Pierwsza drzwi otworzyła Basia i zastygła w progu. Z wnętrza mieszkania dobiegał dźwięk telewizora, rozmowy z kuchni i obcy zapach. Tomek stojący tuż za nią prawie wypuścił walizkę z rąk ze zdumienia.
Cicho wyszeptała kobieta, wyciągając przed siebie rękę. Tam ktoś jest.
Na ich ukochanej, kremowej kanapie rozgościła się para obcych ludzi. Mężczyzna w dresie przełączał pilotem kanały, obok niego siedziała korpulentna kobieta z drutami do robótek ręcznych. Na stoliku leżały filiżanki, talerzyki z okruszkami, jakieś lekarstwa.
Przepraszam, kim państwo są? głos Basi drżał.
Obcy odwrócili się bez cienia wstydu.
A, przyjechali już państwo kobieta choćby nie odłożyła drutów. Jesteśmy rodziną Lidii. Dała nam klucze, powiedziała, iż właścicieli nie będzie.
Tomek pobladł.
Jaka Lidia?
Wasza mama mężczyzna w końcu wstał. Jesteśmy z Krakowa. Przyjechaliśmy z Michałem na badania. Lidia nas tu ulokowała, powiedziała, iż nic nie szkodzi.
Basia przeszła powoli do kuchni. Przy kuchni stał nastolatek, z piętnastu lat, smażył kiełbaski. Lodówka wypchana była cudzym jedzeniem, a na stole piętrzyły się brudne talerze.
A ty kim jesteś? wydusiła.
Michał chłopak odwrócił się. Co, nie mogę zjeść? Babcia Lidia mówiła, iż wolno.
Kobieta wróciła do przedpokoju, gdzie Tomek już wyciągał komórkę.
Mamo, co ty wyprawiasz? jego głos był cichy, ale wściekły.
Z telefonu rozległ się pogodny głos teściowej:
Tomuś, już wróciliście? Jak było nad morzem? Słuchaj, dałam klucze Swietce, ona z Wiktorem do Warszawy przyjechali, Michałowi na konsultacje. Pustą by stało, szkoda, nie? Są tylko tydzień.
Mamo, a pytałaś nas o zgodę?
Po co pytać? Was tu nie było! Powiedz im tylko, iż ja odpowiadam za mieszkanie i żeby wszystko było posprzątane.
Basia wyrwała telefon:
Pani Lidio, pani pozwoliła obcym ludziom mieszkać w naszym mieszkaniu?
Jakim obcym?! Toż to moja kuzynka, Swietka! Jako dzieci spałyśmy w jednym łóżku.
A mnie co to obchodzi, kto z kim spał? To nasze mieszkanie!
Basieńko, nie przesadzaj. Rodzina! Są cisi, nic nie popsują. Dziecko chore, pomóc trzeba. Albo taka jesteś chciwa?
Mąż zabrał telefon z powrotem:
Mamo, przyjedź za godzinę i zabierz ich. Wszystkich.
Tomuś, oni mają być do czwartku! Michał ma badania, konsultacje. Zaoszczędziłam im trochę grosza.
Masz godzinę. Inaczej wzywam policję.
Rozłączył się. Basia osunęła się na puf w przedpokoju i zasłoniła twarz dłońmi. Ich walizki stały nierozpakowane, z pokoju dochodził głos telewizora, z kuchni syczały kiełbaski. Dwie godziny temu na lotnisku marzyli, jak wreszcie wrócą do domu. A teraz Basia czuła się jak intruz we własnych czterech kątach.
Już się zbieramy kobieta z salonu pojawiła się w korytarzu ze skruchą. Lidia myślała, iż nie będzie kłopotu. Gdybyśmy mieli wasz numer Lidia zaproponowała, myśmy się zgodzili. Myśleliśmy, iż tu spokojnie tydzień przeczekamy badania.
Tomek stał przy oknie, milcząc. Basia dostrzegła, jak bardzo spięte miał ramiona. Zawsze tak stawał, kiedy złościła go matka, a nie umiał tego wyrazić słowami.
A gdzie jest nasz kot? przypomniała sobie nagle.
Jaki kot?
Rudi. Rudy, spokojny. Dla niego zostawiliśmy klucze.
Nie wiem Swietka wzruszyła ramionami. Nie widzieliśmy go.
Basia rzuciła się szukać. Kot schował się pod łóżkiem w sypialni, aż w najdalszy róg. Oczy miał wielkie, futro nastroszone. Kiedy Basia spróbowała go wyciągnąć, syknął i przywarł do podłogi.
Rudi, kochany, położyła się na ziemi. Już dobrze, to ja.
Kot patrzył na nią z nieufnością. W pokoju czuć było obce zapachy. Na jej szafce nocnej stały czyjeś leki, łóżko było posłane inaczej niż zwykle, na podłodze walały się cudze kapcie.
