OD MIŁOŚCI DO NIENAWIŚCI JEST TYLKO KROK
Lidka Krutowska od pierwszej klasy budziła we mnie niesamowitą zazdrość swoją wrodzoną szczupłością. Ta chuda złośliwka a była moją najlepszą przyjaciółką.
Kiepski uczeń i powtarzający rok Kacper Baranowski nadał nam przezwiska jeszcze w dziewiątej klasie. Lidkę nazwał Lidką Markówną. Za każdym razem, gdy wchodziła do klasy, Kacper składał ręce jakby grzał dłonie w mufce i z uciechą podśpiewywał:
Pięć minut, pięć minut! Dużo to, czy mało?
Twarz Lidki promieniała zadowoleniem. Powoli przechodziła między ławkami, kołysząc swoimi kostkowatymi biodrami.
A ja starałam się do klasy wchodzić po dzwonku, skulona, na palcach. Nie zawsze jednak mi się to udawało. Gdy nie zdążyłam, ten dzieciak-olbrzym najpierw wrzeszczał:
Dzień doooobry, Ludwiko Georgiewnaaa!
A zaraz potem zaczynał się wydzierać:
Płynie Wisła, płynie po polskiej krainie!
Moja twarz płonęła rumieńcem wstydu. Łzy ciurkiem spływały mi po policzkach i moczyły moją wcale nie dziecięcych rozmiarów klatkę piersiową.
Lidka zawsze stawała za mną. Rzucała w Kacpra podręcznikiem, nazywała go idiotą, a zawsze robiła to ze śmiechem wdzięcznym i pewnym siebie, tak jak tylko naprawdę ładne kobiety potrafią się śmiać.
Wszyscy wiedzieliśmy, iż Kacper i Lidka są w sobie zakochani. Tylko nikt nie rozumiał, czemu kozica Lidka Krutowska trzyma się z krową Ludką Sazonowską. Sazonowska to ja.
Sama nie wiedziałam, czemu Lidka się ze mną przyjaźni. Ona złościła się, próbując mi to wytłumaczyć, aż wrzeszczała:
Jesteś głupia, Sazonowska! Same piątki masz, a nie wiesz, iż przyjaźni się nie dla figury czy ładnych oczu. Jesteś po prostu dobrym człowiekiem. Ludka, spójrz, przecież nie każdy może być chudy! Zobacz, ilu sławnych ludzi to grubaski! I wszyscy ich kochają!
Sławni ludzie mnie nie obchodzili. W ogóle nic mnie nie obchodziło poza Baranowskim. A Baranowskiego interesowała tylko Lidka. Widziałam, jak na nią patrzy. Na mnie patrzył tak, jak patrzy się na biedaka, któremu żal dać parę złotych z portfela Tak właśnie, z pogardą albo udawał, iż mnie nie widzi.
Przed Nowym Rokiem uprosiłam rodziców, by przenieśli mnie do innej szkoły. Mama napisała podanie o przeniesienie i odebrała papiery z sekretariatu. Po feriach miało zacząć się nowe życie. Ze starego została mi tylko Lidka.
Przyjaciółka okropnie się wtedy na mnie obraziła. Wykrzyczała, iż jestem zdrajczynią, i trzasnęła drzwiami. Ale gwałtownie jej przeszło. Wróciła i zaczęła natarczywie dzwonić do drzwi.
Raptownie i szeroko otworzyłam drzwi, zadowolona i uśmiechnięta. Zamarłam. Na klatce stał Baranowski. Wściekły, w rozpiętej kożuszku, bez czapki, cały obsypany śniegiem:
Co ty wyprawiasz, Sazonowska? Dlaczego chcesz zmieniać szkołę w środku roku? Za pięć miesięcy matury! Uciekasz? Pytam się ciebie, Sazonowska!
Nie słyszałam, co mówił. Nie! Słyszałam, ale nie rozumiałam ani słowa. Zrozumiałam tylko, iż chcę zapamiętać tę chwilę sam Kacper Baranowski, na naszym progu, taki piękny, aż dech zapiera! Policzki czerwone od mrozu, oczy błyszczą jak gwiazdy. I nagle ta jego obecność dodała mi odwagi, więc odpowiedziałam złośliwie:
Co, boisz się, iż nie znajdziesz innej naiwnej do drwin?
Co ty wygadujesz? warknął Baranowski przez zaciśnięte zęby. Gdzie ja znajdę drugą taką? Tylko ty jesteś taka głupia na całym świecie! Chwycił mnie za rękę, wyciągnął na klatkę i objął.
Nie objął mnie! Tak się nie obejmuje. Przytula się z czułością. To, co zrobił Baranowski, nie miało nic wspólnego z czułością. Było w tym rozpaczliwe trzymanie, jakby ktoś chciał mi zabrać, a on nie chciał oddać. Wielką dłonią przycisnął moją głowę do swojej piersi, szorstkiej od wełnianego swetra, i nie pozwalał się ruszyć. Drugą ręką obejmował mnie za plecy. Byłam w pułapce. Ale nie było mi straszno. Było mi dobrze. Tak dobrze, iż aż nierzeczywiście. Tak, jak we śnie. Tylko skąd on wiedział o moich marzeniach? Może znowu chce mnie wyśmiać? A może się domyślił? Ta myśl mnie przeraziła, więc zaczęłam płakać. Rozryczałam się na dobre i dopiero gdy już wyleciały wszystkie łzy, zaczęłam się uspokajać. Zasapałam się parę razy, w końcu zorientowałam się, co się dzieje. Baranowski nagle przytulał mnie delikatnie, kołysał jak małą dziewczynkę:
Popłacz sobie, Ludka. Jak się chce płakać, to trzeba. Mama mi zawsze mówi, iż jak się kogoś lubi, trzeba podejść i prosto z mostu powiedzieć. Ludka, przyszłam ci powiedzieć, iż jestem głupcem. Lubisz mnie?
Jeszcze trochę się ciebie wstydzę. Ty prymuska, będziesz na medycynę, a ja? Dobrze będzie, jeżeli załapię się do technikum samochodowego.
Może twoi rodzice nie pozwolą ci się ze mną spotykać? Po co im taki głupek dla córki? Ale wcale nie jestem głupi! Po prostu mnie nie interesują te wszystkie bzdury o sinusach i cosinusach Chcę być mechanikiem. Lubię samochody i ciebie.
A Krutowska? szepnęłam.
Krutowska? Za parę lat będzie świadkową na naszym weselu! spojrzałam mu w oczy i wyszeptałam:
Nienawidzę cię
I dobrze! Od miłości do nienawiści jeden krok. Pokochasz powiedział przyszły mąż i uśmiechnął się.
Minęło trzydzieści lat.
Rocznicy ślubu raczej nie obchodzimy. Zawsze świętujemy dzień, w którym zaczęła się nasza rodzina. Dziś po raz trzydziesty. Najpierw świętowaliśmy we dwoje. Potem we troje z córką. Po czterech latach już w czwórkę, z córką i synem.
Wieczorem znowu zasiądziemy z najbliższymi. Syn z dziewczyną przyjdą. Czekam na ukochaną przyjaciółkę Lidkę z mężem i synem. Tylko córki przy stole nie będzie. Nasza córka zajęta jest inną, istotną sprawą przez całą noc szykowała dla nas prezent. Dziś rano urodziła córeczkę, Lidkę Krutowską. Zrobiła ze mnie i mojej przyjaciółki prawdziwe babcie.








