O szóstej rano mąż zrzucił mnie z łóżka. Najpierw myślałam, iż to niefortunny przypadek, ale już następnego dnia sytuacja się powtórzyła. Wszystko zaczęło się po naszej wizycie u jego mamy

polregion.pl 2 godzin temu

O szóstej rano mój mąż zrzucił mnie z łóżka. Najpierw sądziłam, iż to przypadek może przewrócił się na mnie, bo śnił, iż jest Szymonem Materną na zawodach w zapasach. Ale nie! Następnego dnia sytuacja się powtórzyła. A zaczęło się to dopiero po naszej wizycie u jego mamy na wsi.

Małżeństwo trwało u nas raptem pół roku, ale po tej historii stwierdziłam, iż dość składam pozew o rozwód. A powód tego dziwnego zachowania rozbroiłby chyba samego Wojciecha Manna. Zaraz wszystko wyjaśnię.

Ja pochodzę z miasta Kraków moją ojczyzną, pracę mam w międzynarodowej firmie. Co za tym idzie: często muszę zaczynać robotę o dzikich porach, bo u nas południe, w Londynie, Nowy Jork śpią albo coś tam jeszcze. Śpię, kiedy mogę najczęściej po śniadaniu.

Mój mąż, Błażej, w przeciwieństwie do mnie, z typowej mazowieckiej wsi, wychowany między krową a kurą pod Sochaczewem. On od zawsze jak dzwon wybija szóstą wstaje. choćby jak już przeprowadził się do Krakowa, nie rozumiał wartości drzemki i snu: o szóstej podnosi się z łóżka i domaga się jajecznicy z trzema jajami i kawy.

Ja zawsze jem śniadanie o siódmej zastrzegł przy pierwszym spotkaniu.

Roześmiałam się wtedy i miałam to gdzieś. Przecież jakbym musiała, to bym mu zrobiła jajka o dziewiątej. A po pracy w nocy, chociażby na chwilę mogę się zwinąć w burrito z kołdry i pospać.

Pierwsze sześć miesięcy to choćby jako tako szło. Próbowałam wspierać jego poranne nawyki, jeżeli nie wyleciało mi z głowy, a kiedy już zaspałam, robiłam śniadanie na kolację. Myślałam: O, będzie dobrze, niech lubi swoją jajecznicę, ja lubię spać!. Dopiero po wizycie u jego mamy zaczęły się jaja (w dosłownym i przenośnym sensie).

Teściowa mieszka pod Sochaczewem w starym, ale zadbanym domku. Gdy pierwszy raz tam pojechałam, sądziłam, iż będzie jak u babci: konfitury, pierogi, wieczorne pogaduchy przy herbacie. A tu niespodzianka! Teściowa to nie słodka staruszka, tylko pani major w mundurze gospodyń wiejskich. Miała opinię na każdy temat, a szczególnie na mój.

No i faktyczny dramat rozpoczął się następnego dnia.

Trzeba ją budzić, jak się na wsi robi orzekła teściowa przy śniadaniu (w trakcie którego jeszcze spałam). Kiedy dowiedziałam się, iż Błażej postanowił stosować wobec mnie wiejską dyscyplinę wczesnoporanną, byłam w szoku.

Jak mnie pierwszy raz wyciągnął siłą spod pierzyny, zamarłam.

Co ty robisz?! syknęłam zaspana i wściekła.

Bo nie słyszysz budzika. Mama mówi, iż to najlepszy sposób, żeby się obudzić odpowiedział spokojnie, jakby nic się nie stało.

Ale ja śpię po pracy! Inaczej nie daję rady funkcjonować!

U nas w rodzinie tak się robi powiedział Błażej tonem, który miał zakończyć rozmowę.

I wiesz co? Następnego ranka znów powtórka z rozrywki. Miałam wrażenie, iż z Błażeja i jego mamy robią mi test na wytrzymałość psychiczną. Z każdym rankiem pytałam siebie: jak ten facet, z którym chciałam spędzić życie, tak nagle zamienił się w porannego kata po powrocie z rodzinnego domu?

Wróciliśmy do Krakowa, a Błażej jakby wyciągnięty spod wiejskiej parówki: Mama wie lepiej, Mama mówiła, Mama by zrobiła inaczej. Teraz tylko czekałam, aż zacznie zamiatać podłogę miotłą teściowej.

Aktualnie kompletuję papiery do rozwodu cierpliwość mi pękła jak gumka od majtek. A wy co byście zrobili na moim miejscu? Może faktycznie trochę przesadzam?

Idź do oryginalnego materiału