PANIE, PRZESTAŃCIE ZA MNĄ CHODZIĆ KROK W KROK! Mówiłam już panu, iż jestem w żałobie po mężu. Nie nachodźcie mnie! Zaczynam się pana bać! – coraz bardziej podnosiłam głos.
Pamiętam, pamiętam Ale mam wrażenie, iż tą żałobę to nosi pani raczej po sobie. Przepraszam nie ustępował mój adorator.
Odpoczywałam akurat w sanatorium. Marzyła mi się cisza i tylko śpiew leśnych ptaków, a nie wieczne zaczepki upartych facetów. Niedawno zmarł nagle mój mąż. Musiałam stanąć na nogi i pogodzić się z tą pustką, która powstała.
My z mężem, Zbyszkiem, zaczęliśmy remont mieszkania odkładaliśmy każdą złotówkę, odmawialiśmy sobie wszystkiego A tu bach! Zbyszkowi nagle zrobiło się słabo i pogotowie nic już nie pomogło. Drugi zawał, tym razem śmiertelny. Po pogrzebie zostałam sama. Bez męża, bez wykończonej łazienki, za to z dwoma synami nastolatkami. Opadły mi ręce. Jak żyć?
W pracy przyznali mi wczasy zdrowotne w sanatorium. Długo się opierałam. Nie chciałam choćby wyjść z domu! Ale koleżanki się uparły:
Nie jesteś pierwszą wdową, ani ostatnią. Masz dzieci, musisz żyć! Jedź, Jagodo, przewietrz głowę. Jakoś ci się poukłada.
No to pojechałam, z wielkim ociąganiem.
Minęło czterdzieści dni od śmierci Zbyszka. Ból w środku cały czas taki sam. W sanatorium dostałam pokój z Anią gadułą, śmieszką, duszą towarzystwa. Lśniła euforią jakby była z reklamy pasty do zębów. Do niej od razu kręcił się ten tam organizator gier i zabaw. Jak to w polskich sanatoriach kto wolny, rozwiedziony albo wdowiec.
Ania śmiała się i mówiła:
Oj, nie strasz mnie, Jagódko! Ja już nie jeden raz takie numery widziałam
Wychodziła co wieczór na randki, a ja spałam sama w pokoju, gapiąc się bezmyślnie w książkę albo telewizor. Nie pamiętam nawet, co oglądałam.
Pewnego ranka, w końcu, obudziłam się w świetnym nastroju. Za oknem słońce, las pachnący, śpiew ptaków. Pomyślałam przejdę się do lasu, przewietrzę głowę. I wtedy zobaczyłam go: tego faceta, którego dostrzegłam już w stołówce. Taki krótki, z łysinką, z bezczelnym spojrzeniem. Jakoś od razu mnie odrzucił niższy ode mnie prawie o głowę! Ale zawsze schludny, dokładnie ogolony i wystrojony, jakby szedł na bal u wojewody. Za każdym razem podczas kolacji grzecznie się kłaniał do stolika. Odpowiadałam z kurtuazją, ale z ociąganiem.
Aż pewnego dnia, siada przy moim stoliku i pyta aksamitnym głosem:
Smutno pani, co?
Nie spinałam się już na starcie.
Oj, niech pani nie udaje, wszystko widać w oczach. Może mogę pomóc?
Moja żałoba jest po mężu. Jeszcze jakieś pytania? wytarłam ręce serwetką i podniosłam się z krzesła, żeby nie ciągnąć dalszych (zbędnych) rozmów.
Przepraszam, nie wiedziałem. Proszę przyjąć wyrazy współczucia Ale i tak może się poznamy? Mam na imię Wojciech powiedział szybko, widząc, iż zaraz zniknę.
Jagoda odpowiedziałam szorstko i odmaszerowałam.
Od tego dnia Wojtek jak cień zaczął dosiadać się do mnie na każdym posiłku, czasem z bukiecikiem dzwonków (rosły wszędzie w okolicy). Było to miłe, chociaż nie planowałam żadnego romansu.
Ale Wojtek się nie poddawał wieczorami zaczynał towarzyszyć mi na spacerach. Zaczęłam choćby specjalnie chodzić w płaskich butach, żeby nie wyglądać przy nim jak żóraw przy żabie. Wojtkowi to było jednak zupełnie obojętne ani na wzrost, ani na łysinę nie miał kompleksów. Wabił kobiety tembrem głosu naprawdę magnetycznym. Czułam, iż się wciągam.
Zaczęliśmy już razem chodzić na tańce, czasem jeździliśmy do Białegostoku po owoce Wojtek raz po raz próbował zaprosić mnie do swojego pokoju na herbatę. Zawzięcie się broniłam.
Aż w końcu powiedział:
Jagódko, jutro wyjazd. Wpadniesz na wieczorną herbatkę? Co ty na to, hmm?
Jeszcze się zastanowię wymamrotałam.
Przyszedł ostatni wieczór. Postanowiłam już nie robić przykrości Wojtkowi i przyszłam… Stół nakryty jakby na ślub takie tam kolacyjki z lepszym menu. Chyba choćby pożyczył sztućce z restauracji, pomyślałam rozbawiona. Pojawił się szampan.
