Nowonarodzone szczęście — Proszę pana, przestańcie za mną chodzić krok w krok! Przecież mówiłam, że…

newskey24.com 22 godzin temu

Mężczyzno, przestań chodzić za mną krok w krok! Przecież mówiłam panu już, iż jestem w żałobie po mężu. Niech pan mnie nie prześladuje! Zaczynam się bać! podnoszę głos.

Pamiętam, pamiętam Ale mam wrażenie, iż tę żałobę nosisz raczej po sobie. Przepraszam, nie ustępuje mój wielbiciel.

Odpoczywam w sanatorium. Marzyłam tylko o ciszy i śpiewie leśnych ptaków, a nie o natrętnych adoratorach. Mój mąż zmarł niedawno, tak nagle Potrzebowałam czasu, by pogodzić się z tą stratą.

Razem z mężem, Olgierdem, zaczęliśmy remont mieszkania, oszczędzaliśmy każdy grosz, nic sobie nie żałowaliśmy i nagle Olgierd źle się poczuł, a pogotowie nie zdążyło pomóc. To był jego drugi zawał serca. Po pogrzebie zostałam bez swojego drugiego kawałka i bez remontu, za to z dwoma nastoletnimi synami. Ręce opadały. Jak żyć po czymś takim?

W pracy dostałam skierowanie do sanatorium. Z początku nie chciałam choćby wychodzić z domu. Koleżanki jednak przekonały mnie:

Nie jesteś pierwszą wdową i nie ostatnią. Masz dzieci. Musisz żyć! Jedź, Marto, odpocznij, zresetuj myśli.

Z ciężkim sercem się zgodziłam.

Minęło czterdzieści dni od śmierci Olgierda, a ból w duszy nie słabł.

W sanatorium dostałam pokój z energiczną dziewczyną, Weroniką.

Weronika tryskała euforią i dobrą energią. Czasem mnie to irytowało; nie chciałam dzielić się z nią swoim smutkiem. I czy powinnam obarczać tym młodą dziewczynę? Kręcił się wokół niej animator. Wiadomo przecież, iż w sanatoriach sami wolni, rozwiedzeni albo nieszczęśliwi wdowcy. Mnie nie nabierze Ostrzegałam Weronikę przed tym pociesznym amantem. Na pewno jest żonaty i to pewnie już nie pierwszy raz.

Weronika śmiała się:

Oj, niech się pani o mnie nie martwi, Marto! Ja już swoje wiem

I wieczorami „wróbelek” znikał na randki. A ja przez tydzień praktycznie nie wychodziłam z pokoju. Czytałam książkę, ale nie pamiętałam ani słowa, oglądałam telewizję, ale ekran był tylko tłem.

Pewnego ranka obudziłam się w świetnym humorze. Spojrzałam przez okno słońce, las, błogość! Pomyślałam: przejdę się po lesie, posłucham ptaków, pooddycham świeżym powietrzem. I wtedy spotkałam nieznajomego.

Oczywiście, od razu go poznałam. W jadalni od pierwszego obiadu mnie irytował niski, bezczelny wzrok, o głowę niższy ode mnie Niezbyt sympatyczny. Ale zadbany, gładko ogolony, ubrany jak spod igły. Każdego wieczoru kłaniał mi się z wielką uniżonością. Kiwałam mu głową, bardziej z uprzejmości. Aż pewnego razu dosiadł się do mojego stolika.

Nudno pani? zagadnął aksamitnym głosem.

Nie, odpowiedziałam sztywno.

Nie ma co oszukiwać, smutek wypisany na twarzy Może mogę jakoś pomóc? nie odpuszczał.

Ma pan rację, to smutek po zmarłym mężu. Czy będą jeszcze jakieś pytania? starając się zakończyć tę rozmowę.

Przepraszam, nie wiedziałem. Wyrazy współczucia. Ale może się poznamy? Walenty, przedstawił się szybko.

Widać było, iż Walenty boi się mnie stracić.

Marta, odpowiedziałam niechętnie i oddaliłam się.

Od tej pory Walenty przysiadał się do mojego stolika za każdym razem i wręczał mi bukiecik dzwonków. Te kwiaty rosły tu wszędzie. Miłe to było, ale nie planowałam żadnej relacji.

Walenty nie dawał za wygraną. Zaczął towarzyszyć mi w wieczornych spacerach. Sama zaczęłam zakładać buty bez obcasów, by nie podkreślać naszej różnicy wzrostu. Jemu to w ogóle nie przeszkadzało ani łysina, ani niski wzrost. Domyśliłam się, iż czarował kobiety głosem. Takiego zmysłowego, męskiego głosu nie słyszałam jeszcze nigdy. Chyba wpadłam w dobrze zastawione sidła.

Z Walentym chodziliśmy wieczorami na tańce, czasem jeździliśmy do miasta po owoce. Mój adorator kilka razy próbował namówić mnie, żebym przyszła wieczorem do jego pokoju. Ale byłam uparta jak osioł.

W końcu sam Walenty mi przypomniał:

Martuś, jutro wyjazd. Może wieczorem wpadniesz do mojego pokoju na herbatę?

Trzeba się zastanowić, odpowiedziałam wymijająco.

Nastał ostatni wieczór w sanatorium. Postanowiłam nie robić Walentemu przykrości i przyjść, choć dobrze wiedziałam, jak ten wieczór się skończy.

Stół był pięknie ustawiony, uginający się od smakołyków. „Pewnie pożyczył sztućce ze stołówki” pomyślałam z rozbawieniem. Walenty z galanterią zaprosił mnie do stołu. Nagle pojawił się szampan.

No to, Martusia, zaczynamy? Nie wiem, jak jutro będę mógł się z tobą rozstać. Zostaw mi swój adres. Odwiedzę cię na pewno, powiedział nieco smutno Walenty.

