15 sierpnia 2025 dziennik
Dziś zmierzyłem się z czymś, co kiedyś nazywałem naprawą zaufania. Szedłem w stronę miejskiego centrum edukacji dodatkowej w Warszawie, jakbym szukał nowego lokalu na warsztat. Ten sam szereg podwórek, te same szyldy Wynajem, tylko tym razem nie liczyłem okien, nie wyliczałem, ile osób wpadnie na kurs. Liczyłem jedynie stopnie przy wejściu, żeby nie myśleć o tym, jak w zeszłym roku rozpadły się moje finanse i pewność siebie.
Mam czterdzieści osiem lat. W dowodzie to wygląda poważnie, w głowie czuję się jakby ktoś wcisnął pauzę i zapomniał ją zdjąć. Przez prawie dziesięć lat prowadziłem warsztat naprawy AGD: najpierw sam, potem z partnerem, potem znów sam, po tym jak musiałem sprzedać część narzędzi, bo podrożał czynsz, a klienci przychodzili z hasłami: Zrób to za tysiąc, a lepiej za darmo. Nie odszedłem spektakularnie. Po prostu zmęczyło mnie tłumaczenie, dlaczego praca kosztuje pieniądze, i pewnego ranka nie mogłem wstać z myślą, iż znowu będę się uśmiechał do ludzi targujących się o każdą drobną część.
W holu spotkała mnie recepcjonistka z włóczką i surowym spojrzeniem.
Do kogo pan zmierza?
Ja na koło. Czyli poprowadzić koło usłyszałem własne słowa i lekko się zamalowałem.
Spojrzała na mnie, jak na kogoś, kto pomylił drzwi.
Pokój trzynasty. Korytarz w prawo, potem w lewo. Tam mamy technika. Nie hałasujcie, obok jest sala wokalna.
Korytarz był zimny, wyłożony linoleum, które pamiętało nie jedną reformę. Pod pachą niosłem pudełko z tym, co udało mi się zebrać w domu: multimetr, zestaw śrubokrętów, dwa stare lutownice, cewkę cyny i plastikowy pojemnik z wkrętami. Ten zbiór wydawał się żartobliwym balastem dla kogoś, kto kiedyś marzył o pełnowymiarowym warsztacie z okapem i dobrym oświetleniem.
Pokój trzynasty okazał się dawną pracownią techniczną: stoły, zamykana szafa, przy oknie długi blat z dwoma podkładkami do lutowania i jednym, splątanym przedłużaczem. Na ścianie wisi plakat BHP, wyblakły, ale wciąż czytelny: Nie dotykać mokrymi rękami.
Pierwsze nastolatki nie przybyły od razu. W ogłoszeniu było Naprawa i montaż AGD, 1416 lat, ale w drzwi zaglądały dwunastoletnie chłopaki i dziewczyny, które wyglądały, jakby zostały tu wciśnięte.
Czy naprawdę tu coś naprawiamy? zapytał wysoki chłopak w czarnej kurtce, nie zrzucając kaptura.
Tak, jeżeli coś się zepsuło odparłem.
A jeżeli nic nie zepsuło?
Wtedy będziemy rozkładać i składać z powrotem nie spodziewałem się, iż tak powiem. Chłopak przytaknął i został.
Następnie przyszedł szczupły, cichy chłopak z plecakiem, który wydawał się cięższy od niego samego. Usiadł przy oknie i od razu wyciągnął zeszyt w kratkę. Nie przywitał się, nie spojrzał na mnie, tylko poprawił długopis palcami.
Jak masz na imię? zapytałem.
Andrzej odpowiedział po chwili, jakby zastanawiał się, czy w ogóle ma odpowiedzieć.
Dołączyły dwie koleżanki na przygodę i zaczęły szepnąć przy drzwiach. Jedna, okrągła twarz, ciągle uśmiechnięta, druga z słuchawkami, których nie zdejowała choćby podczas rozmowy.
Jestem Marta powiedziała okrągła. A to jest Kacper. Słyszy normalnie, po prostu tak.
Kacper pokazał kciuk, nie zrywając słuchawek.
Zrozumiałem, iż moje stare przyzwyczajenie do szybkiej, pewnej mowy, jak wobec klientów, nie działa tutaj. Nikt nie przyszedł po usługę. Przyszli po doświadczenie, po sprawdzenie, czy nie będzie nudno i czy dorosły nie udaje, iż słucha ich.
Położyłem pudełko na stole i otworzyłem je.
