Nad ranem w hali pachniało smarem i ozonem. Przez świetlik nad bramą nr 4 wpadało szare, listopadowe światło, takie, przy którym twarze wyglądają na nieprzytomne. Kasia zdjęła rękawice ochronne i trzeci raz sprawdzała w telefonie kurs korony norweskiej — za dwa tygodnie miała stamtąd przylecieć jej siostra z dziećmi, pierwszy raz od trzech lat. Przy taśmie montażowej ktoś zostawił kubek z herbatą. Wystygła dawno temu, na powierzchni zrobił się kożuch.
Brygadzista Zbyszek stanął w drzwiach szatni, nie zdejmując kurtki.
— Kasia, idziesz ze mną. Tylko kask weź.
Szła za nim między regałami z częściami. Serwonapędy, siłowniki, przewody w grubych osłonach. Po lewej, za szybą, stały dwa gotowe egzemplarze Phantomów. Matowe, czarne, wyższe od człowieka. Nie ruszały się, ale Kasia i tak minęła je bokiem, jak mija się psa, który udaje, iż śpi.
W biurze na piętrze czekał mężczyzna z centrali. Mówił po polsku z twardym akcentem, ale nazwiska nie podał. Położył na stole tablet z planem hali.
— Od nowego kwartału linia B przechodzi na moduły chwytne — powiedział. — Nie będzie już montażu chwytaków do logistyki. Będą uchwyty pod system kinetyczny.
Kasia nie odpowiedziała. Patrzyła na rozłożony plan. Widok z góry, rzuty, oznaczenia kolorem czerwonym. Czerwone pola były przy bramie B2.
— To znaczy broń — powiedziała w końcu.
Mężczyzna zamknął tablet.
— To znaczy, iż fabryka dostaje kontrakt. A pani dostaje nowy zakres obowiązków. Albo wypowiedzenie.
Kasia pracowała tu jedenaście lat. Od dnia, kiedy zakład przejęli Amerykanie i zmienili tablicę przy wjeździe. Zaczynała przy montażu podzespołów do robotów magazynowych. Pamiętała, jak pierwszy raz zobaczyła, iż ramię maszyny podaje człowiekowi karton, i pomyślała: to jest w porządku, takie rzeczy powinny robić maszyny. Noszenie, dźwiganie, sortowanie. Nie zabijanie.
Po południu zeszła na halę. Przy linii B stał już nowy pojemnik. Napis na boku: „magazyn modułów wykonawczych”. Zajrzała pod klapę. W środku leżały prowadnice, spusty, obudowy, zawleczki. Pachniało nową gumą i olejem konserwującym, jak w sklepie z bronią, do którego kiedyś weszła z ojcem po naboje hukowe na sylwestra.
Zbyszek zatrzymał się obok niej.
— Słychać, iż testowali je na Ukrainie. Rozpoznanie, logistyka. Podobno spisywały się dobrze.
— To były maszyny bez uzbrojenia — powiedziała Kasia.
— No. Ale teraz wiesz, po co im te wszystkie czujniki.
Wieczorem w domu długo gotowała wodę na herbatę. Siostra przysłała zdjęcie z lotniska w Oslo: dzieci w kurtkach, walizki na kółkach. Kasia nie odpisała od razu. Siedziała przy kuchennym stole i patrzyła na czajnik, aż para z dzióbka zaczęła skraplać się na szafce.
O drugiej w nocy wstała. Włączyła laptop. Wpisała w wyszukiwarkę hasło: „Foundation Future Industries kontrakt zbrojeniowy”. Artykuły, zdjęcia, wywiady. Amerykański prezes mówił o „żołnierzu przyszłości”. O przewadze nad Chinami. O tym, iż Zachód musi wyprzedzić konkurencję. Znalazła też wzmiankę, iż w radzie strategicznej firmy zasiada Eric Trump. Patrzyła na to nazwisko, jakby miało coś wyjaśnić. Nie wyjaśniało.
Następnego dnia poszła do działu kadr. Miła kobieta w okularach, z kubkiem z napisem „najlepsza kadrowa”. Kasia położyła na biurku pismo. Oświadczenie o odmowie wykonywania pracy przy produkcji uzbrojenia. Art. 55 kodeksu pracy. Kobieta przeczytała je dwa razy, poprawiła okulary.
— Rozumie pani, co to znaczy? To będzie rozwiązanie umowy z pani winy. Bez odprawy.
Kasia podniosła z biurka długopis, obejrzała go i odłożyła.
— Rozumiem. Jedenaście lat, cztery miesiące i osiem dni.
— Słucham?
— Tyle tu przepracowałam.
Z hali wyszła tylnym wyjściem, obok śmietnika, przy którym zawsze stał czyjś rower. Tego dnia stał. Kasia zdjęła kask, położyła go na siodełku. Ruszyła w stronę przystanku. Numer 14 jeździł co dwadzieścia minut. Zdążyła na ten o 15:42.
