Nieznajomy z cmentarza Powązkowskiego

polregion.pl 1 tydzień temu

Deszcz zaczął padać, kiedy trumnę opuszczano do grobu, i pamiętam, iż pomyślałam wtedy: gdyby to widział, na pewno by z tego zażartował. Nazywam się Barbara Wach, mam pięćdziesiąt trzy lata i od dwudziestu jeden pracuję jako kwiaciarka przy bramie cmentarza na Powązkach. Sprzedaję znicze, chryzantemy, czasem trzymam parasol nad kimś, kto zapomniał swojego. Tego dnia miałam akurat zamykać stoisko — deszcz odgania klientów — kiedy zauważyłam tę grupę.

Pięcioro dorosłych ludzi, w różnym wieku, stojących przy jednym grobie tak blisko siebie, iż aż to raziło. Nie wyglądali na rodzeństwo — jedna kobieta miała ciemną skórę, chłopak obok niej rude włosy, najstarsza z nich, po czterdziestce, trzymała parasol nad głową młodszej dziewczyny, która chyba wcale nie chciała, żeby ją tak chronić. Zapytałam ekspedientkę z sąsiedniego stoiska, kogo chowają. Powiedziała: pan Stanisław Broniek, sześćdziesiąt osiem lat, zawał w kuchni, znaleziony przez sąsiadkę. Nauczyciel na emeryturze.

Zapamiętałam go, bo przez pięć lat co miesiąc kupował u mnie te same białe goździki — zawsze pięć sztuk, nigdy cztery, nigdy sześć — i nosił je na grób żony na alei głównej. Rozmawialiśmy trochę, jak to się robi z ludźmi, którzy przychodzą regularnie. Wiedziałam, iż ma pięcioro dzieci, ale nie własnych. Powiedział mi to kiedyś, czekając, aż zawinę kwiaty w folię: „Żadne z nich nie wyszło z mojej krwi, pani Basiu, ale wszystkie wyszły z mojego domu". Wtedy się uśmiechnął i dodał, iż to najlepszy żart, jaki życie mu kiedykolwiek opowiedziało.

Tamtego dnia na pogrzebie najmłodsza z tej piątki — może dwudziestoletnia, w za dużym płaszczu, który musiała pożyczyć — stała z boku, osobno. Starszy mężczyzna, ten z rudymi włosami, próbował coś do niej mówić. Nie podeszłam bliżej, nie moja sprawa, ale mój stragan stoi tak, iż słyszę więcej, niż powinnam. Usłyszałam, jak mówi coś o światełku na ganku, które paliło się co noc.

Po ceremonii zjawił się mężczyzna w szarym płaszczu, z aktówką, i rozmawiał z nimi przy bramie. Notariusz albo adwokat — poznaję ich po butach, zawsze za dobrych na ten deszcz. Powiedział coś o kancelarii, o tym, iż zmarły zostawił instrukcje, iż ta piątka ma się zjawić razem. Zamknęłam stragan pół godziny później niż zwykle, bo czekałam, aż przestanie padać, i widziałam, jak odjeżdżają dwoma samochodami w tę samą stronę.

Trzy dni później wróciłam z workiem torfu na grób pana Bronka, bo tak robię z klientami, którzy już nie przyjdą — sadzę coś, żeby mogiła nie stała pusta. I zastałam tam całą piątkę. Tym razem inaczej. Ta najmłodsza, ta w za dużym płaszczu, klęczała przy nagrobku i mówiła coś, czego nie powinnam była słyszeć, ale usłyszałam: „Przepraszam, tato. Tak bardzo przepraszam".

Zatrzymałam się kawałek dalej, udając, iż poprawiam znicze na sąsiednim grobie. Kobieta po czterdziestce — ta, która na pogrzebie trzymała parasol — postawiła obok nagrobka małą lampkę na baterie, tę żółtą, turystyczną, jakie się kupuje do namiotu. Włączyła ją i postawiła obok krzyża.

Później, kiedy już odchodzili, ta najmłodsza wróciła jeszcze raz, sama, i przystanęła przy grobie. Nie wiem, co dokładnie zaszło w tej rodzinie — słyszałam tylko strzępki, coś o medalionie w kształcie serca, o kobiecie imieniem Ela, o dwójce dzieci, które trafiły do rodziny zastępczej, bo ich matka umarła. Zrozumiałam tyle: dziewczyna przez dwa lata myślała, iż zmarły ukrywał przed nią coś złego, a okazało się, iż ukrywał przed nią żałobę po własnej siostrze, którą stracił, zanim jeszcze ona się urodziła. I iż dwoje z tej piątki to były właśnie dzieci tej siostry.

Nie znałam ich historii w całości i pewnie nigdy jej nie poznam. Ale zapamiętałam jedno zdanie, które powiedział mi kiedyś pan Broniek, kiedy zapytałam, dlaczego kupuje kwiaty dla żony co miesiąc, chociaż minęło już dziewięć lat od jej śmierci. Powiedział: „Bo miłość to nie ten, kto się urodził blisko ciebie. To ten, kto zostaje przy tobie, kiedy mógłby odejść".

Mijały tygodnie. Nie sądziłam, iż jeszcze kiedyś zobaczę tę piątkę razem. Ale gdzieś we wrześniu, może z miesiąc po tamtej wizycie z lampką, ta sama najmłodsza dziewczyna przyszła sama, w zwykły wtorek, około szesnastej. Kupiła u mnie bukiet — nie pięć goździków jak on, tylko pięć różnych kwiatów, po jednym gatunku, powiedziała, iż to ma znaczyć coś konkretnego, ale nie zapytałam co. Zapłaciła, podziękowała, poszła w stronę alejki numer siedem.

Zauważyłam tylko, iż w torbie, którą niosła, sterczał róg brązowej teczki — takiej urzędowej, z gumką. Może z kancelarii tego adwokata w szarym płaszczu. Nie wiem, co w niej było. Widziałam ją potem jeszcze parę razy, zawsze samą, zawsze w tę samą porę, zawsze z tą samą lampką turystyczną, którą zostawiała przy grobie na noc, a rano ktoś — może dozorca cmentarny, może ona sama wcześnie — ją zabierał.

Ostatni raz, kiedy ją widziałam, mijał już listopad, robiło się ciemno wcześniej. Zapytałam ją wprost, bo w końcu miałam prawo — sprzedawałam jej kwiaty przez dwa miesiące — czy to był jej ojciec. Odpowiedziała, iż biologicznie nie, ale iż to jedyne słowo, jakiego kiedykolwiek dla niego używała. Powiedziała jeszcze, iż w tej teczce, którą wtedy nosiła, były papiery przepisujące na wszystkich pięcioro udziały w jego domu, po równo, i iż musiała podpisać u notariusza dokument potwierdzający, iż rezygnuje ze swojej części na rzecz remontu tego domu, żeby ktoś mógł tam mieszkać zamiast sprzedawać. Nie zapytałam, kto konkretnie tam zamieszka. Zapakowałam jej ostatni bukiet, powiedziałam, żeby uważała na oblodzone schody przy bramie, i patrzyłam, jak idzie w stronę alejki numer siedem, z lampką w jednej ręce i teczką pod pachą, dopóki nie zniknęła między nagrobkami.

Idź do oryginalnego materiału