Zapomnisz o mnie za dwa dni. Poznając was, mężczyzn Za co pijemy, Walenty? byłam już gotowa na wszystko.

No jak to? Za miłość, Martuś, za miłość! wzniósł toast Walenty.

Rano obudziłam się wtulona w niego. Boże, po co się cały turnus wzbraniałam jak dziecko? Czemu od razu nie przyszłam? Tyle czasu zmarnowałam! Zakochałam się jak nastolatka. Ale dziś trzeba się pakować i wracać do domu.

Pożegnałam się z Weroniką, współlokatorką. Siedziała na łóżku i płakała.

Co się stało, Weroniko? zapytałam.

Jestem w ciąży, Marto. I nie wiem, z kim szlochała dziewczyna.

Twój animator narozrabiał? dopytywałam delikatnie.

Sama nie wiem. Był jeszcze jeden z sąsiedniego ośrodka. I do tego żonaty, rozważała Weronika bardziej do siebie.

Oj, Weronika Dzwoń do rodziców, niech przyjadą i porozmawiają. Jak oni cię samą tu puścili? Chodź, pójdziemy do dyrektora sanatorium, może coś się wyjaśni, starałam się pomóc.

Weronika wybiegła z pokoju we łzach Młoda dziewczyna, narozrabia przez tych zabawiaczy

Spakowałam się do drogi. Nie chciałam wyjeżdżać. Przez te 24 dni wszystko stało się bliskie, swojskie. Zwłaszcza Walenty.

Podjechał autobus. Walenty przyszedł mnie odprowadzić, z bukietem dzwonków. Popłakałam się, mocno go przytuliłam. To już wszystko. Nasz romans dobiegł końca. Serce ściskało. Gdyby mnie teraz zawołał, rzuciłabym wszystko i pojechała z nim

Mieszkaliśmy z Walentym w różnych miastach. Kontaktować się można było jedynie listownie. To do mnie napisała żona Walentego. Wiedziała o wszystkim i jasno dała mi do zrozumienia, iż i tak nie mam szans ona ma trzydzieści lat, a ja czterdzieści. Nie odpowiedziałam. Po co?

Pół roku później niespodziewanie pojawił się u mnie Walenty. Moi synowie byli zaskoczeni wizytą obcego mężczyzny, ale dyskretnie milczeli.

Walenty? Przejazdem, czy jak? zapytałam, chociaż serce podskakiwało, bo marzyłam, żeby powiedział: „Do ciebie, na zawsze”.

Chyba „jak”… Nie wyrzucisz mnie, Martusiu? zapytał Walenty nieśmiało.

Synowie, lekko skonfundowani, schowali się do swojego pokoju.

Wchodź. Jak cię tu los przyniósł? List od żony przywiozłeś? dopytywałam ironicznie.

Przepraszam, Marto. Pisałem list do ciebie, ale żona go znalazła Winny jestem. Rozwiedliśmy się tłumaczył się Walenty.

Walenty, nie wiedziałam, iż byłeś żonatybyły. Nic by się nie wydarzyło, gdybym wiedziała. I co teraz? próbowałam się dowiedzieć.

Wyjdź za mnie, Marto zaproponował nagle Walenty.

Nie wiem. Przecież mam dzieci. Jak zareagują? Tak na gorąco, nie potrafię miałam wątpliwości, choć w głębi duszy cieszyłam się z tej propozycji.

Dzieci są super. Ja mam dziesięcioletnią córkę, zaskoczył mnie Walenty.

Jak to, córkę? Zostawiłeś ją? zapytałam, nie dowierzając.

Ależ skąd, Marto! Zabiorę Alinkę do nas. Jej mama popija. Będziemy rodziną, zaskoczył mnie narzeczony.

Zaczekaj, Walenty, jaką rodziną? W ogóle nie znam twojej córki, a ty już robisz ze mnie jej matkę. Moim zdaniem za gwałtownie chcesz wszystkiego. Daj mi się zastanowić. Pogadam z chłopcami. Zobaczymy. A teraz chodź, dam ci coś do jedzenia, narzeczony uśmiechnęłam się.

Idealnej rodziny z tego nie wyszło. Były kłótnie, ciche dni, obrażanie się, wyprowadzki Każdy z nas był inny. Nie każdy potrafi odpuścić w sporze.

Czas nie zna litości.

Mój starszy syn Andrzej i Alina, córka Walentego, pobrali się i odwrócili się od nas. Wypomnieli różne dawne żale. Twierdzili, iż nie powinniśmy rozwalać starych rodzin. Że Walenty nie powinien odchodzić od pijącej żony, a ja, wdowa, nie miałam wychodzić znów za mąż. Andrzej i Alina wynajęli mieszkanie i wynieśli się z domu.

Ja i Walenty rozkładaliśmy ręce i przez cały czas szczerze się kochaliśmy.

Minął rok.

Zbuntowane dzieci nie wracały. Alina dzwoniła do Walentego tylko w jego urodziny.

Po trzech latach dostaliśmy z Walentym zaproszenie w gości od Andrzeja i Aliny. Zdziwiliśmy się, ale poszliśmy.

Okazało się, iż urodził im się synek nasz wspólny wnuk! euforii było co niemiara! Przy świątecznym stole Andrzej i Alina poprosili nas o wybaczenie. Zrozumieli, iż w życiu zdarza się wszystko. Trzeba wybaczać. Rodzicom należy się szacunek to oni dali nam życie. I dlatego ich syn otrzymał imię Mirosław by w rodzinie był pokój.

Tak oto wraz z Walentym mamy nasze nowonarodzone szczęście.

Idź do oryginalnego materiału