Nomadyczne Zamki

nn6t.pl 2 godzin temu

Maja Cieślak: Działacie już dwa lata jako galeria niczeje, macie za sobą 10 wystaw. Jakie były wasze początki?

Krzyś Bykowski: Preludium był kolektyw Kuzynostwo, który współtworzyłem, gdy mieszkałem we Wrocławiu. Tworzyliśmy graffiti, plakaty, pocztówki, naklejki po to, by wyjść na miasto z inicjatywą i zrobić jakiś ruch. Po pewnym czasie chciałem zrobić pierwszą większą wystawę, a gdy pojawiła się Iza, zaczęło się myślenie o koncepcji kuratorskiej.

Iza Roko: Wtedy zrobiliśmy pierwszą wystawę: Trash Talk Primal Dystopia. To był immersyjny koncept. Każdą zaproszoną osobę poprosiliśmy o stworzenie wielkoformatowego płótna na tkaninie bez blejtramu, potem je połączyliśmy i rozwiesiliśmy w dużej przestrzeni, tworząc 50 m2 labiryntu. W środku nie było światła i ludzie chodzili z latarkami. Zaprosiliśmy do udziału młode osoby, m.in. Kościół Nihilistów, który od początku był dla nas inspiracją.

KB: Kościół Nihilistów był moim pierwszym spotkaniem z młodą sztuką współczesną – i zrobiła na mnie duże wrażenie. Poszedłem na ich wystawę jako student socjologii, którego trochę interesuje kultura, który może nie boi się sztuki, ale nie ma z nią nic wspólnego i nie zna w ogóle tego świata. To, iż Paweł Baśnik był na miejscu i każdym po kolei się opiekował, tłumacząc wszystko bez założenia, iż jest się ze środowiska, było niesamowite.

IR: Istotne było dla nas również to, jak Kościół bawi się konwencją i swoimi zainteresowaniami. Wracając do naszej wystawy: okazała się sporym sukcesem, dużo ludzi na nią przyszło, ale rozwalił nas cały proces. Był bardzo męczący. Robienie czegoś pierwszy raz zawsze jest trudne, zwłaszcza kiedy zaprasza się ponad 20 osób. Jednak to nas nie zatrzymało. Krótko potem zaczęłam myśleć o dyplomie na Wydziale Badań Artystycznych i Studiów Kuratorskich ASP w Warszawie i robiłam projekt o 12 apostołkach. Zaintrygowało mnie wtedy ikonograficzne przedstawienie Marii Magdaleny ze średniowiecza: po śmierci Jezusa zostaje pustelniczką i wyrastają jej włosy, żeby zakryć jej nagie ciało. Zaczęłam myśleć o włosach – jakie potrafią być obrzydliwe i jakie są abiektualne. Wymyśliłam performens, ale stwierdziłam, iż to za mało, żeby zacząć ten temat. Stąd wyszedł pomysł na wystawę Syreni Włos, a do jej współkuratorowania zaprosiłam Zuzię Góralczyk.

KB: Dla mnie ważne było to, iż przeprowadziłem się do Warszawy i przeżyłem szok związany z funkcjonowaniem tutaj sztuki. Nie rozumiałem różnicy między galerią komercyjną a niezależną
czy instytucjonalną. Wrocław jest mega offowy, jest tam bardzo dużo inicjatyw oddolnych i kolektywów, a poza tym rządzi BWA. W Warszawie zacząłem chodzić do galerii komercyjnych i była to zupełnie inna konwencja. gwałtownie zaczęło mi brakować tego środowiskowego aspektu – kolektywności i zajawki.

IR: Wtedy Krzyś wymyślił nazwę „niczeje”. To czasownik oznaczający, iż coś przechodzi w nicość. Odwołuje się do formy galerii – jesteśmy galerią nomadyczną, więc wystawa pojawia się, a później właśnie niczeje. Mieliśmy może tylko dwie wystawy, które trwały około miesiąca. Syreni Włos był montowany jeszcze tego dnia, kiedy był wernisaż, a po wernisażu demontowany. Trwał dwie godziny.

