Od nienawiści do miłości

polregion.pl 1 dzień temu

Od nienawiści do miłości

Zawsze nie lubiłem psów. Wszystko zaczęło się, kiedy jako pulchny, piegowaty pierwszoklasista w okularach, obładowany książkami i zeszytami, zostałem otoczony na opuszczonym placu za blokami przez sforę bezpańskich psów. Samiec alfa czarny kundel z rudymi plamami na pysku patrzył mi prosto w oczy. Płakałem, prosiłem psy, żeby mnie zostawiły w spokoju, rzucałem im nie dojedzone w szkole kanapki z szynką, ale psy się nie ruszały. Za każdym razem, gdy próbowałem się oddalić, ten największy podnosił górną wargę i cicho warczał, pokazując żółtawe kły.

Psy trzymały mnie w okrążeniu ponad dwie godziny. Wreszcie, przewodnik nagle nastawił ucho, zerwał się na równe nogi i bezgłośnie pobiegł w stronę parku za nieużytkami. Pozostałe psy ruszyły za nim jak w szeregu i zniknęły wśród drzew.

Otarłem płaczące oczy, ścisnąłem plecak i pobiegłem do domu. Tyle, iż już do niego nie dotarłem. Stara, drewniana kamienica, w której mieszkałem z rodziną i kilkoma sąsiadami, właśnie się dopalała eksplodował piecyk gazowy. W pożarze zginął mój ukochany dziadek Franciszek, ojciec taty. Dla mnie był po prostu Dziadek, ten uroczy, nieco szorstki stary marynarz z białymi wąsami i brodą, którą golił tylko raz w roku, zaraz po świętach. Latem zaplatał ją w śmieszną kitkę i spinał kolorową gumką albo zarzucał za ucho.

Jeszcze długo się jąkałem po tym, co mnie spotkało: śmierci Dziadka i spotkaniu z psami.

Po raz drugi los zetknął mnie z psem, gdy byłem już wychudzonym, wysokim siódmoklasistą, dawno zamieniłem okulary na soczewki. Wracając ze szkoły, odprowadzałem najładniejszą dziewczynę w klasie Ulę Pakułę. Uli próbował zaimponować i wystraszyć wszystkich Szymon, znany chuligan, który trzeci raz siedział w ósmej klasie. Miał wszystkich na oku, a ja cóż, miałem odwagę iść obok dziewczyny, która mu się podobała.

Przed nami nagle stanął wielki pies, groźnie warcząc i odgradzając mnie od Uli. Powoli się cofałem. Gdy Ula zniknęła za rogiem swojego bloku, pies również gdzieś się rozpłynął. Wypuściłem powietrze z ulgą i ruszyłem do domu.

Następnego dnia podczas matematyki dostałem od Uli krótką karteczkę:
Nie idź za mną. Wczoraj Szymon chciał cię pobić. Przepraszam.

Nasza przyjaźń nie przetrwała tych wydarzeń, a ja jeszcze bardziej się zraziłem do psów.

Lata mijały. Dorosłem, skończyłem dobre studia, założyłem własną firmę i odniosłem sukces jako przedsiębiorca. Pieniądze pojawiały się regularnie, znajomości także. Rodzina też się ułożyła. Piękna Ula, dawniej Pakuła, została moją żoną, a potem urodziła nam syna Franka, nazwanego na cześć mojego kochanego dziadka. Osiem miesięcy, jeszcze nie mówił, ale kiedy jechaliśmy przez park i mijały nas psy, zawsze się szeroko uśmiechał i wołał:
Hau, hau!

Tego pamiętnego niedzielnego popołudnia spacerowałem z synem po łódzkim parku. Powoli pchałem wózek i opowiadałem Frankowi o sikorkach przy karmniku, o wiewiórce, która zeskoczyła z modrzewia prosto na moją rękę po orzeszek.

Zrobiło się późno, więc ruszyłem w stronę przejścia dla pieszych. Czekałem na zielone światło, po czym wjechałem wózkiem na pasy. I nagle, adekwatnie nie wiadomo skąd, wyrosła przed nami szalona jamniczka! Szczekała tak desperacko, nie dopuszczając mnie do przejścia, iż aż zaniemówiłem jeszcze moment i mogła sobie uszkodzić struny głosowe.

W tej samej sekundzie kilka centymetrów od wózka przemknął rozpędzony samochód osobowy. Przejechał przez pasy, wylądował na trawniku i uderzył w latarnię. Z auta wyskoczyła grupka nastolatków, rozbiegli się po całej okolicy.

Długo nie mogłem złapać oddechu, serce waliło mi jak młot. Jamniczki już nie było. Przy aucie zbierał się tłum. Podszedł do mnie jakiś przechodzień:
Wszystko w porządku? Wózek cały? patrzył na mnie z wyraźnym strachem.

Pokręciłem głową, iż w porządku, Franek był bezpieczny. Ledwie pamiętam, jak doszliśmy do domu. Żonie nie opowiedziałem tej historii po co ją denerwować, skoro i tak mieliśmy szczęście?

Ale przez resztę dnia nie mogłem przestać myśleć o tej rudej jamniczce. Poczułem wdzięczność do psa, który uratował życie mojemu synkowi. Cały wieczór siedziałem zamyślony, wspominając te trzy momenty w życiu, w których los stawiał na mojej drodze psy. Zrozumiałem, iż nigdy nie chciały mnie skrzywdzić, tylko na swój sposób pomagały, choć wtedy nie potrafiłem tego docenić.

Wieczorem całą rodziną wyszliśmy jeszcze na krótki spacer dookoła bloku. Przy ławce zebrała się grupka sąsiadów. Przechodząc obok, usłyszałem:

I co teraz z nim zrobimy? Kto zechce wziąć takiego?
Zaglądając przez ramię jednej z sąsiadek, zobaczyłem na ławce pudełko, a w środku małego szczeniaczka. Był ślepy pewnie taki się urodził. Ludzie szeptali między sobą, żona z Frankiem poszła kilka kroków dalej i czekała na mnie.

Przecież on biedny! I z tymi łapkami mówiła jedna z kobiet.
Nie, ja bym się nie zdecydowała powiedziała inna.

Przepchnąłem się bliżej. Szczenię miało przepiękną, czekoladową sierść i cały czas cicho popiskiwało, machając ślepo łebkiem, jakby szukało ciepła matki. Jego tylne łapki były powyginane, na pewno też nie był zdrowy.

Zastygłem na chwilę, a potem postanowiłem. Zdjąłem z szyi szalik mimo wiosny wieczory były jeszcze chłodne i ostrożnie owinąłem malucha, jak niemowlaka. Ująłem go w ramionach. Za mną rozległ się cichy kobiecy szloch.

No chodź maluchu, chyba teraz moja kolej powiedziałem miękko. Idziemy, poznasz się z naszą mamą. Jest dobra i na pewno w lodówce znajdzie się dla ciebie mleko.

Ruszyłem do Uli, która stała obok wózka i patrzyła na mnie ciepłym wzrokiem.

Tego dnia zrozumiałem, iż czasem warto zaufać instynktowi, a strach i niechęć to tylko pozory. To dobroć, nie wygląd czy sprawność, decyduje o tym, ile warta jest istota. Psy, których się bałem, nauczyły mnie dziś czegoś ważnego o sobie.

Idź do oryginalnego materiału