Niezwykłe zdarzenie: Zostałam matką w wieku 41 lat!

polregion.pl 1 tydzień temu

Niesamowity cud: w wieku 41 lat zostałam matką!

Dziękuję losowi za ten bezcenny dar
Brak dzieci, kiedy wszyscy wokół już mają potomków, bywa czasem nie do zniesienia. Szczególnie, gdy przekroczysz czterdziestkę. Zaczynasz zdawać sobie sprawę, iż czas nieuchronnie płynie, młodość już nie wróci, i jeżeli teraz nie wydarzy się cud, to może już nigdy nie zapuka do twoich drzwi. A potem, kiedy ten cud się zdarza — niespodziewanie, jak grom z jasnego nieba — szczęście ogarnia cię z taką siłą, iż brakuje słów, by wyrazić wdzięczność niebiosom.

Minął rok od tego przełomowego dnia, a ja przez cały czas nie mogę uwierzyć, iż to rzeczywiście się stało.

Nigdy nie myślałam, iż droga do macierzyństwa będzie dla mnie prawdziwą walką. Los jednak postanowił inaczej, zmuszając mnie do zmierzenia się z rzeczywistością twarzą w twarz.

Czy z powodu mojej beztroski, czy nadmiernego zaufania do siebie, uświadomiłam sobie, iż zegar tyka, dopiero na progu czterdziestki. choćby wtedy nie traktowałam tego poważnie. Uspokajałam się: „No i co z tego? Uda się! Zrobię badania, przejdę przez procedury, a jeżeli będzie trzeba — zdecyduję się na in vitro…”

I podjęłam decyzję.

Jednak lekarz, do którego zwróciłam się z polecenia bliskiej przyjaciółki, już na drugiej wizycie wprowadził mnie w głębokie przygnębienie. Bez zbędnych ceremonii stwierdził, iż mój zapas jajeczek jest katastrofalnie niski, a ich jakość pozostawia wiele do życzenia — czy w ogóle będą zdolne do stworzenia życia? Jego słowa, zimne i bezpośrednie, przebiły moje serce niczym nóż.

Potrzebowałam całego tygodnia, by przetrawić ten wyrok, który kobieta w białym fartuchu wydała mi bez cienia współczucia. Najpierw tonęłam we łzach i samowspółczuciu, ale potem obudziła się we mnie determinacja. Zebrałam siły i zmusiłam się, by uwierzyć w lepsze jutro.

Cud jednak nadszedł!
Zmuszałam się do uśmiechu przez łzy i spojrzenia na sytuację z nową mądrością. Tak, nie jest idealnie, ale jestem względnie zdrowa, mam kochającego męża (choć kto wie, na jak długo?), pracę, która daje mi radość, i przyjaciół, gotowych wspierać mnie w trudnych chwilach.

„Zawsze jest jakieś wyjście,” powiedziałam sobie, zdecydowanie kierując się ku nowej nadziei. A mianowicie — do innej kliniki, innego lekarza i wiary w to, iż właśnie oni pomogą mi osiągnąć wymarzone szczęście.

Nowy zespół okazał się zadziwiająco ciepły i ludzki. Wszystko potoczyło się szybko: świeże analizy, pierwsze kroki do procedur. Wewnątrz rosło przeczucie, iż wszystko się uda. Może nie od razu, może za drugim czy trzecim razem, ale dopnę swego.

Pierwsza inseminacja stała się dla mnie prawdziwą przygodą, pełną mieszanych uczuć. Dziwnie było uświadomić sobie, iż tak intymne wydarzenie jak poczęcie, odbywa się nie w objęciach ukochanego, ale w sterylnej sali z białymi ścianami, pod czujnym okiem ludzi w niebieskich fartuchach i dzięki zimnych narzędzi.

Leżąc na fotelu ginekologicznym po zabiegu, zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie, jak małe plemniki mojego męża mkną ku mojej komórce jajowej. W mojej wyobraźni poznawały się, wymieniały spojrzeniami i dokonywały czynu godnego legend. Może to brzmi szalenie, ale w myślach dopingowałam je: „Dawajcie, dacie radę!”

Niestety, test pokazał negatywny wynik. Ciąża się nie wydarzyła. Tak, byłam rozczarowana, ale nie załamana — byłam gotowa na to, iż sukces nie przyjdzie od razu.

Zebrałam się i poczekałam na odpowiedni moment, decydując się na drugą próbę. Ale i ta się nie powiodła. Do tego czasu zbliżały się święta noworoczne, a my z mężem planowaliśmy wyjazd. Uznałam, iż nie będzie to dobry pomysł, by zaczynać nowe procedury tuż przed Nowym Rokiem. Dlatego odetchnęłam, puściłam lęki wolno i nastawiłam się na odpoczynek.

Noworoczna magia
Spędziliśmy Nowy Rok w małej wiosce u krewnych mojego męża. Cisza, spokój, świeże powietrze i domowe jedzenie — pierogi, placki, smażone mięso, gorąca herbata z miodem. choćby martwiłam się, iż przybiorę na wadze i nie zmieszczę się w miejskie dżinsy.

Rano drugiego dnia świąt postanowiliśmy z mężem poleniuchować w łóżku. Jakże to było błogie — nie wstawać na alarm, a budzić się pod zapachy świeżo parzonej kawy i ciepłych bułeczek, które już czekały na stole!

Po powrocie do miasta czekałam na rozpoczęcie cyklu, by umówić się na kolejną procedurę. Ale dni mijały, a on wciąż nie nadchodził. Jeden dzień, dwa, potem pięć. Nie wierzyłam, iż mogę być w ciąży — raczej winiłam za to ciepłą jak na zimę pogodę, która, jak mi się wydawało, zaburzyła mój rytm.

Ósmego dnia opóźnienia zrobiłam test, prawie bez nadziei. I kiedy na białej powierzchni pojawiły się dwa upragnione paski, świat wokół stanął w miejscu. Zaczęłam się dławić ze szczęścia. W tym momencie poczułam się najszczęśliwszą osobą na ziemi. Naprawdę.

Wszystkie drobne problemy, kłótnie, trudności w pracy — wszystko to nagle stało się takie małe, takie dalekie. Otworzyłam się na nowe życie.

Rok później
Teraz, rok później, wciąż nie mogę uwierzyć, iż udało mi się przejść przez tę trudną ścieżkę. Przezwyciężyć ból, strach i wątpliwości, aby dzisiaj trzymać w ramionach moją małą istotkę i z bijącym sercem czekać, aż po raz pierwszy zawoła mnie „mamo”.

Jestem nieskończenie wdzięczna losowi, wyższym siłom — nazywajcie to jak chcecie — za to, iż uwierzyły we mnie i podarowały mi dziecko.

Wszystko, czego teraz pragnę, to być godną matką. Staram się z całych sił, każdego dnia ucząc się czegoś nowego, aby dać mojemu skarbowi wszystko, co najlepsze. I wiecie co? To największe szczęście, jakie można sobie wyobrazić.

Idź do oryginalnego materiału