Nikt cię nie powstrzyma!

polregion.pl 13 godzin temu

Nikt mnie nie trzyma

Spóźnię się, na budowie mamy totalny bałagan, głos Wiktorii był przytłumiony, w tle warkotał szlifierka. Słyszysz mnie w ogóle?
Słyszę, odezwał się Michał, przestawiając telefon na drugie ucho. Nie będziesz czekał na kolację?
Nie czekaj. Może w ogóle nie przyjadę, terminy płoną.
Dobra.

Krótki sygnał. Tak to zawsze wygląda.

Postawiłem telefon na kuchennym stole i spojrzałem na garnek z ostygniającym barszczem. Gotowałem na dwóch, jak zwykle, choć już dawno powinienem się od tego uwolnić. Wiktoria pracowała glazurnicą, a jej grafika przypominała zapis EKG: raz gwałtowne skoki, potem długi prosty odcinek. Przez pół roku kręciła się z budowy na budowę, układając drogie płytki kamienne w mieszkaniach klientów, zarabiając tyle, iż cicho zazdrościłem. Potem nadeszła cisza, pół roku bez zamówień, kiedy zostawała w domu.

Oba tryby były nie do zniesienia.
Gdy Wiktoria pracowała, znikała. Fizycznie, emocjonalnie, mentalnie całkowicie. Wyjeżdżała o siódmej rano, wracała po północy, jeżeli w ogóle wracała. Czasem nocowała na budowie, bo po co wracać, skoro o szóstej znowu zaczynamy. Ja jadłem kolację przy serialu, leżałem w zimnej, pustej łóżce. Jedynym dowodem, iż wciąż jestem żonaty, była karta małżeńska schowana gdzieś w teczce z dokumentami.

Policzyłem, ile mieliśmy wspólnych kolacji w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Cztery. Cztery!

Prawdziwy koszmar zaczynał się, gdy praca się kończyła.
Wiktoria wracała do domu. Mogło wydawać się, iż mam w końcu kogoś przy sobie, iż możemy wreszcie spędzić czas razem. Nie było tak prosto. Po pół roku kręcenia się po cudzych mieszkaniach, wpadła w wir projektów, które zbyt mocno wkradły się w jej własny dom. Patrzyła na płytki w łazience te same, które położyła dwa lata temu i jej oczy zaczynały drżeć.

To koszmar, mruknęła, przesuwając palcem szwy. Jak mogłam na to pozwolić? Przesunięcie półtora milimetra. Półtora milimetra, Michale!

Ja, który nie odróżniłbym półtora milimetra od piętnastu, skinąłem głową.

A potem zaczęło się.

Najpierw: Zobaczę, czy da się coś naprawić. Potem: Złamię jedną płytkę, wymienię i gotowe. Następnie: Skoro już zaczęliśmy, musimy przerobić całą ścianę. I wreszcie wracam po pracy i odkrywam, iż łazienka już nie istnieje same gołe ściany, sterta gruzu i żona w maskach przeciwpyłowych, szczęśliwie mieszająca zaprawę.

W trzech latach małżeństwa przeszliśmy cztery remonty łazienek, trzy kuchnie i jeden korytarz.

Projekt został oddany w terminie. Znowu nastała cisza w pracy. Ale nie dla mnie.

Przynieś mi listwy do płytek, zadzwoniła Wiktoria, kiedy byłem w biurze. I fugę szarą, podam Ci nazwę.
Jestem w pracy.
Skocz w przerwie obiadowej. Muszę zdążyć przed wieczorem.
Dobrze.

Przynieś, zabierz, zamów, pomóż stałem się kurierem, pomocnikiem i robotnikiem w jednej osobie. Wiktoria nie opuszczała domu, wychodząc jedynie do sklepu budowlanego po materiały i to czasem trzykrotnie dziennie, bo nie wiedziałam, iż tej fugi nie wystarczy.

Była ciągle zmęczona. Z remontu, który sama zainicjowała. Wieczorami znajdowałem ją w kuchni zakurzoną, wyczerpaną, z pyłem z płytek w włosach a ona patrzyła na mnie pustymi oczami.

Zjesz coś?
później. Nie mam siły.

Sił nie miała na rozmowę, na wspólny film, na bliskość. Potrzebował mnie tylko, by wziąć wiadro, gdy nie chciało jej wstać, albo przynieść worek cementu z samochodu, albo podać poziomicę, kiedy wyrównywała rzędy.

Jesteśmy małżonkami, powtarzała Wiktoria, gdy próbowałem się sprzeciwić. Małżonkowie pomagają sobie.

Małżonkowie. Słowo śmieszne, gdy jedna osoba istnieje wyłącznie jako obsługa ambicji drugiej.

W sobotę wieczorem Wiktoria rozkładała fartuch nad płytą. Poprzedni odcień jej nie odpowiadał. Ja siedziałem w kuchni wśród chaosu, próbując napić się herbaty. Czajnik stał na stołku w przedpokoju, bo blat był zasypany płytkami. Cukier znalazłem w łazience. Łyżki wcale nie było.

Wiktorio, zacząłem ostrożnie, może już wystarczy?
Co ma wystarczyć? odwróciła się, dopasowując kolejną płytkę do ściany.
Wszystko to. Remonty. Ciągle coś przerabiasz w mieszkaniu.
I co? Lubię to. To mój dom, chcę, żeby był perfekcyjny.
Nigdy nie będzie perfekcyjny dla Ciebie. Przerobisz wszystko, potem przejdziesz na kolejną budowę, zobaczysz nowe rozwiązania i zaczniemy od nowa.