Xeno, fot. galeria niczeje

Syreny, zamki, kosmici i szczurołapy… To dosyć bajkowy repertuar tematyczny. Czy to wypracowana koncepcja, czy akurat tematy was w danej chwili interesowały? Te wątki łączą się u was również z kształtem wystawy, mocno klimatotwórczym – ważne są tekst, często literacki, który wprowadza w świat wystawy, oraz scenografia: umywalki, stosy cegieł czy kamieni.

IR: Myślę, iż na początku galeria niczeje nie do końca wiedziała, o co jej chodzi, ale potem załapaliśmy, iż chodzi o ten niepokój i tę osobliwość wątków, które odnajdujemy w świecie. Po czasie stworzyłam swoją metodologię. Bardzo interesują mnie metody wypracowane przez gry RPG (role playing games), które wykorzystują mechanikę world building i character creation. zwykle kiedy myślę o wystawie, to staram się czerpać z różnych źródeł fantastycznych czy sci-fi i zbudować świat albo wymyślić postać. Jak w Syrenim Włosie: mamy syrenę – femme fatale.

KB: interesujące jest to, iż Iza na podstawie jednej pracy potrafi zbudować sobie cały świat. Tak było z Camelotem.

IR: Zwykle do stworzenia koncepcji wystawy inspiruje mnie jakiś tekst kultury.

KB: To podejście kuratorskie zakłada, iż prace są również scenografią. Założenie jest takie, żeby stworzyć immersyjną przestrzeń, która wprowadza osobę oglądającą w jakieś uniwersum. Tekst buduję atmosferę, ktoś wchodzi i odczytuje wystawę na podstawie wszystkich wskazówek, starając się umiejscowić siebie w tym świecie.

IR: Niesamowite jest to, iż można z tych światów i postaci wyciągać mnóstwo krytyczno-teoretycznych wątków. Bardzo nie chcę, by ktokolwiek czuł się głupio lub dziwnie na naszych wystawach. Myślę, iż ich immersyjność, fantazyjna i interesująca na pierwszy rzut oka forma jest wielu osobom znana, przez co bezpieczna.

KB: To taka odwrócona mediacja: zaciekawiasz wizualnością, a potem można wejść głębiej, np. w tematy ekologiczne czy feministyczne.

IR: Dobrym przykładem jest wystawa na Fringe’a – Panaceum Justyny Baśnik w Aptece Zabytków na Nowym Świecie, najdłużej działającej aptece w Warszawie, z neogotyckim wnętrzem. Masa ludzi ze względu na lokalizację przychodziła po prostu z ulicy. Wchodzili, widzieli piękne meble, piękne obrazy z roślinami, których według legend czarownice używały w swoich maściach. Zaglądało dużo starszych pań, a nigdy nie wiadomo, jak one zareagują. Zaczynałam im opowiadać o czarownicach, podejmowałyśmy temat ludobójstwa kobiet przez setki lat – i w ten sposób stworzył się taki mikrofestiwal feminizmu, bo kobiety rozpoznawały te rośliny, mówiły, iż one też są czarownicami.

Syreni włos, fot. Natalia Popławska

Jesteście galerią offową, ale od początku wasze działanie jest bardzo sprofesjonalizowane. Jak się widzicie w świecie sztuki między Warsaw Gallery Weekend a Fringe’em?

KB: Przez to, iż mamy doświadczenie wrocławskie i znamy dużo ludzi z Poznania i Krakowa, wydaje mi się, iż galeria niczeje bardziej pasuje do tamtych środowisk – to tam mocniej rozkwita świat niezależny. Warszawa jest zdominowana przez galerie komercyjne i istnieje bardzo silna, niewidzialna presja, która odbija się też na tym, jak osoby w Warszawie tworzą prace. Widzę to na ASP. Dla większości osób, z którymi studiuję, bycie reprezentowanym przez galerię komercyjną to jedyna droga awansu.

IR: Dla mnie ważnym doświadczeniem była praca w Turnusie widziałam tam, iż ludzie są w stanie wymyślić niesamowite wydarzenia, gdy dostaną darmową przestrzeń, a takich niestety brak. Nie ma też funduszy, nie ma łatwości w znajdowaniu dofinansowań, ale myślę, iż to przestrzeń jest najtrudniejszym aspektem. Często mamy problem z tym, żeby znaleźć przestrzeń dostępną, fajnie wyglądającą i do tego darmową albo chociaż tanią. Wiem, iż w ankiecie o niezależnych organizacjach artystycznych poja-
wiło się pytanie, czy udział w WGW jest dla ciebie aspiracją. Dla nas na ten moment nie. Zdarzyło nam się sprzedać pracę, bardziej jednak zależy nam na eksperymencie. Chętnie współpracujemy z osobami, które są w obiegu komercyjnym i instytucjonalnym, ale również z osobami spoza radaru, np. jeszcze studiującymi. Myślę, iż to, co interesuje nas przede wszystkim, to dawanie przestrzeni na eksperyment.

