A w akcie notarialnym jedno nazwisko. Moje.
— Ty dorwałaś się do majątku! — zachłysnęła się teściowa.
— Mężczyzna musi mieć swoją przestrzeń! Napiszę do związków zawodowych!
— Piszcie choćby do „Totolotka” — zaśmiałam się.
— Powtarzała pani, iż Grzesiek to skarb. Niech więc go pani pielęgnuje.
— Pamiętajcie miksować obiadki, bo już nie gryzie.
Teściowa zacharczała i się rozłączyła.
Jak stary fax, który połknął kartkę.
Trzy miesiące minęły szybko.
Wróciłam z nową fryzurą i pieniędzmi na koncie.
Mieszkanie lśniło.
Rafał i Sylwia naprawili kran, wyszorowali wszystko na błysk.
Byłam szczęśliwa.
Grzesiek wrócił inny człowiek, ale nie lepszy — tylko cichszy.
Ja już wiedziałam, czego chcę.
I to nie było więcej jego „wychowania”.
















