Siedziałem w piątek w narożnej salce kina Helios w Katowicach, rząd siódmy, fotel z poplamionym podłokietnikiem. Kupiłem bilet na seans o dwudziestej pierwszej piętnaście, bo tylko na ten zdążyłem po zamknięciu warsztatu. Film się skończył, napisy leciały, a ja dalej trzymałem pusty kubełek po popcornie, chociaż w środku została tylko sól na dnie.
Obok siedział Michał, hydraulik z mojej ulicy. Też nie zdążyłby na wcześniejszy seans, bo do szesnastej robił piony u Kowalików, a potem musiał jechać po córkę do szkoły muzycznej.
— Jak wrażenia? — spytał, zbierając kurtkę z sąsiedniego fotela.
— Nolan się zagalopował — powiedziałem, zanim jeszcze zdążyłem to przemyśleć.
— Przez obsadę? Bo słyszałem, iż Penelopa jest grana przez…
— Nie, przez historię. Pod koniec robi się taki mętlik, iż człowiek siada i nie wie, za kim jest.
Michał zwinął szalik w kłębek i wepchnął go do rękawa. Siedział przekrzywiony, bo pod fotelem stała mu torba z narzędziami. Zawsze ją wozi. Mówi, iż jak zostawi w samochodzie na parkingu pod galerią, to mu szybę wybiją. W zeszłym roku na tym samym parkingu okradli jego szwagra, wzięli radio za trzysta pięćdziesiąt złotych i rozmrożoną lasagnę z bagażnika.
— No to opowiadaj, bo nie wiem, czy jutro iść z żoną.
Opowiedziałem. Odyseusz wraca na Itakę, zastaje w domu zalotników, którzy mu wszystko zabrali, i robi jatkę. Jednego po drugim. W mroku, w świetle pochodni, w białych salach z marmuru. Potem go sądzą.
— I tu zaczyna się coś dziwnego — powiedziałem. — Połowa wyspy twierdzi, iż mieli go nie ruszać, bo to on został skrzywdzony. Że obrona własnego domu to nie zbrodnia.
— No przecież ich pozabijał — powiedział Michał. — To nie była samoobrona. Sam mówisz, iż chodził od jednego do drugiego.
— Właśnie. Ale tam jeden z polityków robi z tego kampanię. Mówi, iż Odyseusza trzeba ułaskawić, tylko się okazuje, iż on nie ma prawa ułaskawiać. Niby powołał się na boski autorytet, a wszyscy patrzą, jak się pogrąża.
— Czyli wstydu narobił.
— I to jakiego. A najgorsze, iż ta historia siada widzowi na głowę. Bo Ithaka się dzieli. Są tacy, którzy mówią: ja na jego miejscu zrobiłbym to samo. I nagle siedzisz w kinie, z tą solą na dnie kubełka, i czujesz, iż sam musisz wybrać stronę. Nolan gra na tym wrażeniu jak na instrumencie.
Michał naciągnął kurtkę na sweter. Na rękawie miał białą farbę po robocie u Nowaków, bo oni robili remont i poprosili go przy okazji o pomalowanie grzejnika.
— I co, wybrałeś stronę?
— Nie wiem. Wyszedłem z kina i dalej o tym myślę. Ale wiesz, co mi najbardziej zgrzyta? Że gdyby ktoś inny to zrobił, to tłum krzyczałby dwa razy głośniej.
— Kto?
— No, na przykład Helena.
— Ta z mitu?
— W filmie jest czarna. I wiesz, iż zobaczylibyśmy inną dyskusję. Bo Odyseusz to bohater, a Helena to byłby przykład.
Michał zapiął torbę z narzędziami. Ten dźwięk zamka błyskawicznego jest mu znany od tylu lat, iż potrafi go zapiąć w ciemności. Wyszliśmy na korytarz, potem na schody ruchome. Galeria Silesia o tej porze świeciła na żółto, chociaż był środek września.
I wtedy to zobaczyliśmy.
Przy wyjściu na parking, obok standu z biletami, stały dwie kobiety. Starsza, w beżowej kurtce i pod szyją jasny szalik, trzymała w ręku kartkę papieru A4. Na kartce był napis, równy, wypisany czarnym flamastrem. Za nią młodsza, w luźnym swetrze i włosach spiętych w niechlujny kok, trzymała za rękę chłopca. Dzieciak miał może siedem lat i gumowe kalosze, chociaż nie padało. Takie, w żabki.
— To ta z czwartego piętra — powiedział Michał i stanął tak, żeby go nie widziały.
— Która?
— Ta młodsza. Wynajmują od dwóch lat u Grażyny. Ta starsza to jej teściowa.
Kobiety rozmawiały podniesionym głosem. W galerii, po seansie, jest taki specyficzny pogłos, iż nie trzeba stać blisko, żeby usłyszeć. Ale też nie wszystko, bo co chwila wjeżdżał wózek z towarem do sklepu obok.
— Czego ty ode mnie chcesz?! — zawołała młodsza.
