Od tamtej chwili, gdy Irkowi odebrano coś najcenniejszego, przestał wchodzić do swojej budy. Spał teraz wprost na wilgotnej ziemi. Prawie nic nie jadł. Nie zwracał uwagi choćby na jedynego przyjaciela Serafina…
Nadciągał kolejny listopad. Dni robiły się coraz zimniejsze, niebo zawisało ołowianą chmurą, a ludzie zakładali grube wełniane płaszcze i szaliki, chowając w nich twarze. W powietrzu wyczuwało się już zapowiedź śniegu, a Irek wiedział lada dzień spadnie biały puch.
Ciekawe, kiedy znów wyściełają moją budę ciepłą słomą? Futro mam gęste, ale w nocy przejmuje mnie lodowaty dreszcz aż do kości… rozmyślał pies, leżąc rozciągnięty na przesiąkniętej ziemi.
Z nudów patrzył, jak robotnicy krzątają się po placu, nosząc kartony, wrzucając je do ciężarówek pachnących gumą i dieslem. Nikt choćby nie spojrzał na sędziwego stróża Irka.
Co się tu wylegujesz? rozległ się niechętny głos. Do Irka podszedł ochroniarz, wychylając się z kontenera socjalnego z papierosem w ustach. Do pilnowania magazynu cię zatrudnili, a nie do tarzania jak jakaś podwórkowa pierzcha! Phi!
Wypluł z pogardą niedopałek tuż przy pysku psa i wrócił do swojego schronienia. Miał na imię Wiktor i nie znosił Irka od dnia, gdy ten pojawił się jako szczeniak. Bez powodu, ot tak.
Po chwili zajechał pod magazyn zielony polonez. Irek natychmiast podskoczył.
Cześć, przyjacielu podszedł do niego mężczyzna w kaszkiecie z kilkudniowym zarostem. Przywiozłem ci ocieplenie.
To był Serafin najżyczliwszy i najbardziej kochany przez Irka ochroniarz. Zawsze znalazł dla psa dobre słowo i coś smakowitego. choćby w dzień wolny pamiętał o nim: zorganizował słomę, by Irkowi było cieplej.
Serafin dokładnie wypchał budę świeżą słomą, po czym wyjął z samochodu miskę z gorącą kaszą i wołowiną. Poczekał, aż pies wszystko zje, wziął pustą miskę do umycia i dopiero wtedy odjechał.
Irek znów został sam. Zbliżała się noc dobrze, bo we śnie łatwiej zgubić ból samotności, który czaił się, odkąd pamięta.
Kiedy zapadł zmrok, Irek zbliżył się do budy. Już zamierzał wsunąć się do środka, gdy nagle zastygł.
W głębi słomy roziskrzyły się dwa szmaragdowe punkty. Rozległo się ciche, złowrogie syczenie.
Pies popatrzył na nieproszonego gościa z pogodnym zdziwieniem. Na słomie siedziała wychudzona czarna kotka z wielkimi, nieprzeniknionymi oczami. Jej spojrzenie było jak ostrze ostrzegało:
Nie próbuj. Nie ze mną te numery!
A jednak pies, wbrew zdrowemu rozsądkowi, poczuł radość.
Buda niby ciasna, ale we dwoje damy radę się zmieścić, pomyślał z otuchą.
Zrobił krok do przodu, ale powietrze przecięła kocia łapa z pazurami ostrymi niczym brzytwa.
Ssssss! syknęła kotka na jego pokojową propozycję.
No trudno. Prześpię się na zewnątrz, uznał spokojnie Irek i zwinął się tuż przy wejściu do budy.
Następnego ranka obudził się przed świtem, czekając niecierpliwie na śniadanie. Gdy zerknął do budy, zobaczył, jak kotka słodko śpi.
Ależ ona milutka!
Z kontenera wynurzył się zmarnowany, nadąsany Wiktor. Bez słowa rzucił Irkowi jakieś resztki i zniknął.
Regulaminowo powinien dostawać przyzwoite jedzenie, ale Wiktor nigdy nie zawracał sobie głowy gotowaniem po prostu rzucał, co miał. Często po takich uczcie Irek cierpiał na bóle brzucha, ale nikt nie zwracał na to uwagi.
Pies powąchał rzucone resztki i poczuł obcy zapach.
Kotka! Siedziała obok, obojętna na posturę właściciela terenu, i chrupała skórkę od kiełbasy jakby to było zupełnie naturalne.
Irek ucieszył się, iż mógł ją poczęstować widząc jej chudość, miał wrażenie, iż tego potrzebowała.
Złapawszy spojrzenie psa, kotka napięła się gotowa do ataku. Irek tylko przeżuwał chleb, zerkając z zaciekawieniem.
Czemu jest taka zła? Może też chce chleba? pomyślał, odkładając swój kawałek na bok ze wstydliwym wahaniem.
Cały dzień pochłaniało ich wzajemne badanie. Kotka czujna i podejrzliwa. Irek serdeczny i łagodny.