Wiktoria spuściła płytkę i odwróciła się powoli. W jej oczach pojawiło się coś niebezpiecznego.

Co proponujesz? Życie w takiej wiecznej irytacji?
Proponuję normalne życie! Jak normalni ludzie. Chodzić do kina. Jeść razem. Rozmawiać o czymś innym niż fugi i szwy. Pamiętasz, kiedy ostatnio wyszliśmy razem?
Mam pracę.
Nie masz teraz pracy! Sama sobie ją wymyśliłaś!
To nie jest wymyślona praca, Michale. To nazywa się poprawianie warunków mieszkaniowych. Niektórzy w tym się specjalizują.
A niektórzy po prostu chcą żyć. Nie w budowie, nie w kurzu, nie w trybie przynieśprzekaż. Żyć z żoną, która pamięta, iż ma męża.

Wiktoria skrzyżowała ręce, jakby się broniła.

Po prostu nie rozumiesz. Ty jesteś programistą, siedzisz w wygodnym biurze, stukasz w klawiaturę. Ja tworzę coś rękami. Coś namacalnego. Gdy widzę, iż mogę zrobić lepiej robię lepiej.
Kosztem wszystkiego innego!
jeżeli Ci to nie odpowiada nikt Cię nie trzyma.

Powiedziała to prawie obojętnie, jakby mówiła o niewygodnym krześle, które można wyrzucić i wymienić. Zamilkłem. W tej siedmiowyrazowej frazie było wszystko nasz problem, skompresowany w jednym zdaniu. Dla Wiktorii był to tylko opcjonalny element, nie konieczność, nie mąż, nie ukochany po prostu możliwość wyłączenia, jeżeli przeszkadza.

Wiesz, wstałem, strząsając spod spodni pył budowlany, może masz rację.
W czym?
Że naprawdę nic mnie nie trzyma.

Patrzyliśmy na siebie przez stosy płytek, worki z klejem i resztki tego, co kiedyś było kuchnią. Oboje rozumieliśmy, iż ta kłótnia nie dotyczy samych remontów. Dotyczyła rozbieżnych rytmów życia, które od dawna poszły w różne strony i nie krzyżują się już nigdzie poza adresem zameldowania.

Rozwód spisał się w ciągu trzech miesięcy. Ku naszemu zdziwieniu, spokojnie. Nie było nic do podziału.

Teraz chodzę po swoim nowym mieszkaniu małym, ale czystym, bez worka cementu w kącie i nie mogę uwierzyć w ciszę. Nikt nie wiertnie, nie stuka, nie żąda pilnie przywieźć uszczelniacza, bo skończył się poprzedni.

Mogę planować. Po raz pierwszy od trzech lat wiem dokładnie, co będę robił wieczorem. ale czegoś brakuje. Czuję w klatce piersiowej otwartą dziurę, której nie da się wypełnić.

Minęły prawie dwa lata.

Słyszałeś wiadomość? zadzwonił w piątkowy wieczór Darek, stary kumpel. O twojej byłej?
Michał napiął się. Rozwiedli się i od tego unikał wszelkich informacji o Wiktorii.
Co tam?
Wiktoria wzięła ślub. Dopiero co.
gwałtownie się ożeniła.
Tak. I wiesz z kim? Darek zrobić teatralną przerwę. Z glazurnikiem, wyobraź sobie!

Zwestchnąłem.

Jak im się wiedzie?
Mówią, iż świetnie. Razem biegają po budowach, dwójka w idealnym duecie.

Myśląc o tym, jak Wiktoria znalazła kogoś, kto mówi do niej tym samym językiem, kto też uznaje półtora milimetra za tragedię, kto rozróżnia fugę epoksydową od cementowej nie z powodu wyjaśnień, ale własnej praktyki, poczułem dziwny żal. To, co denerwowało mnie do granic wytrzymałości, stało się fundamentem cudzej relacji.

Spotkałem ich w supermarkecie trzy miesiące później. Zupełnie przypadkowo po pracy wpadłem po zakupy, wziąłem wózek i skierowałem się do sekcji nabiału.

Wiktoria stała przy lodówkach z jogurtami. Obok niej mężczyzna w wieku zbliżonym do niej, szerokospodni, z rękami przyzwyczajonymi do ciężkiej roboty. Wybierali coś, szeptali i śmiali się. Wiktoria popchnęła go w ramię, on odpowiedział delikatnym pstryknięciem w bok, ona zaskoczona podskoczyła.

Wyglądali jak nastolatkowie, zakochani nastolatkowie, którym świat skręcił się do jednej osoby. Wiktoria wyglądała inaczej. Nie była już zmęczona, nie była wyczerpana pustym spojrzeniem po ośmiu godzinach ciągłego ubijania ścian. Była żywa. Taka, jaką pamiętam z pierwszych dni, kiedy się poznaliśmy.

Zrobiłem krok w tył, położyłem wózek na podłodze i wyszedłem ze sklepu, nic nie kupując.

W samochodzie uśmiechnąłem się. My i Wiktoria po prostu nie pasowaliśmy do siebie. Nasz rozwód był nieunikniony.

Odpalam silnik.

jeżeli Wiktoria znalazła swojego człowieka, i ja znajdę swojego.

Gęsta mgła, która otulała moje życie po rozwodzie, w końcu się rozproszyła.

Idź do oryginalnego materiału