Kiedy zapowiadałem powstanie tego artykułu, nie wiedziałem w ramach której
definicji sprecyzowanej gościa mojego zapowiedzieć. Dziś dalej nie wiem, niech więc
zaproszeniem do tekstu poniższego niech będzie wiersz pt. „Łajzą mnie zwą”
autorstwa właśnie jego samego…
Pukanie dnia pewnego do drzwi usłyszałem
Nim otworzyć zdążyłem
Postać nieznajoma zniknąć uważała
Przed wejściem wór szeleszczących liści zostawiła
Na ławce usiadła nieopodal
W cieniu cisów wysokich skrytą
Wzrok swój tajemny na mnie podniosła
Gestem do siebie obok zaprosiła
Łajzą mnie zwą tak zaczęła rozmowę
A ja struchlałem i nic nie mówiąc
Na twarz patrzyłem nieznaną
Oczy te czarne jak węgle kopalni
Blond włosy w gruby warkocz związane
Kurtka znoszona marki nieznanej
I spodnie pewnie na niejednej ławce siedziały
Sweter gruby z golfem pod szyją
Buty które niejedną milę wydeptały
Plecak przepastny wiele historii skrywający
Obok ławki stał cicho schowany
Zanurzyła swą dłoń w plecaku
Termos z herbatą wyjęła z aromatem
Uśmiech zagościł na ustach jej wąskich
Ja ten uśmiech zapamiętałem
I dzień był następny kolejny
Znowu postać pod drzwi przybyła
Kubek herbaty wręczając mówiła
Chodź ze mną na łajzę
Bo łajzą mnie zwą już to mówiła
Często we dnie mnie różne odwiedzała
Deszcz to czy mróz słońce czy noc
Szliśmy oboje z kubkiem w ręce
Za zakręt już siódmy i górę trzecią
Za rzekę na wprost i las za nią
A potem z góry przed siebie
Do końca dnia do schodów po noc
Dnia następnego w dłoniach przyniosła ogień z ogniska
Razem ze śpiewem znad brzegu jeziora
Pod parasolem, bo deszcz wtedy padał
Kubek z herbatą wręczyła mi pachnącą
I był taki dzień, gdy znikła gdzieś nagle
Bez śladu bez echa bez słowa ot tak
I zostałem z zapachem jej włosów w dłoni
A tam odnalazłem jej ślad.
Na pogawędkę umówiliśmy się w trakcie długiego weekendu, czyli w okresie, który
wiele osób wykorzystuje by rzucić wszystko i wyjechać w przysłowiowe Bieszczady.
Mój rozmówca z niemalże cotygodniową częstotliwością porzuca codzienność, by
pojechać „w nieznane”. „W nieznane”, gdyż podróż, u początku swego najczęściej
bez określonego jest kierunku, najczęściej bez planu dokąd, najczęściej tylko z
termosem herbaty i kromką chleba, najczęściej tam, gdzie wzrok poprowadzi…
Mariusz Sikora – bohater naszego spotkania, swoje podróże dokumentuje
zdjęciami. Próżno jednak na nich szukać palm, piramid, błękitu oceanu, zieloności
Amazonii czy choćby widoku na wieżowce Manhattanu… Prędzej będzie dane
odnaleźć na nich starą chatkę chylącą się ku ziemi, ruinę dawnego spichlerza, młyn,
w którym do cna kamień starty już, muru kawałek, co dworem panicza niegdyś był,
płotu drewnianego sztachet spróchniałych kilka, co to na nich „maciejówka” jeszcze
niedawno wieszana była, drogi pośród pól kawałek, czy lasu ścianę w barwach pór
roku czterech… A wszystko to znane się zdaje jakieś…, bo to często miejsca, które
choć tuż obok i na co dzień blisko nas, to z przyzwyczajenia niejako uwagi nie
zwracają już. Nie wypadało zatem by rozmowa ta w gwarze miejskim odbyć miała
się. Miejscem odpowiednim zdawać się miała, pośród lasów chatka stuletnia z
ławeczką pod jabłonią, co niejedną już opowieść w życiu swym słyszała, owoców z
roku na rok rodząc mniej, gdzie i studnia dziś wyschnięta, dla ozdoby stoi… Tu
zaproszony – Mariusz opowieść o sobie i podróżach swoich prawić począł…
Dawna to historia… ja, odkąd pamiętam, to chyba zawsze gdzieś jeździłem…
Trudno mnie było utrzymać w domu, to są słowa mojej mamy. Zawsze mnie
gdzieś i coś poniosło. Chyba od najmłodszych lat byłem takim włóczęgą.
Najpierw poznawałem swoje najbliższe okolice. Później mnie poniosło w
miasto szersze. A tak naprawdę to trochę zazdrość mnie wzięła. Miałem kiedyś
dziewczynę a jej ojciec pracował na kolei, dużo podróżował i dużo zdjęć robił. I
kiedy tak siedzieliśmy i przeglądaliśmy te fotografie, pomyślałem wtedy sobie,
że ja kiedyś też będę miał coś takiego. Zacznę sobie jeździć, zacznę sobie to
dokumentować… I tak zacząłem jeździć, fotografować, zbierać, zbierać,
zbierać… No i dzisiaj, przeliczyłem, mam 27 albumów, po 200 zdjęć, w tym dwa
albumy po 300 zdjęć. Czyli „trochę” zdjęć jest, robionych aparatem
analogowym jeszcze. Od pewnego momentu przerzuciłem się już na fotografię
cyfrową i tego już jest parę tysięcy.
