Niezłe powitanie, tato, wszyscy na Ciebie czekają! I po co Ci ten ośrodek leczenia, skoro w domu mas…

twojacena.pl 6 dni temu

Ale jazda… Tato, jakie powitanie ci zgotowali! I po co ci był ten cały sanatorium, skoro w domu taki all inclusive?

Gdy Bartosz przekazał mi klucze do swojego mieszkania, poczułam się jak zdobywczyni twierdzy. Żaden DiCaprio nie czekał na Oscara tak, jak ja, Weronika, czekałam na swojego Bartosza i to z własną kryjówką.

Zrezygnowana, już po trzydziestce, coraz częściej rzucałam współczujące spojrzenia w stronę bezdomnych kotów, które wylegiwały się na ławkach Pomorza, czy na wystawę pasmanterii Wszystko dla rękodzieła.

A tu nagle ON samotny, swoją młodość poświęcił karierze, zdrowej diecie, siłowni i innym modnym bzdurom typu szukanie siebie w świecie. Do tego bez dzieci.

Ten prezent wyobrażałam sobie od dwudziestki i chyba tam, po drugiej stronie, zrozumiano, iż nie żartuję.

Mam ostatni w tym roku wyjazd służbowy i jestem cały Twój, powiedział Bartosz wręczając mi klucze. Ale nie bój się mojej nory. Do domu wracam tylko spać, dodał i poleciał w zupełnie inny czasowy rejon na cały weekend.

Wzięłam szczoteczkę do zębów, krem i ruszyłam zobaczyć tę norę. Problemy zaczęły się jeszcze na wejściu. Bartosz ostrzegał, iż zamek czasem szwankuje, ale nie sądziłam, iż aż tak.

Przez czterdzieści minut wdzierałam się do środka: pchałam, ciągnęłam, próbowałam klucza do końca, podchodziłam uprzejmie na pół zęba ale drzwi za nic w świecie nie chciały ustąpić.

Wypróbowałam choćby psychologiczne sztuczki rodem z liceum, nauczone za garażami w Gdańsku. Wywołany hałasem pojawił się sąsiad.

Przepraszam, czemu się pani dobija do czyjegoś mieszkania? zapytał zaniepokojony głos zza drzwi.

Ja się nie dobijam, mam klucze! odpaliłam zła, ocierając pot z czoła.

A kim adekwatnie pani jest? Jeszcze pani tu nie widziałam, kontynuowała dociekliwa sąsiadka.

Dziewczyną Bartosza! rzuciłam wyzywająco, odwracając się, opierając ręce na biodrach, widząc tylko szczelinę.

Dziewczyną? szczerze zdziwiła się babka.

Tak, a jakiś problem?

Nie, skąd. Tylko on tu nikogo nie przyprowadzał. (W tym momencie Bartosz jeszcze bardziej zyskiwał w moich oczach). A tu od razu takie…

Takie jakie? nie wytrzymałam.

Wie pani, to nie moja sprawa. Przepraszam, zamknęła drzwi.

Wiedząc, iż albo ja, albo drzwi, wsadziłam klucz i ścisnęłam go tak mocno, aż niemal przesunęłam futrynę. Drzwi ustąpiły.

Całe wnętrze Bartosza stanęło przede mną otworem i aż lodowato mi w duszy się zrobiło. Jasne, samotny kawaler miewa ascetyczne preferencje, ale to była prawdziwa cela.

Biedaku, twoje serce już dawno zapomniało, albo nigdy nie poznało prawdziwego domowego ciepła, wymknęło mi się, kiedy rozglądałam się po skromnych czterech kątach, które miały się stać moim miejscem na dłużej.

Z drugiej strony radość. Sąsiadka nie skłamała: tu nigdy nie rządziła kobieca ręka. Ani ściana, ani podłoga, ani kuchnia, ani szare okna tu byłam pierwsza.

Nie mogąc wytrzymać, wskoczyłam w buty i pognałam do najbliższego sklepu po firankę, łazienkowy dywanik, a przy okazji chwyciłam łapki do piekarnika i kuchenne ręczniki.

W sklepie… wiadomo, rozszalałam się. Do dywanika i firanki dołączyły zapachy, manualnie robione mydło, praktyczne pojemniki na kosmetyki.

Drobiazgi w czyimś mieszkaniu to przecież nie bezczelność, uspokajałam się, podczepiając drugi koszyk do pełnego już pierwszego.

Zamek już mi nie stawiał oporu. Tak naprawdę, zatracił swoją funkcję i przypominał bramkarza hokejowego bez maski.

Wiedząc, co narozrabiałam, do północy walczyłam z zamkiem dzięki kuchennych noży, a rano poleciałam po nowy. Noże, wiadomo, do wymiany. Do tego widelce, łyżki, obrus, deski do krojenia, podstawki pod gorące. Potem już tylko firanki.

W niedzielę, po południu, zadzwonił Bartosz i powiedział, iż musi zostać jeszcze kilka dni w delegacji.

Będę wdzięczny, jeżeli dodasz mojemu mieszkaniu trochę ciepła i domowej atmosfery, zaśmiał się, gdy wyznałam swoje drobne rewolucje.

Takiego ciepła już dostarczałam do mieszkania praktycznie ciężarówkami, wszystko według planu i z dokumentacją. Lata tego zbierałam w sobie jako samotna kobieta teraz, gdy mogłam działać, nie potrafiłam się powstrzymać.

