Jak dobrze nam, gdy sobie podjemy – jacy jesteśmy zadowoleni z siebie i całego świata! Jerome K. Jerome, Trzech panów w łódce (nie licząc psa).
Trzeci raz w tym roku, a minął dopiero pierwszy jego trymestr, braliśmy udział w zorganizowanych przez Panią Katarzynę Zalewską warsztatach podnoszących nasze umiejętności poznawcze i zręcznościowe. Po pieczeniu pączków przypadającym na koniec karnawału, tworzeniu kolorowo cudownych witraży poprzedzających czas wielkanocny, przyszła pora na robienie pierogów, smacznych, okraszonych cebulką specjałów wyróżniających od wieków kuchnię polską, sławiących ją na całym świecie i budujących naszą narodową dumę, iż mamy coś tak osobliwie wyjątkowego. I mimo, iż pichciliśmy pierogi ruskie, takie z farszem z sera, one, wbrew nazwie, nie mają nic wspólnego z Rosją. Wywodzą się z Galicji Wschodniej, obejmującej tereny zachodniej Ukrainy i wschodniej Polski, które przez wieki znajdowały się pod panowaniem naszych królów; wtedy te pierogi nazywano „polskimi”, „ruskimi” stały się po utracie Lwowa. A biały ser, będący głównym składnikiem nadzienia, miał od zawsze opinię składnika odstraszającego złe moce.
Wybraliśmy się do Łęcza w czwartek 23 kwietnia, celebrowanym od lat na wniosek UNESCO jako Światowy Dzień Książki. Zastanawialiśmy się zatem jaką lekturę wybrać na tę naszą wyprawę, by nam towarzyszyła i stanowiła intelektualną podstawę i usprawiedliwienie dla podjętych przez nas z przejęciem działań. Wybór padł na przesympatyczną, pełną osobliwego humoru, książkę napisaną w końcu XIX wieku przez Jerome’a K. Jerome’a zatytułowaną „Trzech panów w łódce (nie licząc psa)”. Skąd taki dziwny wybór?, zapytacie, dlaczego do „ruskich” / „polskich” pierogów dołączyliśmy typowy „angielski” humor?, czy wyprawa do wsi Łęcze może mieć coś wspólnego z rejsem po Tamizie?, i odkrywaniem różnych historycznych zakamarków?, nie daj Boże jeszcze, ze słynną królową Elżbietą I Tudor? Otóż, jak się okazuje, ma, my to właśnie odkryliśmy i znaleźliśmy wiele jeszcze analogii między naszym kuchceniem w wiosce „wiatru i podcieni”, a przygodami trzech dżentelmenów, którzy płynąc i paplając, kierowali się taką między innymi jeszcze życiową dewizą (poza tą przytoczoną jako motto do naszej relacji): „Lubię pracę. Praca mnie fascynuje. Potrafię godzinami siedzieć i przyglądać się jej”.
Analogia pierwsza: I tak było właśnie w Łęczu, część z nas pracowała w pocie czoła, z ogromnym zaangażowaniem i przejęciem, niektórzy natomiast przyglądali się tym wyczynom z angielską flegmą, kontemplując i dumając, czy to ma w ogóle sens, tak się męczyć i trudzić? Natomiast spożywaniu pierogów oddali się później z ogromnym entuzjazmem, nie tracąc energii przy ich wyrobie, spożytkowali jej zasoby na pochłanianie smakowitych wyrobów w ilości wprost zatrważającej. A czego zjeść nie zdołali, zapakowali w pudełka i zabrali ze sobą do Tolkmicka na wieczerzę.
Analogia druga: wujek narratora powieści, noszący nazwisko Podger, gdy zabierał się za jakąś robotę, angażował wszystkich dookoła w jej wykonanie – rodzinę, znajomych i służbę, każdego, kto się napatoczył. Podobnie postępuje Pani Katarzyna Zalewska z Centrum Aktywności Lokalnej w Łęczu – wprowadzając w życie pomysł przygotowania pierogów, rozdzieliła związane z tym czynności na wiele osób, potrzebne okazały się panie z KGW „Łęczowianki”, mieszkańcy DPS Tolkmicko oraz uczestnicy WTZ w Tolkmicku razem z opiekunami. Łącznie było to 18 osób. W przeciwieństwie do wujka Podgera efekt okazał się jednak zadawalający. O ile powieszenie obrazu przez bohatera powieści kończyło się zniszczeniem tynku na całej ścianie, wybiciem dziur, popsuciem używanych narzędzi, okaleczeniem ciała, przy czym obraz wisiał chybotliwie i krzywo, o tyle pierogi Pani Katarzyny były i smaczne, i apetycznie, zgrabnie wyglądały, i nie można się było do niczego przyczepić.