Dobra, kto ma w domu zepsuty sprzęt, którego nie szkodzi przynieść niech przyniesie. Czajniki, suszarki, magnetofony, głośniki, wszystko, co nie podłączone bezpośrednio do gniazdka o napięciu trzysta osiemdziesiąt położyłem rękę na sercu i dodałem: Krótko mówiąc, sprzęt domowy. Rozbieramy, sprawdzamy, dlaczego nie działa, i składamy z powrotem. jeżeli coś spłonie, dowiemy się, dlaczego.
A co, jeżeli mnie porazi prąd? zapytał Marta, licząc na dramat.
Wtedy będę winny odparłem. Najpierw nauczymy się, jak nie dostać porażki. Pracujemy na odłączonych wtyczkach. To nudne, ale lepsze niż uszkodzone palce.
Podczas pierwszej lekcji prawie nic nie naprawiliśmy. Pokazywałem, jak trzymać śrubokręt, jak nie wyrywać szczelin, jak oznaczać śruby, by nie zostały zbędne. Nastolatki słuchały, potem rozpraszali się. Andrzej rysował w zeszycie prostokąty przypominające schematy. Kacper wpatrywał się w telefon, ale od czasu do czasu zerkał na moje ręce, jakby zapamiętywał.
Lutownica, którą centrum wydało z inwentarza, była martwa. Podłączyłem ją, dotknąłem korpusu zimny.
Nie nagrzewa powiedział Marta z satysfakcją, jakby przyłapał mnie na kłamstwie.
Zaczniemy od naprawy lutownicy odpowiedziałem spokojnie. Andrzej lekko podniósł głowę.
Na drugiej lekcji ktoś przyniósł czajnik elektryczny bez podstawki. Obudowa była cała, przycisk kliknął, ale nie włączył się.
To mam od mamy zauważył Marta, po czym dodał: Prawie. Powiedziała, iż jak naprawię, nie musimy kupować nowego.
Zdjąłem dolny panel, pokazałem grupę kontaktów.
Widzicie, tu jest przepalony styk. Trzeba oczyścić, sprawdzić, czy nie jest luźny.
A można po prostu skrócić? zapytał Kacper, w końcu zdejmując jedną słuchawkę.
Można odparłem. Ale potem czajnik będzie włączał się, kiedy sam zechce. To jak
Nie dokończyłem jak biznes, przerwałem się.
jak drzwi bez zamka. Wygląda zamknięte, ale każdy może wejść.
Pracowaliśmy we trójkę z Martą, Kacper trzymał latarkę w telefonie. Andrzej siedział obok i cicho rzekł:
Może jest termiczny bezpiecznik. jeżeli spłonie, czyszczenie nie pomoże.
Spojrzałem na niego.
Gdzie dokładnie?
Andrzej wziął długopis, narysował mały schemat na marginesie i pokazał.
Zwykle przy grzałce, w termokurczce.
Mówił spokojnie, nie chcąc zaimponować. To był po prostu fakt.
Poczułem dziwne ulgi: nie byłem jedynym, kto wie, co robi.
Znaleźliśmy bezpiecznik, sprawdziliśmy multimetrem był sprawny. Oczyściliśmy styki, złożyliśmy, podłączyliśmy do przedłużacza. Czajnik kliknął i zaszumił.
O! wykrzyknął Marta, szeroko się uśmiechając. Naprawdę działa.
Na razie tak powiedziałem. Ale w domu nie zostawiaj go bez nadzoru. Powiedz mamie, iż wyczyściliśmy styki, a nie magicznie.
Ona i tak powie, iż nic nie zrobiłem mruknął Marta, ale już bez gniewu. Ostrożnie schował czajnik do torby, jakby to był trofeum.
Trzecią lekcję przyniósł suszarka. Dziewczyna o imieniu Zuzanna trzymała ją, jakby mogła ją ugryźć.
Śmierdzi i wyłącza się powiedziała. Mama mówi, iż trzeba wyrzucić, a ja się boję.
Rozebrałem suszarkę, z środka wypadły kurz i włosy.
Dlatego śmierdzi odparłem. To nie wina suszarki, to jej życie.
Zuzanna roześmiała się, krótko, ostrożnie.
A wyłącza się?
Może przegrzewa się. Działa termoochronka. Trzeba wyczyścić szczotki, sprawdzić kontakt.
Kacper nagle ożywił się:
U mnie w domu taki sam. Tata go klejem przytwierdził, teraz trzeszczy.
Klejem? nie powstrzymałem się od ironii. Klejem da się naprawić praktycznie wszystko, choćby związki.
Kacper spojrzał na mnie, jakby sprawdzał, czy nie żartuję zbyt poważnie.
Po czyszczeniu suszarki nasmarowaliśmy łożysko kroplą oleju, sprawdziliśmy przewód. Zuzanna powiedziała cicho:
U nas w domu tak samo. Jak nie czyści się, to potem płonie.
