NIEWDZIĘCZNY GRZESIEK
Rano Grzegorz zadzwonił do mnie prosto do pracy i powiedział, iż zaraz po wyjściu jedzie do Zielińskich świętować Dzień Pracownika Służby Cywilnej.
Jak chcesz, to wpadnij dodał z obojętną nutą, pewny, iż i tak nie przyjdę, tylko zaszyję się z książką albo będę siedział wieczorem przy komputerze.
No dobrze równie bezbarwnie odparłem, ale podczas przerwy obiadowej poszedłem do domu towarowego, bo postanowiłem zrobić Grześkowi prezent. W dziale perfumeryjnym aż roiło się od kobiet.
Od razu wpadł mi w oko elegancki flakon dobrych perfum na czarnym opakowaniu przystojniak w rozpiętej marynarce, z bezczelnym spojrzeniem i półuśmiechem. Cały mój Grzesiek.
Sprzedawczyni sprawnie owijała podarki w błyszczącą folię, doklejała kokardki. Wtem podeszła starsza pani i powiedziała z przekąsem:
Ech, dziewczyny, wy im dajecie wody kolońskie i krawaty, a wąchają i oglądają to przecież inne.
Dziewczyny roześmiały się, a ja pomyślałem, iż całe życie wszystko dla Grzesia a on zawsze gdzieś indziej myślami. Gdy byliśmy młodzi, kochałem go do szaleństwa, a on to po prostu przyjmował. Na studia zaoczne poszedł to ja mu wieczorami pisałem prace. Jak pojawiły się dzieci wszystkimi obowiązkami zająłem się ja.
Na początku była wdzięczność. Potem przywykł, brał wszystko za pewnik. Z zewnątrz może wydawaliśmy się idealną rodziną: pieniędzy nigdy nie brakowało, życie spokojne, dzieci grzeczne i mądre. Ale dzieci skończyły szkoły i wyjechały. Zostałem z mężem sam. I poczułem, iż czegoś mi w życiu brakuje.
Moja mama, wtedy, dwadzieścia lat temu, była przeciwna temu związkowi. Kochanie, przecież on taki przystojny i dobrze o tym wie. Będzie się zawsze sobie podobał powtarzała. Przystojny facet to facet wszystkich. Każda się na niego gapi, a ty najmniej go będziesz miała, chociaż papierów najwięcej. Więc punkt pierwszy: mamy niekochającego męża. Punkt drugi: już czterdziestka minęła, punkt trzeci: nikomu niepotrzebna…
Podszedłem do okna. Słońce już mocno grzało, jak na wiosnę. Zaraz będzie Dzień Kobiet… No i co z tego? Znów sam… A przecież życie prawie już przeżyte I co dalej
Z ulicy słychać było wesołe ćwierkanie, zaraz potem uporczywe stukanie w szybę. Spojrzałem na parapecie chodził rozczochrany wróbel i patrzył na mnie okrągłym okiem.
To chyba znak, pomyślałem. W tym momencie zegar na ścianie wybił godzinę.
Czyli jeszcze mam czas. Punkt pierwszy: skoro nas nie kochają, to pokochajmy sami siebie… Trzasnąłem drzwiami i pognałem po schodach: najpierw do fryzjera, potem do sklepu
O wpół do siódmej lustro patrzyło na nieznajomego: lekko kołysząc się, siedziałem w fotelu przy komputerze. Mała czarna koszula, krótka fryzura, pofalowana modna grzywka w trzech kolorach, oczy przyciemnione, z tajemnicą, usta podkreślone kredką i błyszczykiem nagle pełne, zadziorne.
A zatem: po czterdziestce życie dopiero się zaczyna
Wyszedłem do kuchni, wróciłem z kieliszkiem wina, stuknąłem się z własnym odbiciem: Punkt trzeci a na co nam taki mąż, którego nie stać na wdzięczność?…
Nie trzeba chyba mówić, iż do Zielińskich wszedłem pewnym krokiem, na wysokich, wąskich szpilkach. Zapanowało ogólne zamieszanie i zaraz ktoś podbiegł mi pomóc zdjąć płaszcz, zaproponować miejsce, jabłko. Ach, naprawdę? To mój mąż tu jest? Jakoś nie zauważyłem
Grzegorz był zaskoczony moim nagłym wejściem, pogubił się w swoich reakcjach, przygnieciony zachwytem gości.
Następnego ranka, chcąc odreagować wczorajszy szok, znowu zapytał tym samym tonem: A my to dzisiaj w ogóle jemy śniadanie? Ale tu się pomylił, bo obok niego już nie było tego samego człowieka, co zawsze nie tego przynieś, podaj.
Obok niego leżał już ktoś inny pewny siebie, spokojny mężczyzna.
Nie podnosząc wzroku spod potarganej grzywki, mruknąłem kapryśnie:
A zrobiłeś już śniadanie, kochanie?
Przeciągnąłem się i, zasypiając znowu, pomyślałem: Tak to teraz będzie. W przeciwnym razie wrócimy do punktu trzeciego.
Dziś wiem, iż jeżeli sam nie nauczysz się siebie szanować i nie pokażesz innym własnej wartości, pozostaniesz niekochany. Upomniałem się o siebie i już więcej tego nie oddam.