Na zdjęciach publikowanych przez Mariusza, oprócz przyrody i krajobrazów, królują
głównie dawne budowle: pałace, dworki, wiejskie chaty…
Kiedy powstał portal Nasza Klasa, wymyśliłem sobie, iż będę zamieszczał
zdjęcia dworów lubelskich. Dotarłem do listy Lubelskiego Konserwatora
Zabytków i tam wyciągnięta została lista dworów, dworków, pałaców w
województwie lubelskim – stan na 80ty któryś rok… Było ich 414… I wziąłem
sobie za cel, iż odwiedzę je wszystkie. Sfotografuję, może jakiś króciutki opis
dam, może uda się album z tego zrobić. Takie po prostu, chłonne plany. Udało
mi się odwiedzić i sfotografować ponad 200…
A skąd u mnie wzięły się te dwory, pałace i zamki? Cóż, miejscowość Trawniki,
niedaleka, tam były ruiny kaplicy. Ja będąc wtedy przy tej kaplicy, oglądając je,
przypomniałem sobie, iż w Polsce jest taki fajny szlak, nazywa się „Szlak
Orlich Gniazd” na jurze krakowsko -częstochowskiej. Pojechaliśmy więc tam w
kilka osób. Po roku ponownie, z plecakami, na piechotę … spaliśmy w różnych
miejscach, fajna przygoda, rewelacyjna. Tam powstały zdjęcia, tam zostały te
wspomnienia i tak powolutku, powolutku zaczęło to się rozwijać. No bo tak, te
pałace, dwory, zamki jakoś trzeba było utrzymywać. Są zatem uprawy, jeśli
tytoń, to jakaś suszarnia tytoniu, jeżeli jakieś uprawy zboża, to spichlerz i młyn.
Bardzo często są też gorzelnie, więc dlaczego ich nie sfotografować?
Budynki, które spotyka i które uwiecznia na swoich fotografiach Mariusz, to nie tylko
kawałek muru, zbitek cegieł czy kamienia. To także historia – historia miejsca i
historia ludzi… Ta zaś w miejscach owych ustami osób spotkanych malowana,
powieścią intymną nierzadko staje się…
Lato, sierpień, niewielki dworek, widać, iż troszeczkę w ruinie, ale ktoś tam
jest…Na tarasie, przy stole siedzi starsza pani, w okolicach 80 lat. Nogi
przykryte kocem, na stole kawa w filiżance, jakieś ciasteczka, książka na
kolanach, ramiona też jakąś chustą przykryte. – Dzień dobry, przedstawiłem się,
przepraszam panią bardzo, czy mogę zrobić parę zdjęć dworku i przy okazji
przyjaciele są ze mną, chcielibyśmy zobaczyć, ale tylko z zewnątrz nie chcemy
wchodzić do środka. – A dużo was jest? – Czworo. – Zapraszam was na herbatę,
bo nie może być tak, iż zrobicie sobie zdjęcia i pojedziecie. Musicie poznać
historię tego dworku. Okazało się, iż pani wcale nie była właścicielem ani
spadkobiercą tego dworu, tylko jej mama pracowała jako służba i ona wraz ze
swoim bratem po prostu tam się urodziła. W tej opowieści takiego języka
polskiego nie słyszałem nigdy w życiu!!! Siedziałem i słuchałem takich
pięknych zwrotów, po prostu przepiękna polszczyzna, coś wspaniałego…
Okazało się, iż pani uczyła w szkole języka polskiego i historii. Mieliśmy okazję
poznać też jej brata. Osiemdziesięcioparoletni pan, historyk sztuki, czyli
państwo naprawdę wykształceni można pomyśleć niemożliwe jak na dzieci
służby… Tak nam minęło na rozmowie kilka godzin, musieliśmy wrócić do
domu, a tu nikomu nie chciało się wychodzić. I cały czas ten język… Poprawny,
bez wtrąceń, czysty i piękny…
Mariusz swoje zdjęcia opisuje „staropolszczyzną”, jak sam mówi, być może
podświadomie jest to efekt tego właśnie spotkania i tej rozmowy. Opisy te,
wprowadzają natomiast w klimat odbytej podróży i zdjęć, będących jej
udokumentowaniem. Mój gość swoje podróże nazywa „łajzami”, gdyż wielokrotnie
ich miejsce docelowe jest niezaplanowane a wychodzi samo z siebie, kiedy uwagę
przykuje to „coś”. To „coś”, co zachęci by zjechać z głównej drogi, a potem z tej
bocznej, w kolejną i w kolejną. Utartym szlakom, miejscom powszechnie znanym, czy
wręcz po prostu turystycznym, nasz bohater także nie mówi „nie”. Jednak zwykle ma
to szczęście, iż spotka kogoś, kto wprowadzi w miejsca niedostępne turystom i
opowie historię powszechnie nieznaną.
Tak było podczas wyjazdu motocyklami z grupą znajomych do Włodawy, kiedy to
podjechali pod budynek cerkwi. Spotkany wówczas proboszcz parafii ks. mitrat
Jerzy Ignaciuk nie tylko oprowadził ich po budynku, ale opowiedział też historię
swojego życia, od narodzin, aż po ów dzień. Tak z chwilowej przerwy w podróży,
zrodziło się kilkugodzinne spotkanie… Motocykl wspomniany budzi zainteresowanie i
otwiera niejako furtkę ku rozmowom… Ale o tym niebawem…
smart







smart