W autobusie usiadła przy oknie. Fabryka oddalała się za szybą, aż zmieniła się w ciemny budynek z napisem zblakłym od deszczu. Po dziesięciu minutach wysiadła przy centrum handlowym, kupiła kawę w papierowym kubku i nalała zbyt dużo mleka. Kawa zrobiła się beżowa, jak karton.
Siedem dni później: pismo, iż umowa rozwiązana. Dokument przyszedł pocztą poleconą. Kasia nie otworzyła go od razu. Położyła na stosie ulotek z marketu i dopiero wieczorem rozcięła kopertę nożem do masła. Zero odprawy, zero okresu wypowiedzenia, zero zaskoczenia. Przeczytała i odłożyła. Potem zadzwoniła do siostry i powiedziała, żeby dzieci zabrały ciepłe skarpety, bo w Polsce w listopadzie jest zimno.
Zbyszek zadzwonił po tygodniu. Zaproponował spotkanie na parkingu przy starym młynie. Przyjechał służbowym transportem, w kurtce z logo firmy.
— Wróć — powiedział. — Oni nie chcą cię zwalniać. Linia B rusza w grudniu, potrzebują ludzi z doświadczeniem. To nie będzie pani od spustów, tylko od przeglądów. Nie musisz podpisywać żadnych papierów, nikt się nie dowie.
Kasia trzymała w kieszeni klucze od mieszkania. Zacisnęła je tak, iż ząbki wbiły się w dłoń.
— A co będzie, kiedy przyjdzie kontrola jakości? Też nikt się nie dowie?
— Kasia, nie dramatyzuj. Cały ten proces jest… no, jakby, zatwierdzony. Amerykanie mają papiery. Ich to bierze rząd, wojsko. To nie jest jakaś lewizna.
— Zbyszek, ty masz dzieci.
— Mam. I dzięki tej pracy mogę im kupić buty na zimę.
Odjechał. Kasia jeszcze chwilę stała przy młynie. W rynnie coś szeleściło, pewnie liść albo mysz. Nie sprawdzała.
W piątek poszła do urzędu pracy. Kolejka numer D-112. Siedziała na plastikowym krześle, obok niej kobieta z dwójką dzieci. Młodsze jadło kanapkę, okruszki spadały na podłogę. Kasia patrzyła na okruszki i myślała o tym, jak wygląda taśma produkcyjna, po której przesuwają się moduły do Phantomów. O tym, jak pracownik przy montażu wkłada zawleczkę, obraca część w dłoni, sprawdza, czy pasuje. O tym, iż ktoś to robi codziennie. Zawleczka po zawleczce. Spust po spuście.
Wieczorem wsiadła w pociąg do Warszawy. Siostra z dziećmi przyleciała rano, spały w hotelu przy Dworcu Centralnym. Kasia nie mówiła im, iż straciła pracę. Za to opowiedziała, jak w hali pachnie smarem i ozonem, jak maszyny ładują kartony, jak kiedyś jeden robot po godzinach zaczął tańczyć, bo ktoś z informatyków wgrał mu inną procedurę. Dzieci śmiały się. Szwagier dopytywał, ile taki robot kosztuje. Kasia powiedziała, iż więcej niż jej mieszkanie.
Po powrocie do Białegostoku napisała do dziennikarza z lokalnego portalu. Miała w telefonie zdjęcia pojemników przy linii B. Nowe prowadnice, obudowy, spusty. Niczego nie wyniosła z hali, zdjęcia zrobiła legalnie, telefon wolno było mieć przy sobie. Wysłała jedno zdjęcie i pytanie: „czy to jest zgodne z prawem?”.
Dziennikarz odpisał po dwóch dniach. Chciał wiedzieć, czy zgodzi się na rozmowę. Nie chciała. Przez tydzień wymieniali wiadomości. W końcu podał jej nazwisko prawniczki z organizacji zajmującej się kontrolą eksportu broni.
Kasia umówiła się na spotkanie w kawiarni przy Rynku Kościuszki. Prawniczka miała torbę pełną papierów i suchą skórę na dłoniach. Zamówiła podwójne espresso.
— Pokaże mi pani te zdjęcia? — zapytała.
Kasia pokazała.
— To nie są urządzenia bojowe — powiedziała prawniczka. — Jeszcze nie. Cała linia to elementy modułów kinetycznych, ale bez systemu celowniczego i amunicji to półprodukt. Tego eksport kontrolować nie można.
— Ale Amerykanie mówią wprost, iż to ma być supersoldier. Że będzie decydować sam.
— I dlatego musimy udokumentować, co się dzieje. Nie to, co mówi prezes w wywiadzie. To, co fizycznie leży na hali.
