NIGDY NIE ZABRAŁAM CZYJEGOŚ SZCZĘŚCIA Marta już w szkole pogardzała i jednocześnie zazdrościła Ana…

polregion.pl 2 dni temu

NIGDY W ŻYCIU NIE ZABRAŁAM NICZYJEGO

Gdy jeszcze chodziłam do szkoły, nie znosiłam Zosi i jednocześnie jej zazdrościłam. Pogardzałam, bo jej rodzice byli beznadziejnymi alkoholikami. Utrzymywali się z dorywczych prac, biedowali, nie starczało im choćby na jedzenie. Dlatego Zosia zawsze chodziła głodna, ubrana w stare rzeczy, i wydawała się przygnębiona. Jej ojciec czasem ją bił za to, iż za mało wypiła, za to, iż za dużo wypiła, za wszystko, co można było sobie wymyślić.
Mama nie stawała w jej obronie. Sama bała się agresji męża. Jedynym promykiem w życiu Zosi była jej kochana babcia. Co miesiąc babcia dawała ukochanej wnuczce parę złotych ze skromnej emerytury nagrodę za dobre zachowanie. Choć Zosia wiedziała, iż choćby gdyby coś przeskrobała, babcia udawałaby, iż nie widzi i i tak dałaby jej wypłatę. Pięć złotych! To był dla Zosi najszczęśliwszy dzień w miesiącu! Biegła wtedy do sklepu, kupowała lody sobie i babci, chałwę albo trochę cukierków.
Za każdym razem Zosia obiecywała sobie, iż oszczędzi te słodycze na cały miesiąc. Ale już po dwóch dniach wszystko znikało. Wtedy ukochana babcia wyjmowała swoje lody z zamrażarki i mówiła:
Weź, kochanie, zjedz, bo coś mnie w gardle drapie.
Dziwne myślała Zosia babcię gardło zawsze boli, gdy kończą się słodycze
I w tajemnicy zawsze liczyła na porcję lodów babci.
Moja rodzina była zupełnym przeciwieństwem tego wszystkiego. W domu się nie przelewało, ale niczego nam nie brakowało. Rodzice mieli porządną pracę, w domu panowało ciepło, a mama i tata dmuchali na mnie jak na jajko. Chodziłam w najmodniejszych ciuchach, koleżanki czasem pożyczały ode mnie ubrania. O nic nie musiałam prosić, zawsze wszystko miałam. Najedzona, zadbana, rozpieszczona.
Zazdrościłam jednak Zosi jej piękna, wewnętrznego spokoju, tego, iż wszystkich do siebie przyciągała swoją ciepłą osobowością.
Ale rozmawiać z Zosią? Nigdy! Uważałam, iż to poniżej mojej godności. Mijałam ją w szkole pełna pogardy. Patrzyłam na Zosię takim wzrokiem, iż aż cała się kurczyła. Raz przy wszystkich nazwałam ją:
Jesteś żałosna!
Zosia uciekła ze łzami do domu i opowiedziała wszystko babci. Babcia przytuliła ją, pogłaskała po głowie i rzekła łagodnie:
Nie płacz, Zosieńko. Jak spotkasz Marzenę, powiedz: Masz rację od Boga wszystko mam.
Od razu jej ulżyło.
Marzena bo tak mam na imię też nie byłam brzydka. Ale mojej urodzie brakowało ciepła. Byłam jak lód.
W naszej klasie wszyscy dziewczyny podkochiwały się w Bartku. Był niezdarnym uczniem, trochę łobuziakiem, zawsze miał dowcip na podorędziu. Nie przejmował się złymi ocenami ani uwagami w dzienniku. Zawsze wesoły, optymistyczny. Nauczyciele wpisywali mu jedynki i minusy, czasem wyrzucali z lekcji, ale lubili go za odwagę i humor.
Z czasem Bartek zaczął odprowadzać mnie po lekcjach do domu. Rano cierpliwie czekał na mnie pod szkołą, żeby potem razem wejść do klasy i usłyszeć od kolegów:
O! Narzeczeni!
Nawet nauczyciele już wiedzieli, iż coś się między nami rodzi.
Wybił ostatni dzwonek. Studniówka przebrzmiała. Rozeszliśmy się każdy w swoją stronę. Ja i Bartek gwałtownie się pobraliśmy, bo pewne rzeczy już trudno było ukryć… choćby wielowarstwowa suknia nie pomogła. Pięć miesięcy później urodziła się nasza córeczka, Weronika.