KB: Poza tym my nie potrafilibyśmy być komercyjni. Myślę, iż do tego trzeba mieć umiejętności, których my nie mamy. Uważam, iż bez eksperymentu sztuka po prostu się zepsuje, bo jeżeli masz kogoś, kto robi fajne rzeczy na studiach, ale słyszy, iż musi je dopracować tak, żeby można było je sprzedawać, to wiadomo, iż to będzie jakiś konsensus. My chcieliśmy być galerią, bo od początku chcieliśmy robić wystawy ciekawe, dobre jakościowo, profesjonalnie wyglądające. Galeria niczeje to mocna hybryda.

IR: Niemniej trzeba zaznaczyć, iż kwestia finansowa jest poważnym problemem. Robiliśmy dużo wystaw z własnej kieszeni, ale w tej chwili dużo uczymy się o możliwościach dofinansowań. Teraz będziemy jechać do Sztokholmu na Supermarket Art Fair, ponieważ udało nam się uzyskać wsparcie od Instytutu Polskiego w Sztokholmie i Instytutu Adama Mickiewicza.

KB: Jesteśmy dumni ze wszystkich wystaw, ale z drugiej strony te tysiące złotych, które wydaliśmy na rzecz społeczną, sprawiają, iż kiedyś trzeba powiedzieć stop, żeby to nie było tylko darmową
pracą. Wróćmy do wątku nomadyczności. Wiem, ile to dla was trudu, jednak myślę, iż nomadyczność dodaje wam charakteru – czy to o ile chodzi o ten aspekt klimatu, jak w Aptece, czy przy betonowych ścianach w Lokal Optima.

IR: Totalnie. Czasami myślimy, iż marzymy o posiadaniu miejsca, ale uwielbiam to, iż jak już się znajdzie miejsce, które pasuje, to często buduje całą historię. Sklepienie łukowe w Prześwicie przy wystawie Camelot robiło robotę, a Apteka zrobiła furorę.

KB: Uważam, iż to świetna obserwacja – to rzeczywiście nasz gigantyczny atut. Dla mnie plusem jest też to, iż działamy w różnych miastach i poznajemy dużo osób. Ale trzeba powiedzieć, iż np. Apteka była okupiona gigantycznymi trudami instytucjonalnymi. Generalnie szukanie przestrzeni jest trudne, a szukanie przestrzeni w Warszawie – piekielnie trudne, i trzeba to mówić głośno. Na waszych wystawach zwykle pojawiają się dosyć nietypowe formy: instalacja wodna w oponach, terrarium, zalążki much. Jak się pracuje z takimi formami?

IR: Super.

KB: Iza może tak powiedzieć, bo to ja najczęściej je montuję… Dużo się przy tym uczymy. Ważne jest dla nas, żeby pokazywać prace, które nie są proste.

IR: Chcemy pokazywać prawie całe spektrum możliwości sztuki. pozostało mnóstwo obszarów. My się wciąż dużo uczymy, poznajemy rzeczy, i to wszystko jest procesem i eksperymentem.

KB: Sami na bieżąco dużo oglądamy. Chodzimy na wystawy, śledzimy osoby artystyczne na Instagramie, patrzymy, co robią ludzie. Formy nietradycyjne są dla nas ciekawe, ale dalej doceniamy malarstwo czy klasyczną rzeźbę. Obraz może być eksperymentalny. Ja sam zresztą robię płaskie prace. Na waszych wystawach pojawia się dużo wyszukanych perełek.

Camelot, fot. Natalia Popławska

Rzeczywiście znajdujecie te osoby przez Instagrama?

KB: Tak, ja to naprawdę lubię, takie digowanie. Mam na Instagramie zapisaną masę osób, których nigdy w życiu nie poznałem, wydają mi się superciekawe.