— Chcę, żebyś oddała klucze. Tu masz harmonogram. Opieka naprzemienna. Dwa tygodnie u ciebie, dwa u mnie.
— Pani chyba zapomniała, kto zdecydował, iż Wojtek nie może u mnie mieszkać. Kto powiedział, iż nie mam warunków, bo pracuję na zmiany!
— Ja powiedziałam, iż Wojtek potrzebuje stałego rytmu. I iż najbliżej szkoły ma dziadek.
— A teraz dziadek ma problem, bo musi sam jeździć na dializy do Sosnowca trzy razy w tygodniu, i nagle jest harmonogram! Co dwa tygodnie! Jakby to był kontrakt serwisowy!
Dzieciak stał między nimi i patrzył na czubki swoich kaloszy. Nie ciągnął żadnej ze stron. Z kieszeni wyciągnął pasek żelków i otworzył go zębami. W tym gwarze usłyszałem, jak jeden żelka upadł na posadzkę. Nie podniósł. Przydeptał i wrócił do kaloszy.
Starsza rozłożyła kartkę, przycisnęła palcem jeden wiersz:
— Zobacz, tu masz podział weekendów. Wszystko rozpisane do końca roku szkolnego. Wojtek ma zajęcia z angielskiego w czwartki, u mnie jest bliżej, bo to dziesięć minut pieszo, a od ciebie by jeździł tramwajem z przesiadką.
— Pani wszystko ładnie rozpisała. Tylko proszę spojrzeć na miesiące zimowe. Zaznaczyła pani, iż u mnie ma być w tygodniu. A ja mam zimą noce. O ósmej wieczorem wychodzę do Lidla na inwentaryzację! Kto go wtedy przyprowadzi?
Mateusz, chłopak z ochrony, podszedł do nich i powiedział coś, czego nie usłyszałem. Starsza kobieta podniosła głowę. Zaczęła mówić mu, iż ona tylko przyszła porozmawiać. Ta druga wtedy przysunęła się o krok:
— Pani nie rozmawia. Pani mówi. Pani przychodzi z kartką, na której stoi data urodzenia, adres i grafik opieki, jakby to był nakaz sądowy. Jakby pani sama chodziła w czerni i nie potrzebowała niczyjego pozwolenia.
— Nie mów do mnie zdaniami. Odpowiedz na jedno: czy bierzesz klucze od mieszkania na dwa tygodnie, czy mam zadzwonić do kuratora?
Chłopak z ochrony stał między nimi, ale nie interweniował. W takich sytuacjach oni się patrzą, odsuwają wózek z boku, żeby przejście było szersze. Ja też bym się odsunął. Tylko iż Michał nagle poszedł w kierunku ławeczki obok punktu informacyjnego.
— Chodź — powiedziałem, łapiąc go za łokieć. — Nie wtrącaj się. To nie nasza rzecz.
— Ja się nie wtrącam. Ja siadam.
Ale nie usiedliśmy. Bo wtedy młodsza podniosła torebkę. Miała w ręce telefon. Na ekranie, widziałem z daleka, była otwarta aplikacja banku. Przesunęła palcem, obróciła w stronę starszej kobiety.
— Widzi pani to? To jest dziesiątek. Nie, to jest zero dziewięć dziesiątych. To jest moja pensja. Niecałe trzy tysiące czterysta złotych. Z tego tysiąc dwieście idzie na pokój. Reszta na jedzenie i bilety, bo Wojtek jeździ do szkoły do innej dzielnicy. A pani przy piątku w Lidlu robi mi wykład o stabilności.
— Nie mów o pieniądzach przy dziecku — syknęła starsza, zwinęła kartkę i wsunęła do torebki.
— Właśnie iż powinnam. Bo on ma prawo zobaczyć, ile kosztuje bycie matką w tym kraju. A pani ma prawo zobaczyć, ile kosztuje bycie matką, która nie ma teścia z działką w Mikołowie.
Kobieta z sąsiednich drzwi, jakaś pracownica butiku, wyszła na papierosa i sięgnęła po zapalniczkę. Ale nie zapaliła. Stała z dłonią przy ustach i patrzyła. W galerii przy tym żółtym świetle wyglądała jak ktoś, kto trafił na sąd polowy.
Starsza pani zrobiła krok w lewo, jakby chciała wyjść. Ale zanim wyszła, powiedziała:
— Bóg ci wybaczy, iż mówisz tak do matki twojego męża.
— To niech Bóg mi wybaczy. Pani nie musi.
I obróciła chłopaka, i wyszli na parking. Kalosze klapały po płytkach. Dzwoniły te żabki, jakby to było bicie dzwonów. Niebo nad galerią było czarne i dalekie, choć z miasta wstawała pomarańczowa łuna.
Michał wtedy podszedł do ławeczki i tym razem faktycznie usiadł. Położył torbę na kolanach, rozpiął kurtkę. Powiedział:
— Wiesz, co mi przypomina? Ten film.
— Niby jak?
