Pracuję w przychodni dermatologicznej na ulicy Garncarskiej w Toruniu już jedenaście lat i myślałam, iż widziałam wszystko — aż pewnego wtorkowego popołudnia pani Danuta Wrzesińska, sześćdziesięciotrzyletnia emerytowana nauczycielka chemii, usiadła na fotelu w gabinecie numer trzy i zapytała mnie, czy to prawda, iż w jej skórze żyją robaki.
Przyszła z wydrukiem z internetu, pogniecionym, z podkreśleniami zrobionymi czerwonym długopisem. W poczekalni akurat szedł program kulinarny w telewizorze zawieszonym nad kaloryferem, ktoś gotował bigos, a za oknem padał pierwszy w tym roku śnieg, mokry i rzadki, topniejący na asfalcie, zanim zdążył się ułożyć.
— Pani doktor Agnieszko — powiedziała, choć jestem tylko pielęgniarką zabiegową, nie lekarką, ale ona od pierwszej wizyty uparcie mnie tak nazywa — proszę mi powiedzieć prawdę. Czy ja mam w twarzy pajączki?
Nie pajączki. Roztocza. Demodex folliculorum — i tak, ma je, bo ma je prawie każdy dorosły człowiek na tej planecy, ja też, doktor Myszkowski też, choćby ten irytujący przedstawiciel farmaceutyczny, który przychodzi co miesiąc z próbkami kremów i zawsze zapomina numeru gabinetu. Maleńkie stworzenia, długości niecałego pół milimetra, mieszkające w mieszkach włosowych na twarzy, żywiące się martwymi komórkami skóry i sebum. Wychodzą na powierzchnię tylko nocą, bo światło dzienne by je zabiło — nie mają już choćby genów potrzebnych do ochrony przed promieniowaniem UV, zgubiły je po drodze, bo nigdy nie muszą wychodzić w dzień.
Pani Wrzesińska przeczytała gdzieś, iż te roztocza nie mają odbytu. Że gromadzą w sobie odchody przez całe trzytygodniowe życie, aż pękają na ludzkiej skórze i to właśnie wywołuje trądzik różowaty, zapalenia, wypryski. Ta historia krążyła po forach od lat, powtarzana jak fakt, aż zespół naukowców z Uniwersytetu w Reading — Alejandra Manzano-Marín, Henk Braig i ich koledzy — dokładnie zbadał genom tych stworzeń i okazało się, iż to nieprawda. Mają w pełni funkcjonujący układ pokarmowy. Przyjmują pokarm, trawią go, wydalają. Żadnej wewnętrznej bomby zegarowej.
— To znaczy, iż jestem czysta? — spytała pani Wrzesińska, a jej ręce w tym momencie robiły coś konkretnego: zwijała róg wydruku w rulon, potem go rozwijała, potem znowu zwijała, jakby chciała zmierzyć, ile razy wytrzyma papier, zanim się przetnie.
Powiedziałam jej, iż to nie jest kwestia czystości. Że te roztocza są prawie u każdego i nie da się ich po prostu zmyć żelem myjącym, bo żyją głęboko w mieszkach, poza zasięgiem wody. Powiedziałam też coś, co ją zaskoczyło bardziej niż sama informacja o roztoczach — iż badacze uważają je teraz nie za pasożyty, a za coś bliższego współmieszkańcom. Organizmy, które w toku ewolucji zrzuciły z siebie wszystko, czego nie potrzebują do życia w tak komfortowych, osłoniętych od światła i konkurencji warunkach: geny melatoniny, geny budzenia się o świcie, choćby część genów odpowiedzialnych za samodzielne poruszanie się. Mają najmniejszy znany genom w całej swojej grupie gatunkowej. Przestają być pasożytami zewnętrznymi i stają się czymś, co naukowcy nazywają obligatoryjnym symbiontem — organizmem, który już nie może żyć bez nas, bo oddał zbyt wiele, żeby wrócić do samodzielności.