Wieczorem, gdy Wiktor zakończył dyżur, znów rzucił psu resztki. Kotka natychmiast ruszyła do kolacji.
O żesz! odskoczył ochroniarz. Co to za kocia wiedźma! Wynocha! Won!
Kotka zwiała za Irka. Pies na początku zbaraniał, ale zaraz pojął, co się dzieje. Nastroszył grzbiet i pokazał zęby.
Wiktor prychnął z pogardą i poszedł do siebie. Nowy zmiennik choćby na nich nie spojrzał.
Kotka rzuciła na Irka powściągliwie dziękczynne spojrzenie. A Irek rozmyślał:
Wiedźma Tak o niej powiedział Wiktor Czy to imię? Chyba tak będę ją nazywać…
Tak oto kotka dostała imię Wiedźma.
Przyszły mrozy. Wiedźma znów zamieszkała w słomie. Irek nie chciał jej niepokoić, ale ostrożnie zajrzał do środka.
Kotka patrzyła na niego pytająco, nie mogąc zrozumieć, jak pies może być tak łagodny Ale przesunęła się, by zrobić mu miejsce.
Oboje zasnęli, wtuleni w siebie. Jeszcze nigdy sen nie był tak głęboki.
Od tej pory Irek i Wiedźma stali się nierozłączni. Jedli razem, spali razem i rozmawiali na swoim zwierzęcym języku.
Gdy Serafin po raz pierwszy zobaczył kotkę przy Irku aż przetarł oczy ze zdumienia: taka maleńka i słaba, a obok wielkiego psa stróża.
Szybko zrozumiał: zwierzęta też potrafią kochać, a miłość przezwycięży wszystkie rozmiary.
Serafin zaopiekował się Wiedźmą zabrał ją do weterynarza, wyszczotkował futerko, pamiętał o dokarmianiu. niedługo kotka nabrała sił.
Spokój burzył tylko Wiktor. Ubzdurał sobie, iż czarna kotka to zwiastun nieszczęść, i postanowił się jej pozbyć.
Pewnego dnia próbował choćby ją otruć, ale Irek wyczuł truciznę i udaremnił plan zawsze czuwał.
W jedną szczególnie mroźną noc pies i kotka skuleni leżeli w budzie. Irek wylizywał Wiedźmie nową ranę znów gdzieś się w coś wpakowała.
Nagle wyczuł dziwny zapach… Oboje nasłuchiwali. Irek wyskoczył i zaczął szczekać z całych sił. Pożar! Magazyn płonął!
Wiktor wybiegł z kontenera, krzycząc i panikując przed rozjarzonym budynkiem. Szukał czegoś w kieszeniach telefonu brak.
Wiedźma miauknęła przejmująco. Ochroniarz odwrócił się kotka siedziała obok upuszczonego telefonu.
Cholera, kocia wiedźmo! szarpnął nią brutalnie, złapał aparat i zadzwonił po strażaków.
Irek pognał do Wiedźmy. Kulawa kotka uciekła od dymu na trawę. Schowali się razem w krzakach i przeczekali pożar.
Kiedy ogień wreszcie zgasł, wycieńczony Wiktor posłał kotce spojrzenie pełne nienawiści.
Następnego wieczoru Irek zbliżył się do budki portiera i usłyszał rozmowę:
Ona przynosi pecha, widzieliście jej oczy? Prawdziwa wiedźma! przekonywał Wiktor.
I co zamierzasz? spytał obojętnie ktoś z boku.
Wywieźć do lasu i z głowy.
Irek zamarł, serce ścisnęło mu się boleśnie. Przytulił Wiedźmę, która smacznie spała.
Zwariowałeś? Ona tam zginie! zaprotestował Serafin.
Co mnie to obchodzi! Pożaru ci mało?
Może to prawda, czarne koty pecha przynoszą mruknął ktoś.
Nikt jej nie wywiezie. Przedszkole jakieś, uciął Serafin i odszedł.
Rano Irek ocknął się, przeciągnął, ziewnął. Chciał powitać śpiącą obok Wiedźmę.
Ale jej nie było.
Przeszukał słomę pusto. Wypadł na podwórze, biegał, szczeknął słabo i niepewnie.
Zauważył czarną plamkę przy baraku. Rzucił się tam.
To był tylko foliowy worek, pchany wiatrem.
Drzwi skrzypnęły.
I co, przyszłaś? Szukasz przyjaciółki? cedził słodko Wiktor. Nie ma twojej koleżanki. Siedzi już w innym miejscu, czaruje.
Irek patrzył w jego twarz, szukając innego znaczenia.
Chociaż… Nic już nie zaczaruje. Jeszcze trochę i zdechnie w lesie. O ile już nie zdechła!
Pies nie wydał z siebie żadnego dźwięku. choćby wewnętrzny skowyt uwięzł głęboko w gardle.
Spadł pierwszy śnieg. Wielkie płatki powoli otulały nieruchomego psa.
Od tamtej chwili, gdy odebrano mu to, co najważniejsze, Irek nigdy już nie wchodził do budy. Spał na zimnej ziemi, prawie nic nie jadł i nie reagował choćby na Serafina.