Zosia, po skończeniu szkoły, musiała natychmiast iść do pracy. Babci już nie było. Rodzice oczekiwali od niej wsparcia. Bywali chętni do wzięcia jej za żonę, ale serce jej żaden nie porwał. Nie spieszyła się więc z wyborem. Poza tym wstydziła się wiecznie pijanych rodziców.
Minęło dziesięć lat.
Pod gabinetem poradni uzależnień stały dwie pary: Zosia z mamą i Bartek z Marzeną.
Od razu rozpoznałam Bartka. Wyrósł na atrakcyjnego mężczyznę. Ale patrzeć na Marzenę bez łez się nie dało. Wychudzona, z drżącymi rękami, martwym wzrokiem a miała dopiero 28 lat!
Bartek spojrzał na mnie przepraszająco:
Cześć, koleżanko poczułam, iż nie chce, żebym widziała go właśnie tutaj, zwłaszcza w takich okolicznościach.
Witaj, Bartek. Widzę, macie kłopoty. Od dawna z Marzeną tak? gwałtownie oceniłam sytuację.
Od dawna odpowiedział natychmiast, zawstydzony.
Pijąca kobieta to katastrofa. Wiem po swojej mamie. A ojciec dosłownie spłonął przez alkohol współczułam jemu i sobie.
Po wyjściu od lekarza wymieniliśmy się z Bartkiem numerami tak na wszelki wypadek. W końcu kłopot jeden, może będzie łatwiej razem to dźwignąć. Zaczął mnie odwiedzać mówił, iż chcę skorzystać z moich doświadczeń, może podpowiem, co robić z bliskimi uzależnionymi, jak leczyć, czego nie wolno Wiedziałam, iż przez alkohol ginie więcej ludzi niż w morzu
Wyszło na jaw, iż Bartek i Weronika od dawna mieszkają sami, a Marzena wróciła do rodziców. Chronił córkę przed nieprzewidywalną matką.
Ostatnią kroplą był dzień, kiedy Bartek wrócił z pracy, a Marzena leżała pijana na podłodze, a trzyletnia Weronika stała na parapecie i była o krok od wypadnięcia z okna na piątym piętrze. Z Marzeną przeżył swoje, ale ani razu tego nie dostrzegł w jej duszy Najgorsze, iż Marzena nie chciała się leczyć. Uważała, iż wszystko ma pod kontrolą i zawsze przestanie, kiedy zechce. Ale ciągnęło ją na samo dno.
Rozwiedli się.
Pewnego dnia Bartek zaprosił mnie do restauracji. Tam wyznał, iż już w szkole był we mnie zakochany. Bał się jednak mojej odmowy, potem przyszła ciąża Marzeny Życie się zakręciło, zamotało. Spotkanie w poradni uzależnień uznał za przeznaczenie. Po rozmowie ze mną wszystko mu się rozjaśniło.
Bartek poprosił mnie o rękę. Znalazł klucz do mojego serca. Tak naprawdę, też mi się zawsze podobał. Ale żeby celowo stanąć Marzenie na drodze? Tak bym wcześniej nie potrafiła. Teraz wszystko się zmieniło. Bartek był wolny, zakochany we mnie, nie było żadnych przeszkód. Znalazły się ręce, które przyjęły moją miłość.
Z Bartkiem cicho, skromnie wzięliśmy ślub. Przeprowadziłam się do niego. Weronika na początku patrzyła na mnie z obawą. Wiedziała, iż tata będzie musiał dzielić się uczuciem między nas dwie. Ale otoczyłam ją taką troską i ciepłem, iż sama poprosiła, bym nazywała ją swoją córką. Po kilku latach Weronika dostała siostrzyczkę Marysię.
Pewnego dnia ktoś zadzwonił do drzwi naszego mieszkania. Otworzyłam i niemal nie poznałam Marzeny. Rozpoznałam ją tylko po głosie. Zapach alkoholu wprost bił od niej. Cały jej wygląd krzyczał: kobieta złamana przez nałóg.
Ty żmijo! Ukradłaś mi męża i córkę! Nienawidzę cię od zawsze! syknęła.
Nie drgnął mi choćby jeden mięsień na twarzy. Stałam spokojna, zadbana, pewna siebie.
W życiu niczyjego nie brałam. Sama zrezygnowałaś z rodziny, niczego nie rozumiejąc. Nigdy nie powiedziałam o tobie złego słowa. Żal mi ciebie, Marzeno…
I mocno zamknęłam przed nią drzwi.

Idź do oryginalnego materiału