Po powrocie Bartosza, z jego starej nory został tylko pająk przy wentylacji. Chciałam go przegonić, ale widząc te wystraszone osiem oczu, postanowiłam zostawić symbol nietykalności cudzej własności.

Mieszkanie Bartosza wyglądało teraz, jakby od ośmiu lat był szczęśliwym mężem, potem się rozczarował i wreszcie, na przekór wszystkiemu, odnalazł radość.

Nie tylko urządziłam mieszkanie, ale zadbałam, by cały blok wiedział, iż jestem nową gospodynią. Bez obrączki na palcu, ale to tylko kwestia techniczna.

Sąsiedzi początkowo patrzyli podejrzliwie, potem rozkładali ręce: Można i tak, nie nasza sprawa.

***

W dzień powrotu Bartosza przygotowałam prawdziwą domową kolację, swoje jeszcze jędrne pośladki wsadziłam w elegancką i trochę wyzywającą sukienkę, rozstawiłam zapachy, przyciemniłam nowe światła i czekałam…

Bartosz się spóźniał. Gdy już czułam, jak upakowana kreacja wrzyna mi się w miejsce, nad którym pół roku pracowałam na siłowni, w zamku poruszył się klucz.

Zamek nowy, śmiało pchnij, nie zamknięte! rzuciłam lekko zakłopotana, ale z nutą ekscytacji. Oceniać się nie bałam. Nad mieszkaniem popracowałam dość, wszystko mi wybaczą.

W chwili, gdy drzwi się otworzyły, dostaję nagle SMS od Bartosza: Gdzie jesteś? Jestem już w domu i widzę, iż nic się nie zmieniło. Straszyli mnie, iż obstawisz wszystko kosmetykami.

Owszem, wiadomość przeczytałam później. Tymczasem do mieszkania weszło pięć zupełnie obcych osób: dwóch młodych mężczyzn, dwie zupełnie młode dziewczynki i bardzo wiekowy dziadek, który zobaczywszy mnie, raptownie się wyprostował i przeczesał siwiznę.

Niezłe, tata, takie powitanie! Po co ci był ten sanatorium, skoro w domu taki all inclusive? zagadnął młody mężczyzna, zaraz dostając zbesztanie od żony za wpatrywanie się w hostessę.

Stałam w progu z dwoma kieliszkami, niezdolna się ruszyć. Miałam ochotę krzyczeć, ale nie mogłam się zebrać.

Pająk gdzieś w kącie radośnie zachichotał.

Przepraszam, kim pani jest? pisnęłam.

Właściciel tej chaty. A pani pewnie z przychodni, przyszła opatrunki wymieniać? Mówiłem, iż sam sobie poradzę, odpowiedział dziadek, patrząc na mój strój rodem z pielęgniarskiego balu.

Mhm, panie Adamie, tu teraz tak przytulnie, zajrzała przez ramię żona młodego. Zupełnie inna bajka! A jak pani na imię? Czy nasz Adam nie za stary? Chociaż szczerze, poważny pan, własne lokum…

We-Weronika…

No proszę! Adamie, dobrze dobierasz sobie domowników!

Dziadek, sądząc po błyszczących oczach, uznał to za szczęśliwy zbieg okoliczności.

A gdzie Bartosz? wychrypiałam, jednym haustem wychylając oba kieliszki.

Ja jestem Bartosz! rzucił radośnie chłopczyk, może z osiem lat.

Jeszcze nie pora na Bartosza, matka odsunęła jego rękę i zapakowała dzieci i męża do auta.

P-prze-praszam, chyba pomyliłam mieszkanie, zaczęłam odzyskiwać rezon, przypominając sobie awanturę z zamkiem. To jest Bzowa osiemnaście, mieszkanie dwadzieścia sześć?

Nie, to Bukowa, osiemnaście, ścierał ręce dziadek, już gotów rozpakować prezent losu.

No super, westchnęłam z tragizmem, pomyliłam się. Wchodźcie, rozgośćcie się, a ja zadzwonię, bo muszę…

Złapałam telefon i uciekłam do łazienki, gdzie zabarykadowałam się z ręcznikiem. Dopiero wtedy przeczytałam SMS-a od Bartosza.

Bartosz, zaraz będę, utknęłam w sklepie! odpisałam roztrzęsiona.

Czekam, jakbyś mogła, weź czerwone, nagrał Bartosz wiadomość głosową.

Czerwone miałam w sobie. Pod pachę wzięłam dywanik, zwinęłam firankę, poczekałam aż obcy zajmą kuchnię i wymknęłam się z łazienki.

Szybko zapakowałam rzeczy w reklamówkę i wybiegłam.

***

Opowiem ci, ale później, rzuciłam, gdy otworzył mi drzwi.

Jak we mgle, przeszłam obok, choćby nie spojrzałam. Najpierw pobiegłam do łazienki wymienić firankę i rozłożyć dywanik, potem padłam na kanapę i przespałam do rana, aż stres i czerwone wyparowały.

Obudził mnie nieznajomy Bartosz, czekający na wyjaśnienia.

Przepraszam, jaki to adekwatnie adres?..

Batorego osiemnaście…

Idź do oryginalnego materiału