Irek, ona jest teraz w bardzo dobrym miejscu, uwierz. Jest jej ciepło i spokojnie. Wierzysz mi? szeptał Serafin, klękając przy nim i delikatnie głaszcząc psie łapy.
Ja też chcę tam iść. Chcę do mojej Wiedźmy. Czy mogę do niej dołączyć? Bardzo proszę
Poprzedniego ranka Irek usłyszał rozmowy obcych ludzi, którzy stali nieopodal i mówili, jakby pies był już martwą rzeczą. Wspomnieli, iż pies się zestarzał, iż na nic już się nie przyda. Potrzeba magazynowi nowego, młodego stróża, a tego trzeba spisać na straty…
Co ustalili, nie wiedział. Było mu wszystko jedno. Ważne było tylko jedno.
Śnieg padał nieustannie, grube płaty zlepiały się na jego grzbiecie, pysku i łapach. Wreszcie całego przykryła biała pierzyna. Irek zamknął oczy.
Może już nigdy ich nie otworzę? Nie chcę ich więcej otwierać przemknęła mu ostatnia myśl.
Wszystko wokół wyciszało się. Irek prawie nie czuł swojego ciała, nie rejestrował zapachów, nie słyszał wiatru. I nagle, w narastającej ciemności, rozległ się znany głos:
Wstawaj, przyjacielu. No już, jedziemy razem!
Potem pamiętał już niewyraźnie: ciepłe wnętrze samochodu Serafina, miękkość siedzenia, nierówną drogę, nieznane zapachy wpadające do środka.
Smutek rozłożył Irka całkowicie w końcu zasnął głęboko na tylnym siedzeniu, przy kojącej, cichej muzyce z radia…
Kilka godzin później dotarli na miejsce. Serafin pomógł irkowi wygramolić się z auta i podtrzymywał go do drzwi domu.
Zamieszkasz teraz ze mną, przyjacielu.
Psie serce było zobojętniałe. Ale nie chciał ranić dobrego człowieka, więc próbował udawać radość. Wyszło niezręcznie, Serafin i tak wszystko rozumiał bez słów.
Chodź, wejdziemy do środka zaraz ci się tu spodoba puścił oko, otwierając drzwi.
Ledwo przekroczyli próg, Irek nagle się ożywił. Ten zapach… Najlepiej znany ze wszystkich. Jedyny, nie do pomylenia!
W tej samej chwili okienna ława poruszyła się. Zsunęła się z niej czarna chmurka i szybciutko podbiegła do psa. Jeszcze zanim kotka zdążyła podejść zupełnie blisko, Irek wiedział to Wiedźma! Jego Wiedźma!
Mówiłem ci, iż jest w dobrym miejscu, uśmiechnął się Serafin. Naprawdę myślałeś, stary przyjacielu, iż pozwoliłbym takim łajzom zostawić twoją koleżankę w lesie?
Pies i kotka już nie zwracali na niego uwagi. Musieli sobie opowiedzieć całą swoją historię!
Gdy już się wygadali, położyli się razem w kąciku. I wtedy Irkowi przemknęło: co znaczy adekwatnie słowo wiedźma?
Chciał o to zapytać kotkę, ale nagle sobie uświadomił, iż to bez znaczenia. Wiedźma to moja przyjaciółka. A to wystarczy.Za oknami sypał śnieg, świat zamienił się w cichy, miękki kokon. W środku domu pachniało ciepłem, rosłem i czymś, co można było nazwać spokojem choć Irek nie znał tego słowa. Czuł jednak, jak do środka wraca powoli życie, którego myślał już nie odnaleźć. Wiedźma, obok niego, pomrukiwała przez sen, czasem jej łapki lekko drżały, jakby biegła przez jakieś niewidzialne zaśnieżone podwórze. Serafin krzątał się cicho w kuchni, nucąc pod nosem.
Irek westchnął głęboko, wciągając nosem znajome, dobre zapachy. Kotka podniosła na niego oczy już nie nieufne, ale łagodne, błyszczące leniwym szczęściem. Przysunęli się jeszcze bliżej do siebie, jakby po tamtej zimie i wszystkich utratach nie chcieli zmarnować ani odrobiny ciepła.
Za chwilę Wiedźma westchnęła i czego nie robiła nigdy wcześniej zamruczała cicho, układając łebek na Irkowym boku.
A Irek wyciągnął się wygodnie, czując, jak serce bije mu wolno, równo, spokojnie, bardzo blisko innego, małego serduszka. Po raz pierwszy od dawna poczuł, iż wszystko jest tam, gdzie być powinno.
Może nie wiedział, iż to właśnie nazywa się szczęściem, ale wystarczyło jedno spojrzenie na Wiedźmę i jedno machnięcie jej puszystym ogonem, by wiedzieć, iż w końcu jest w domu.
A dom to przecież nie buda z chłodną słomą i nie stalowy magazyn, tylko miejsce, gdzie kogoś czekasz i ktoś czeka na ciebie.
