— Bo siedzisz i widzisz dwie Itaki. Jedna mówi: ona ma prawo, bo pracuje na zmiany, a teść zabrał jej syna. Druga mówi: to nie tak, bo chłopak ma stabilizację u dziadków, a matka by go zostawiała na noc. I jesteś w tym kinie, i nie możesz wyjść, chociaż chcesz.
— Tylko iż to nie kino.
— Właśnie gorzej. Bo tu można podejść i zrobić coś głupiego.
Siedzieliśmy chwilę pod punktem informacyjnym. Na ekranie nad wejściem leciała reklama sieci siłowni, potem godziny otwarcia. Michał patrzył na drzwi, którymi wyszła młodsza.
— Tam pod fotelem u mnie w aucie jest druga parka kaloszy — powiedział. — Zostawił, jak przyjeżdżał z dziadkiem do miasta. Miał wtedy numer trzydzieści dwa.
— Skąd wiesz?
— Bo ja je naprawiałem. Podeszwa odparzyła się przy kostce. Podklejałem.
Nie powiedziałem nic. Podałem mu tylko kubek po coli, żeby wrzucił do kosza. Wziął, ścisnął, iż aż tektura trzasnęła.
Wychodziliśmy na parking. Na szybie tego czarnego opla stała wciśnięta ulotka o darmowej wycenie OC. Michał wziął ją, zmiął i rzucił do kosza przy wjeździe. Powiedział, iż jutro przyjedzie do warsztatu, bo ma wyciek oleju przy skrzyni.
— A na film nie idź z żoną — dodałem.
— Czemu?
— Bo wyjdziecie i ona ci zada pytanie, na które nie da się odpowiedzieć.
— Jakie?
— Co byś zrobił, gdyby ktoś ci zajął dom i wychował twoje dziecko w innym grafiku.
— A co byś ty zrobił?
Nie odpowiedziałem, bo wsiadłem do auta. W lusterku widziałem, jak Michał stoi przy swoim oplu. Nie otwierał drzwi. Patrzył na tę część parkingu, gdzie pięć minut wcześniej poszła młodsza z chłopcem w kaloszach. Potem wsiadł i odjechał, a ja jeszcze chwilę siedziałem za kierownicą, w ciszy, z zapachem soli na palcach.
Dwa dni później zadzwoniłem do Michała. Nie o film.
— Znalazłeś coś? — zapytał.
— Znalazłem. Grażyna na piętrze mówi, iż po sobotniej awanturze starsza pani przyszła do niej z tą samą kartką. Tylko inny nagłówek: „Opieka stała nad wnukiem”. I iż chce przepisać mieszkanie na syna, czyli na zmarłego męża młodszej. Żeby dziedziczenie po nim weszło na nowo. Dokument u notariusza na Chorzowskiej czeka.
— A młodsza wie?
— Wie. Powiedziała mi, iż poszła do adwokata. Nie podniesie rękawicy, tylko zrobi coś innego. Zamknęła konto alkoholowe swojego ojca, które od jedenastu lat wisiało na niej jako kredyt. Spłaciła do zera. Czterdzieści dwa tysiące. Na to poszła ta podwyżka, co miała od lipca.
— No i?
— I powiedziała, iż od listopada przechodzi na czterdzieści godzin i robi kurs na magazyniera wysokiego składowania. Bo z tym może wziąć nocne i weekendy, żeby Wojtek miał się z tobą uczyć w tygodniu.
Michał na chwilę zamilkł. Pewnie stał w warsztacie, bo w tle słyszałem pneumatyczny klucz.
— To znaczy, iż Wojtek zostaje z matką?
— Na to wygląda. Tylko mówi, iż bez kartek. Żadnych kalendarzy, żadnych weekendów, żadnych „stałych” i „naprzemiennych”. Że dziecko nie jest trasą tramwajową.
— A teściowa?
— Jej kartka przez cały czas wisi na drzwiach Grażyny. W rogu ma narysowany krzyżyk.
— Co to znaczy?
— Boże, bo brzydko napisane. Grażyna mówi, iż jak się tej kartki nie zdejmie, to zaraz przyjdą z sądu.
Michał sapnął. Potem rzekł:
— No to jak z tym Nolanem. Wszyscy stoją i wybierają stronę.
— Tylko tym razem nie wyszliśmy z kina.
— Nie. Ale możemy zamknąć drzwi od środka.
Nie wiem, co zrobił po rozmowie. Może wrócił do tego opla, może poszedł pić kawę u Kowalików, może liczył, iż kalosze w bagażniku się przydadzą. Wiem tylko, iż w następny piątek spotkałem go w tym samym kinie. Nie na filmie. Stał przy kasie z biletem dla siebie i dla chłopca. A ten chłopiec w kaloszach w żabki trzymał go za rękę i pokazywał palcem plakat „Odysei”.
— Zabierasz go? — zapytałem.
— Tak. Ktoś mu musi wytłumaczyć, kto skłamał.












