Nikt Cię nie powstrzyma!

twojacena.pl 2 dni temu

Będę późno, na budowie mamy totalny bałagan, głos Wiktorii odbijał się przytłumiony od szumu szlifierki. Słyszysz mnie w ogóle?
Słyszę, Jacek przestawił słuchawkę na drugie ucho. Nie będziesz na kolację?
Nie licz na to. Mogę w ogóle nie przyjechać, terminy płoną.
Dobra.

Krótkie sygnały. Tak zawsze.

Jacek odłożył telefon na kuchenny stół i spojrzał na garnek z wystygającym barszczem. Gotował dla dwojga z przyzwyczajenia, choć dawno już powinien się od tego uwolnić. Wiktoria pracowała glazurniczką, a jej grafik przypominał zapis EKG raz gwałtowne skoki aktywności, raz długa, spokojna linia. Przez pół roku przeskakiwała z placu na plac, układając drogi, lśniące płytki szamotowe w cudzych mieszkaniach, zarabiając pieniądze, które Jacek po cichu zazdrościł. Potem nastawał pół roku absolutnego spokoju, kiedy zamówień nie było i zostawała w domu.

Obie te fazy były po swój sposób nie do wytrzymania.
Gdy Wiktoria pracowała, znikała. Fizycznie, emocjonalnie, mentalnie zupełnie. wyjeżdżała o siódmej rano, wracała po północy, jeżeli w ogóle wracała. Czasem nocowała na budowie, bo po co wracać i wyjeżdżać, już o szóstej znowu zaczynamy. Jacek jadł obiad, oglądał seriale w samotności, kładł się w zimną, pustą łóżko. Jedynym dowodem na to, iż jest żonaty, była kartka z aktem małżeństwa schowana w teczce z dokumentami.

Spróbował kiedyś policzyć, ile wspólnych kolacji mieli w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Liczył cztery. Cztery!

Prawdziwy koszmar zaczynał się, gdy praca się kończyła.
Wiktoria wracała do domu. Wydawało się, iż fajnie żona w pobliżu, w końcu można być razem. Nie było tak prosto. Po pół roku w obcych mieszkaniach przyzwyczaiła się do tylu projektów, iż własne cztery kąty zaczynały ją denerwować. Patrzyła na płytki w łazience te same, które sama położyła dwa lata temu i jej oczy drgały.

To koszmar, mruczała, przesuwając palcem po spoinach. Jak mogłam tak popełnić błąd? Przesunięcie o półtorej milimetra. Półtorej milimetra, Jacek!

Jacek, który nie odróżniłby półtorej milimetra od piętnastu, skinął uprzejmie głową.

A potem zaczynało się.

Najpierw zobaczę, da się coś naprawić. Potem odłupię jedną płytkę, wymienię i gotowe. Następnie skoro już zaczęłam, to przewalczę całą ścianę, bo nie ma sensu. I w końcu Jacek wracał po pracy i odkrywał, iż łazienka nie istnieje tylko gołe ściany, sterta gruzu i żona w maskach ochronnych, szczęśliwie mieszająca klej do glazury.

W ciągu trzech lat małżeństwa przeszli cztery remonty łazienek, trzy kuchni i jeden przedpokój.

Zlecenie skończyło się w terminie. I znów nadeszła cisza w pracy. Ale nie dla Jacka.

Przynieś mi przekładki do płytek, zadzwoniła Wiktoria, kiedy Jacek był w pracy. I fugę szarą, podam nazwę.
Jestem w pracy.
Wpadnij w przerwie. Muszę zdążyć do wieczora.
Dobrze.

Przynieś, zabierz, zamów, pomóż. Jacek zamienił się w kuriera, załadowiciela i pomocnika naraz. Wiktoria siedziała w domu nie wychodząc, tylko co chwilę wpadała do sklepu budowlanego po materiały czasem trzykrotnie dziennie, bo nie wiedziałam, iż nie starczy tej fugi, skąd miałabym to wiedzieć.

Była ciągle zmęczona. Od remontu, który sama zainicjowała. Wieczorem Jacek znajdował ją w kuchni brudną, wyczerpaną, z pyłem glazury we włosach a żona patrzyła na niego pustymi oczami.

Co zjemy?
Później. Nie mam siły.

Sił nie miała na nic. Na rozmowy nie. Na wspólny film nie. Na intymność tym bardziej nie. Jacek był potrzebny tylko po to, by przynieść wałki, kiedy jej samą nie stało się ubrać i wyjść z domu. Albo podnieść worek cementu z samochodu. Albo przytrzymać poziomicę, gdy wyrównywała rzędy.

Jesteśmy małżeństwem mawiała Wiktoria, gdy Jacek próbował się oburzyć. Małżonkowie pomagają sobie nawzajem.

Małżonkowie. Śmieszne słowo na związek, w którym jedna osoba istnieje wyłącznie jako obsługa dla zawodowych ambicji drugiej.

W sobotnie wieczory Wiktoria rozkładała fartuch nad płytą. Poprzedni nie podobał jej się odcieniem. A Jacek siedział w kuchni wśród chaosu, próbując wypić herbatę. Czajnik stał na stołku w przedpokoju, bo blat był zasypany płytkami. Cukier znalazł w łazience. Łyżki nie było wcale.

Wiktorio, zaczynał ostrożnie, może już dość?
Co dość? nie odwróciła się, przyciskając kolejną płytkę do ściany.
Wszystkiego tego. Remontu. Zawsze coś przeforsowujesz w mieszkaniu.
I co? Lubię to. To mój dom, chcę, żeby był idealny.
Nigdy nie będzie idealny dla Ciebie. Przebudujesz wszystko, poślecisz się na kolejne budowy, zobaczysz nowe i zacznieš od nowa.