Spotkały się potem jeszcze dwa razy. Za trzecim Kasia dostała od prawniczki projekt pisma do Państwowej Inspekcji Pracy i do ministerstwa. Dwa egzemplarze. Podała Kasi długopis. Taki zwykły, reklamowy, z zielonym zatrzaskiem.
— Nie musi pani tego dziś podpisywać. Ale jeżeli pani podpisze, to nazwisko trafi do akt. Pytanie, czy pani tego chce.
Kasia wzięła długopis. Przez szybę widziała Rynek, gołębie, latarnie. Za dwadzieścia minut miał przyjechać autobus linii 2, którym jeździła do pracy przez jedenaście lat. Tyle iż teraz pojedzie nim w drugą stronę.
Podpisała oba egzemplarze. Jeden zostawiła prawniczce. Drugi złożyła na pół i schowała do kieszeni kurtki.
Następnego dnia na portalu lokalnym ukazał się tekst. Bez jej nazwiska. Tytuł: „Fabryka pod Białymstokiem szykuje linię do uzbrojenia robotów humanoidalnych”. Pod spodem zdjęcie, które zrobiła telefonem zza szyby. Pojemniki na moduły. Widać prowadnicę i spust, częściowo w cieniu.
Wieczorem zadzwonił Zbyszek.
— Nie rób tego — powiedział. — Wiesz, iż oni to czytają. Wiedzą, iż to twoje zdjęcie.
— To było legalne. Nie wyniosłam nic z zakładu.
— Oni mają lepszych prawników.
— To dlaczego ty tam jeszcze pracujesz?
Zbyszek milczał. Kasia słyszała, jak po jego stronie zamykają się drzwi.
— Bo mam dzieci — powiedział w końcu.
— Ja też mam. Troje. Tylko iż one nie są moje. To dzieci mojej siostry. Ale jak któregoś dnia zapytają, co robiłam w fabryce, nie chcę udawać, iż nie wiedziałam, co montujemy.
Rozłączył się pierwszy.
Dwa tygodnie później do kawiarni przy Rynku Kościuszki weszła ta sama kadrowa. Tym razem bez kubka. Położyła przed Kasią kopertę. W środku była propozycja ugody: trzy pensje, jeżeli Kasia podpisze zobowiązanie, iż nie będzie rozmawiać z mediami. Kasia przeczytała. Trzy pensje to było dwanaście tysięcy siedemset złotych. Prawie dokładnie tyle, ile miała odłożone na remont łazienki.
Nie podpisała.
Kadrowa wyszła, zostawiając na stole kopertę. Kasia patrzyła na nią, aż kelnerka zabrała puste filiżanki. Potem wzięła kopertę, zgięła na pół i wrzuciła do kosza przy wejściu.
Siostra z dziećmi wróciła do Norwegii w sobotę. Kasia odwoziła je na lotnisko. W hali odlotów młodsze dziecko krzyknęło, iż nie chce wracać, i Kasia przez moment pomyślała, iż mogłaby je zatrzymać. Ale tylko pomachała. Potem pojechała autobusem do centrum i weszła do galerii handlowej. Przy stoisku z elektroniką obejrzała roboty sprzątające. Małe, okrągłe, bez rąk. Jeden z nich obijał się o witrynę, wciąż w tę samą stronę. Kasia stała tam dobrych dziesięć minut. Sprzedawca zapytał, czy pomóc. Powiedziała, iż nie, iż tylko patrzy.
Wyszła z galerii. Na przystanku, obok rozkładu jazdy, ktoś przykleił kartkę z napisem: „Oddam kocięta”. Numer telefonu był rozmazany przez deszcz. Kasia stała i myślała o taśmie produkcyjnej, o zawleczkach, o tym, iż każda maszyna na początku jest tylko częściami. Dopiero czyjeś ręce decydują, czym się stanie. I te ręce były też jej.
Autobus linii 2 przyjechał punktualnie. Kasia wsiadła, skasowała bilet, usiadła przy oknie. Przez chwilę patrzyła na swoje odbicie w szybie. Potem wyjęła telefon i napisała do prawniczki: „Chcę, żeby moje nazwisko jednak znalazło się w aktach”. Odpowiedź przyszła po czterech minutach: „Spotkajmy się jutro. Jeszcze raz to przemyślę”.
Kasia wyłączyła telefon. Autobus ruszył. Na wyświetlaczu zmienił się numer przystanku. Jechała do domu, do pustego mieszkania, w którym pachniało jeszcze cynamonem po szarlotce, którą piekła przed przyjazdem siostry. I z tym zapachem, z tym biletem, z tą kartką o kociętach w tle, po raz pierwszy od tygodni miała wrażenie, iż wie, co robi.