Skinąłem głową, udając, iż nie słyszałem metafory.
Andrzej w tych dniach przychodził wcześniej. Siadał przy oknie, rozkładał na stole własne schematy. Zauważyłem, iż ma ręce poranione drobnymi zadrapaniami, jakby w domu też coś rozkręcał.
Gdzie się tego nauczyłeś? zapytałem pewnego dnia, gdy Andrzej sam naprawił złącze w starej kolumnie.
W domu. Dziadek miał radio. Po jego śmierci leżało. Nie chciałem, żeby po prostu leżało odpowiedział.
Skinąłem głową. Rozumiałem to pragnienie, by coś działało, bo inaczej wokół zbyt wiele przestaje funkcjonować bez powodu.
Nie opowiadałem im o swoim biznesie. Powiedziałem tylko, iż kiedyś naprawiałem sprzęt. Nie pytali o szczegóły, ale ja łapałem się na tym, iż czekam na pytanie i boję się go. Bałem się usłyszeć w ich głosach to, co słyszałem w sobie: nie dam rady.
Pewnego dnia, gdy rozbieraliśmy magnetofon, który przyniósł Kacper, straciłem cierpliwość. Magnetofon był stary, kasetowy, z ciężkim przyciskiem play. Rozebraliśmy go, a mała sprężyna wystrzeliła pod szafkę.
No super powiedziałem, a w głosie pojawiła się irytacja. Bez niej nie złoży się.
To jak w grach. Loot odleciał rzucił Marta.
Andrzej milczeniem wstał na kolana i sięgnął pod szafkę. Kacper też usiadł, zdjął drugą słuchawkę, i razem, prawie bez tchu, szukali sprężyny. Czułem wstyd z powodu własnego wybuchu. Przypomniałem sobie, jak w warsztacie mógłbym stracić panowanie nad klientem, który po prostu pyta. Przepraszałem, ale ślad pozostawał.
Dobra powiedziałem ciszej. To moja wina. Miałem przykryć stół materiałem, żeby drobne nie latały.
Nic takiego odpowiedział Marta, nieco poważniej. My też popełniamy wpadki.
Andrzej wyciągnął sprężynę przy pomocy linijki.
Znalazłem rzekł, po raz pierwszy z dumą w głosie.
Włożyłem sprężynę do małej puszki i powiedziałem:
To ważna część, nie dlatego, iż bez niej nie działa, ale dlatego, iż ją znaleźliśmy.
Kacper uśmiechnął się ironicznie:
Filozofia.
Nie, odparłem. Po prostu doświadczenie.
Po dwóch tygodniach w centrum ogłoszono małe targi kół dla rodziców i sąsiadów. Nic wielkiego: w holu postawiono stoły, dzieci pokażą, czym się zajmują. Kierowniczka centrum, kobieta z krótką fryzurą i wieczną teczką, wpadła do pokoju trzynastego.
Panie Kowalski, i pan też weźmie udział. Trzeba coś pokazać. Tylko bez niebezpiecznych eksperymentów, dobrze?
My i tak bez niebezpieczeństw odparłem.
Widziałam ten przedłużacz odparła sucho i odwróciła się.
Spojrzałem na przedłużacz, który naprawdę wyglądał jak węzeł z przeszłości. Zrozumiałem, iż na targach widać będzie wszystko: ubóstwo sprzętu, fakt, iż uczymy się na starych rzeczach, i to, iż jeszcze nie wiem, jak stać się nauczycielem, a nie tylko majstrem na zamówienie.
Pokażemy naprawiony? zapytał Marta.
Tak odpowiedziałem. Tylko musi działać nie tylko na naszym stole, ale i przy ludziach.
A jeżeli nie będzie? dopytała Zuzanna.
Powiemy szczerze, iż nie wyszło odrzekłem. To też część zajęć.
Andrzej podniósł wzrok od schematu.
Mogę zrobić stoisko. Pokazać, co jest w środku, nie tylko, iż włączyło się, ale dlaczego.
Poczułem, iż we mnie coś się przesuwa. Zwykle sprzedaję rezultat. Tu mogę pokazać proces.
Dobra myśl powiedziałem. Zróbmy to.
W dniu przygotowań zostaliśmy po zajęciach. Korytarz był już przyciemniony, sprzątaczka myła podłogi, a zapach środka czyszczącego mieszał się z kurzem z naszego pokoju. Rozłożyłem karton, markery, taśmę. Marta przyniosła starą ramkęPatrząc na zamglone szyby warsztatu, zrozumiałem, iż najcenniejszą naprawą jest odnalezienie w sobie spokoju, który pozwoli mi budować kolejne małe mosty między pasją a ludźmi.