Wiktoria puściła płytkę i powoli obróciła się. W jej oczach pojawiło się coś niebezpiecznego.

I co proponujesz? Żyć tak, kiedy wszystko mnie wkurza?
Proponuję żyć normalnie! Jak normalni ludzie. Chodzić do kina. Jeść razem. Rozmawiać o czymś innym niż spoiny i fuga. Pamiętasz, kiedy ostatni raz wyszliśmy gdzieś we dwoje?
Mam pracę.
Nie masz teraz pracy! Samą sobie ją wymyśliłaś!
To nie wymyślona praca, Jacek. To się nazywa poprawa warunków mieszkaniowych. Niektórzy w tym się specjalizują.
A niektórzy po prostu chcą żyć. Nie na budowie, nie w kurzu, nie w trybie przynieśprzynieś. Żyć z żoną, która pamięta, iż ma męża.

Wiktoria skrzyżowała ręce, jakby się broniła.

Po prostu nie rozumiesz. Ty jesteś programistą, siedzisz w przytulnym biurze, stukasz w klawisze. Ja tworzę coś rękami. Coś realnego. Coś, co można dotknąć. I kiedy widzę, iż mogę zrobić lepiej robię lepiej.
Kosztem wszystkiego innego!
jeżeli ci to nie pasuje nikt cię nie trzyma.

Powiedziała to niemal lekko, jakby rozmawiała o niewygodnym krześle, które można wyrzucić i zamienić. Jacek zamilkł. W tej siedmiowyrazowej frazie zawarte było wszystko cała ich trudność, skompresowana w siedmiu słowach. Dla Wiktorii był to wybór, nie konieczność, nie mąż, nie ukochany jedynie opcja, którą można wyłączyć, gdy przeszkadza.

Wiesz, wstał, otrzepując spodnie z budowlanego pyłu, może masz rację.
W czym?
Że naprawdę nic mnie nie trzyma.

Patrzyli na siebie przez góry płytek, worki z klejem i resztki tego, co kiedyś było kuchnią. I oboje rozumieli, iż ta sprzeczka nie dotyczyła remontu. Dotyczyła tego, iż ich rytmy życia rozeszły się dawno temu i nie krzyżują się nigdzie poza adresem korespondencyjnym.

Rozwód załatwili w trzy miesiące. Ku zaskoczeniu, spokojnie. Nie było co dzielić.
Jacek chodził po swoim nowym mieszkaniu małym, ale czystym, bez jednego worka cementu w rogu i nie mógł uwierzyć w ciszę. Nikt nie wkręcał w ściany. Nikt nie pukał. Nikt nie domagał się pilnego przyniesienia uszczelniacza, bo poprzedni się skończył.

Mógł planować. Po raz pierwszy od trzech lat wiedział dokładnie, co zrobi wieczorem. Ale czegoś brakowało. Jakby w piersiach była dziura, której nie dało się wypełnić.

Minęły prawie dwa lata.

Słyszałeś nowiny? zadzwonił w piątkowy wieczór stary kumpel Darek. O twojej byłej?
Jacek napinał się. Rozwiedli się i od tego czasu unikał wszelkich informacji o Wiktorii.
Co nowego?
Wyszła za mąż, Vika. Dopiero niedawno.
gwałtownie to ogarnęła.
No i wiesz z kim? Darek zrobił teatralną pauzę. Z glazurnikiem, wyobrażasz?

Jacek wymrugał.
I jak się mają?
Mówią, iż błyszczą razem. Pojawiają się na budowach jak duet dwójki. Idealna para.

Jacek długo rozmyślał, iż Wiktoria znalazła kogoś, kto mówi do niej tym samym językiem. Kogoś, dla kogo półtorej milimetra to też tragedia. Kogoś, kto rozróżnia fugę epoksydową od cementowej nie dlatego, iż mu to wytłumaczono, ale dlatego, iż sam to wie. To, co drażniło Jacka do granic wytrzymałości, stało się fundamentem cudzych relacji. Zabawne.

Spotkał ich w supermarkecie trzy miesiące później. Całkiem przypadkowo po pracy wpadł po zakupy, wziął wózek i ruszył w stronę działu nabiału, kiedy nagle stanął.

Wiktoria stała przy lodówkach z jogurtami. Obok niej mężczyzna w podobnym wieku, szerokomamerowy, z rękami przyzwyczajonymi do ciężkiej pracy. Rozmawiali, szepnęli, śmiali się. Wiktoria szturchnęła go w ramię, on w odpowiedzi przybił jej palcem w bok, ona piszczyła i odskoczyła.

Wyglądali jak nastolatkowie zakochani, którym obojętnie jest, co myślą inni, bo cały świat zwęził się do jednej osoby obok.

Wiktoria wyglądała inaczej. Nie była już zmęczona, wyczerpana i z pustym spojrzeniem człowieka, który właśnie osiem godzin walił ściany. Wyglądała żywa. Tą, którą Jacek pamiętał z pierwszych dni, kiedy się poznali.

Jacka ogarnęła niechęć. Cicho odłożył wózek na podłogę i opuścił sklep, nic nie kupując.

W samochodzie uśmiechnął się. Oni po prostu nie pasowali do siebie. Ich rozwód był nieunikniony.

Zaczął odpalanie silnika.

jeżeli Vika znalazła swojego człowieka, to i ja znajdę swojego.

Gęsta mgła, która otulała życie Jacka po rozwodzie, w końcu się rozproszyła.

Idź do oryginalnego materiału