Mąż pani Wrzesińskiej, Bogdan, siedział w poczekalni z gazetą sportową i od czasu do czasu zaglądał przez szparę w drzwiach, nie wchodząc, jakby się bał, iż to, co usłyszy, będzie zaraźliwe przez samo słuchanie. W pewnym momencie krzyknął z fotela:
— Danka, to są te roztocza od serów pleśniowych, czy to co innego?
— To co innego, Bogdanie — odpowiedziała, nie odwracając się, z irytacją, która brzmiała jak trzydzieści osiem lat wspólnego życia skumulowanych w jednej krótkiej zdaniu.
Zapytałam ją, dlaczego to ją tak poruszyło. Okazało się, iż miesiąc wcześniej skórę na policzkach pokryły jej drobne, czerwone grudki, podobne do trądzika, mimo iż ma sześćdziesiąt trzy lata i od dekad żadnego trądziku nie miała. Dermatolog w innej przychodni, w Bydgoszczy, powiedział jej krótko, przez okulary, iż to demodekoza, przepisał maść z metronidazolem i odesłał z recepturą, którą trzeba było wykupić w aptece na rogu, za trzydzieści dwa złote, i tyle. Żadnych wyjaśnień. Pani Wrzesińska wyszła z gabinetu z poczuciem, iż jest skolonizowana przez coś obrzydliwego, i przez miesiąc nie całowała wnuczki na dobranoc, tylko dotykała jej czoła z daleka, opuszkami palców.
To ostatnie zdanie powiedziała najtrwiej, jakby to był adekwatny powód jej wizyty u nas, a nie sam wydruk.
Doktor Myszkowski, kiedy przyszedł obejrzeć jej skórę, wyjaśnił, iż same roztocza rzadko są problemem — problemem jest ich nadmierna liczba, zwykle wtedy, gdy bariera skórna jest już czymś innym zaburzona: nadmiarem kremów, stresem, zmianami hormonalnymi po menopauzie, czym tam jeszcze. W normalnej liczbie roztocza raczej pomagają niż szkodzą — żywią się obumarłymi komórkami naskórka i resztkami sebum, czyszcząc pory niczym naturalny peeling, który działa dwadzieścia cztery godziny na dobę bez żadnej opłaty.
Pani Wrzesińska słuchała tego z wyrazem twarzy, który trudno było rozszyfrować. Nie ulga, nie obrzydzenie. Coś pomiędzy.
— Czyli ja nie jestem chora — powiedziała w końcu. — Ja jestem… zamieszkana.
— Można tak powiedzieć.
Wstała, złożyła wydruk na pół, potem jeszcze raz na pół, aż zmienił się w mały, gruby kwadrat, i wsunęła go do kieszeni płaszcza. Nie wyrzuciła go do koszyka przy drzwiach, choć miała po drodze. Zapytałam, czemu go zabiera, jeżeli już nie potrzebuje.
— Pokażę go wnuczce — powiedziała. — Niech wie, iż nie ma się czego bać, kiedy mnie obejmuje.
Zapłaciła za wizytę przy recepcji — sto dwadzieścia złotych, bez zniżki, bo nie zdążyła wyrobić karty Senior+ w tym roku — i wyszła na ulicę Garncarską, gdzie śnieg już przestał padać, a Bogdan czekał przy aucie, oparty o maskę szarego Dacia Dustera, z gazetą sportową zwiniętą w rulon, tą samą metodą, jaką ona przed chwilą zwijała swój wydruk.
Przez okno widziałam, jak coś mu mówi, a on się śmieje, i jak ona uderza go lekko tym zwiniętym wydrukiem w ramię — nie żeby ukarać, tylko żeby dotknąć.
Nie wiem, czy w domu w Chełmży, gdzie mieszkają, rzeczywiście pokazała ten wydruk wnuczce. Nie wiem, czy wieczorem przytuliła ją tak jak dawniej, czy jeszcze przez tydzień trzymała dystans z nawyku. Wiem tylko, iż kiedy wychodziła z gabinetu, zabrała ze sobą ten papier jak dokument — nie jako dowód choroby, ale jako coś, co miało udowodnić komuś innemu, iż można znów dotykać bez obawy.