Analogia trzecia: w dziejach wsi Łęcze zapisali się złotymi zgłoskami Anglicy. Było to w końcu XVI i na początku XVII wieku. Kupcy z zamorskiego, wyspiarskiego kraju, utworzyli kompanię zajmującą się handlem bałtyckim, a królowa Elżbieta I Tudor nadała im przywilej gwarantujący monopol w tej dziedzinie w roku 1579. Kupcy ci, po krótkim pobycie w Hamburgu i potem w Gdańsku, zakotwiczyli na dłużej w Elblągu, gdzie odnaleźli najbardziej sprzyjające warunki do rozwoju swojego interesu. Utworzyli tu kantor, skład towarów, które przywozili z ojczyzny (sukno luńskie, skóry i skórki, ołów i cyna) lub do niej importowali (drewno i żelazo, len, konopie, liny, smołę i dziegć). Rocznie znad Tamizy przypływało, prezentując się dumnie pod rozwiniętymi żaglami, a potem równie dostojnie powracało do portów w Londynie, Hull, Ipswich czy Newcastle, ponad 100 żaglowców. Obserwowano ich rejsy ze wzgórz otaczających wieś Łęcze, ponieważ stąd roztaczał się rozległy widok na Zalew Wiślany, każdy płynący statek można zatem było wpisać w rejestr i na tej podstawie obliczać zyski płynące z tak intratnej, zwolnionej z podatków działalności. Anglikom Łęcze bardzo przypadło do gustu, zbudowali tu drewnianą faktorię, korzystali z kościoła, który pięknie wyposażyli, z całą pewnością bratali się z mieszkańcami, może choćby były z tego jakieś śluby, wesela i dzieci. Pewnie też próbowali lokalnych potraw, urozmaicali sobie nimi angielską kuchnię, trudno jednak jednoznacznie zawyrokować, czy w menu pojawiały się pierogi, zwłaszcza te „polskie”, z białym serem.
Analogia czwarta: ci panowie z łódki, a to jest: Pan J. (narrator), Harris i George, oraz pies Montmorency, tak sobie płynęli i płynęli, nieśpiesznie, beztrosko, odwiedzając nadrzeczne miasteczka, poznając ich historie, zachwycając się zabytkami, delektując się posiłkami w odwiedzanych karczmach lub przyrządzając na własną rękę różne potrawy pod gołym niebem, dyskutując nieustannie i komentując przeżywane chwile. Opisana w książce ich przygoda skrzy się od sytuacyjnego humoru, pełna jest anegdotek i dygresji, ironii, naśmiewania się z ludzkich przywar, ułomności i słabości, którym bohaterowie przeciwstawiają własną szlachetną postawę całkowicie pozbawioną wad (to też oczywiście autoironia). Czyta się to lekko, łatwo i przyjemnie, podczas tej lektury świat wydaje się pozbawiony wszelkich problemów i trosk, zyskujemy poczucie dystansu wobec otaczającej nas rzeczywistości, ludzi i siebie samych. Tak też czuliśmy się na warsztatach w Łęczu. Trochę pracowaliśmy, ale tak bez przesady, potem się objedliśmy, w międzyczasie wychodziliśmy na dwór, grzaliśmy się na słoneczku, łapaliśmy powiewy wiatru we włosy, obserwowaliśmy przepiękne krajobrazy, wiosenną zieleń wpełzającą na czerwone dachy wiejskich domostw rozsianych na licznych pagórkach. Była okazja do rozmów, do wspomnień, wracaliśmy myślami do naszej młodości, do pełnych euforii i miłości chwil, które przeżywaliśmy zanim los zawiódł nas do Domu w Tolkmicku. Był to przyjemny dzień, czuliśmy, iż życie nam nie dokucza i nas nie doświadcza niczym ciężkostrawnym. choćby nasze pierogi takie nie były.
Zawdzięczamy to wszystko Pani Katarzynie oraz Pani Monice i Pani Dorocie z Koła Gospodyń Wiejskich „Łęczowianki” w Łęczu, którym bardzo serdecznie dziękujemy za pomoc w lepieniu pierogów i za okazane nam serce. Zostaliśmy zaproszeni na „Święto Wiatru i Podcieni”, które odbędzie się w dniu 5 lipca br. Chcielibyśmy tu przyjechać, zatem zwracamy się z prośbą do naszych kierowców, by poświęcili nam wtedy czas (bo to będzie w niedzielę).
Ps.
Na koniec Pani Katarzyna zaprezentowała nam wyroby z gipsu będące Jej twórczym dziełem. Będzie je można nabyć podczas wspomnianego lipcowego festynu. Zainteresowanych zapraszamy, drogo nie będzie, za to jakie są one piękne i niepowtarzalne.
{gallery}2026-04-27-dps{/gallery}
Dariusz Barton
