Zacznijmy, Jagódko. Nie wiem, jak jutro się z tobą rozstanę. Zostaw mi swój adres, koniecznie przyjadę rzucił melancholijnie.
A tam, na drugi dzień zapomnisz Za co pijemy, Wojtku? już byłam gotowa na wszystko.
Ty nie rozumiesz? Jagoda, za miłość! wznieśliśmy toast.
Rano obudziłam się wtulona w Wojtka. O rany, czemu ja tak się wzbraniałam przez cały turnus? Czemu nie weszłam do niego wcześniej? Tyle czasu zmarnowałam! Poczułam się jak szesnastolatka. Dziś musiałam się już pakować i żegnać.
Pożegnałam się z Anią. Siedziała na łóżku i płakała jak bóbr.
Co się stało, Aniu?
Jestem w ciąży, Jagoda. I nie wiem nawet, czyj to dzieciak! szlochała.
Ten twój Animator narozrabiał?
Sama nie wiem, bo poznałam tu jeszcze jednego z sąsiedniego ośrodka. Żonaty tłumaczyła doświadczona Ania.
Oj, Ania, zadzwoń do rodziców, niech cię stąd zabierają. Sama nie powinnaś tu przyjeżdżać. A teraz chodź, pójdziemy do dyrektorki sanatorium pouczałam ją.
Wybiegła z pokoju zalana łzami. No cóż, młodość wie swoje.
Spakowałam walizkę. Nie chciałam wyjeżdżać. Przez te 24 dni wszystko wokół zrobiło się bliskie, szczególnie Wojtek.
Autobus już podjechał. Wojtek przyszedł mnie pożegnać, z bukietem dzwonków. Prawie się rozpłakałam, ciepło go uściskałam. To wszystko. Szybki romans się skończył, serce ścisnęło się jak żelka. Gdyby zapytał, mogłabym zostać…
Mieszkaliśmy z Wojtkiem w różnych miastach ja pod Warszawą, on w Toruniu. Kontakt tylko listowny. I nagle pisze do mnie żona Wojtka! Że wszystko wie, ale nie mam szans, bo ona ma trzydzieści lat, a ja już czterdzieści. Nic nie odpisałam. Po co?
Aż tu po pół roku, w drzwiach pojawia się… Wojtek! Moi synowie patrzą na niego jak na Yeti, ale grzecznie milczą.
Wojtek? Przejazdem, czy?
Czy Nie wyrzucisz mnie, Jagódko? patrzył niepewnie.
Chłopaki wymknęli się do pokoju.
No chodź, Wojciechu. Co cię tu sprowadza? List od żony przywiozłeś? ironizowałam.
Przepraszam, Jagoda. Pisałem do ciebie, a żona znalazła ten list… Rozwiodłem się tłumaczył gorączkowo.
Wojtek, nie wiedziałam, iż jesteś no, byłeś żonaty. Nic by między nami nie było, uwierz. Co teraz?
Wyjdź za mnie, Jagoda wypalił niespodziewanie.
No nie wiem Mam dzieci, widzisz. Co na to powiedzą chłopcy? Nie podejmę decyzji na gorąco
Dzieci to fajna sprawa. Ja też mam córkę, dziesięciolatkę zaskoczył mnie Wojtek.
Córkę? Porzuciłeś ją? nie mogłam uwierzyć.
Co ty! Zabiorę Olę do nas. Jej matka popija, my stworzymy prawdziwą rodzinę stwierdził z rozmachem narzeczony.
Poczekaj, Wojtek. Nie znam w ogóle twojej córki, a ty już robisz ze mnie jej mamę. Wstrzymaj konie, muszę pogadać z chłopakami. A teraz chodź, nakarmię cię, mój narzeczony z bagażem zaśmiałam się.
Idealnej rodziny, co nietrudno się domyślić, nie było. Były burze, ciche dni, trzaskanie drzwiami Każdy miał własny charakter.
Czas płynął.
Mój starszy syn, Andrzej, i Ola córka Wojtka pobrali się ze sobą i zaczęli mieć do nas pretensje. Że niepotrzebnie rozbiliśmy swoje rodziny i w ogóle, po co takie kombinacje. Andrzej i Ola wynieśli się na swoje na Ursynowie.
A my z Wojtkiem? Wzruszyliśmy ramionami i… dalej kochaliśmy się jak nastolatki.
Minął rok. Dzieci nie wracały. Ola dzwoniła do Wojtka tylko w dniu jego urodzin.
Po trzech latach zaprosili nas w końcu w odwiedziny. Trochę z dystansem poszliśmy. Okazało się, iż doczekaliśmy się wspólnego wnuka! euforii nie było końca!
Przy stole Ola i Andrzej poprosili nas o wybaczenie. Że życie potrafi zaskoczyć i trzeba umieć odpuścić, choćby bliskim. Postanowili nazwać synka Mirosław żeby w rodzinie był spokój i zgoda.
No i tak oto, z Wojtkiem mamy nowonarodzone szczęście.