IR: Myślę, iż jest bardzo dużo osób, które robią świetną sztukę, tylko z różnych powodów nie przedostają się do głównego obiegu. Jak się wygrywa open call na przejęcie Stroboskopu?

IR: Przede wszystkim warto od razu powiedzieć, iż nie zajmiemy się Stroboskopem sami. Będziemy współpracować z Weroniką Kocewiak i Kamilem Kucharzewskim, którzy mają swoje indywidualne kariery artystyczne, a od 2026 tworzą duet performatywno-kuratorski Układ Pokarmowy.

KB: Weronika przez długi czas była też kuratorką i koordynatorką galerii Program, poza tym jest malarką i performerką. Kamil to performer i tancerz, do tego tworzy obiekty.

IR: A wracając do pytania: myślę, że… trzeba być miłym i sympatycznym (śmiech).

KB: Kiedy Katie ogłosiła open call, szukałem akurat przestrzeni wynajmowanej przez miejski Zarząd Gospodarowania Nieruchomościami. Byłem w Szwajcarii i trochę zachłysnąłem się tamtejszym prospołecznym światem sztuki. Tam mnóstwo pieniędzy publicznych przeznacza się na sztukę. To nie tak, iż rynek sztuki jest jakoś świetnie rozwinięty – po prostu instytucje publiczne są bardzo silne. Zachwycony tym uznałem, iż poszukamy miejsca i nagle pojawił się open call. Odpaliłem maila i spisałem moje przemyślenia: iż jest dosyć kiepska sytuacja, iż istnieje potrzeba takiego safe space project room, który da przestrzeń na eksperyment i nie będzie wywierał żadnej presji. Myślę, iż to zarezonowało z Katie, bo Stroboskop zawsze taki był. Chcemy, żeby pozostał ciekawą przestrzenią, która przyciąga środowisko i mocno wspiera je oddolnie.

IR: Chcemy oddawać tę przestrzeń różnym osobom artystycznym.

KB: Warto zaznaczyć, iż Stroboskop nie zamieni się w galerię niczeje ani w filię Układu Pokarmowego. Zostaje Stroboskopem. Myślę, iż to będzie projekt, który rozwinie nasze potrzeby społeczne. Ale te stricte kuratorskie również, bo tak mała przestrzeń daje duże pole do popisu, jeżeli chodzi o ingerencję i skupienie się na sytuacjach site-specific.

IR: Oficjalnie działamy od kwietnia. Wtedy wrzucimy informacje o ongoing callu. Na pewno od maja do października będzie się coś działo.

KB: Rozumiemy wady i zalety open calli, ale podoba nam się wizja open calla nie jako konkursu, tylko jako faktycznie nawoływania ludzi. To będzie ciągły otwarty nabór, w którym ludzie będą mogli wysyłać propozycje i portfolio, a my będziemy je przetwarzać i po kolei odpowiadać. Chcemy także wspierać ich mentoringowo, bo Iza ma bardzo duże umiejętności konsultowania pracy z osobami artystycznymi.

IR: Na pewno chcemy też czerpać ze Stroboskopu jako galeria niczeje i akurat we wrześniu w ramach festiwalu Avant Art Warszawa będę kuratorowała wraz z Domi Depowską wystawę inspirowaną filmem Crash Davida Cronenberga.

galeria niczeje, fot. Karolina Jackowska

Krzyś Bykowski (ur. 2000) – artysta wizualny. Badając miasto jako przestrzeń napięcia między tym, co syntetyczne, a tym, co organiczne, czerpie inspirację z estetyki rozkładu – zarówno jako zjawiska wizualnego, jak i punktu wyjścia do refleksji nad miastem jako przestrzenią współistnienia różnych gatunków.

Iza Roko (ur. 2000) – kuratorka i producentka wydarzeń artystycznych. W swojej praktyce skupia
się na tworzeniu immersyjnych wystaw, które poprzez wykorzystanie motywów mitologicznych i fantastycznych nawiązują do tematów z zakresu teorii krytycznej.

Stroboskop – przestrzeń wystawiennicza w garażu na warszawskiej Ochocie, dotychczas
prowadzona przez Kathryn Zazenski, aktualnie przejęta przez galerię niczeje oraz duet Układ Pokarmowy (Weronika Kocewiak, Kamil Kucharzewski).

Idź do oryginalnego materiału