Tomek usiadł obok:
Przepraszam…
Za co? Przecież nie wiedziałeś.
Za mamę. Za to, iż taka jest.
Jest przekonana, iż ma rację.
Zawsze tak się zachowuje syknął, zły. Pamiętasz, kiedy tu się wprowadziliśmy, przychodziła bez zapowiedzi? Myślałem, iż już zrozumiała. Ale nie.
Z przedpokoju dobiegły głosy. Przyjechała teściowa. Basia poprawiła włosy, wzięła oddech i wyszła.
Lidia, urażona, stała w przedpokoju:
Tomek, czyś ty rozum postradał?!
Usiądź, mamo mąż wskazał kuchnię.
Jakie usiądź! Swietka, Witek, zbierajcie się, nas stąd wyrzucają. Pojedziemy do mnie.
Usądź, powiedziałem.
Wreszcie spojrzała synowi w oczy i zamilkła. Przeszli razem do kuchni, gdzie Michał kończył jeść kiełbaski.
Mamo, wyjaśnij mi, jakim cudem uznałaś, iż wolno ci wpuścić tu kogokolwiek bez pytania?
Przecież pomagałam! Swietka płakała, Michał źle się czuł, nie mieli gdzie spać w Warszawie Pomyślałam, iż pusto stoi
Mamo, to nie jest twoje mieszkanie.
Jak to nie moje?! Mam klucze!
Żeby nakarmić kota, nie urządzać hotel.
Tomek, przecież to rodzina! Swietka to moja siostra. Witek, porządny chłop. Michał chory, potrzebuje pomocy. A ty na ulicę ich dasz?
Basia drżącymi rękami nalała sobie wody.
Pani Lidio, powinna nas pani zapytać.
Po co, jak was nie było?
Właśnie dlatego, Tomek podniósł głos. Przecież mamy telefony, można zadzwonić. Dogadalibyśmy się.
I co, odmówilibyście?
Może na dwa dni byśmy się zgodzili. Ale wiedzielibyśmy. To się nazywa szacunek.
Lidia wstała, oburzona:
Tak zawsze Staram się, a potem tylko pretensje. Swietka, pakuj się, pojedziemy do mnie.
Masz kawalerkę. Sama mówiłaś, iż w czwórkę się nie zmieścicie.
Zmieszczę ich. Byle dalej od niewdzięcznych.
Basia postawiła szklankę na stole.
Proszę pani, niech się pani zatrzyma. Wie pani dobrze, iż źle postąpiła. Gdyby było inaczej, zadzwoniłaby pani do nas.
Teściowa zamarła.
Wiedziała pani, iż się nie zgodzimy. Dlatego postawiła nas przed faktem dokonanym, licząc, iż się zgodzimy z litości, bo i tak już tu ktoś mieszka. Tak?
Chciałam dobrze
Nie. Chciała pani postawić na swoim. To nie to samo.
Po raz pierwszy Lidia wyglądała, jakby zgubiła pewność siebie.
Swietka płakała Michał miał silne bóle. Żal mi ich było.
To zrozumiałe przyznał Tomek. Ale nie możesz decydować o nie swoim. Mamo, wyobraź sobie, iż ja pod twoją nieobecność wpuszczam kogoś obcego do twojego mieszkania. Co byś zrobiła?
Byłabym zła.
No właśnie.
Zapadła cisza. Z salonu dobiegał odgłos pakowania. Swietka łkała cicho, Witek pakował rzeczy do siatek. Michał stał w kuchennych drzwiach i patrzył pod nogi.
Przepraszam wymamrotał chłopak. Myślałem, iż można Babcia pozwoliła.
Basia popatrzyła na niego. Zwykły przestraszony dzieciak. To nie jego wina, iż dorośli nie potrafią się dogadać.
To nie twoja wina powiedziała zmęczonym głosem. Idź, pomóż rodzicom.
Lidia wyjęła chusteczkę i wytarła łzy.
Myślałam, iż dobrze robię. choćby przez myśl mi nie przeszło zapytać Jesteście moimi dziećmi, zawsze chciałam wam pomóc, myślałam, iż wy to samo
Mamo, mamy po trzydzieści lat. Mamy własne życie.
Zrozumiałam teściowa podniosła się. Chcecie klucze z powrotem?
Tak Basia przytaknęła. Przykro mi, ale zawiodła nas pani.
Rozumiem.
Swietka z rodziną gwałtownie się spakowali. Niezręcznie i długo przepraszali. Lidia zabrała ich do siebie, obiecując jakoś dać radę. Tomek zamknął za nimi drzwi i oparł się o nie plecami.
Obeszli mieszkanie bez słowa. Pościel trzeba zmienić, posprzątać lodówkę, wszędzie ślady czyjejś obecności przesunięte meble, brudne naczynia, zapomniane rzeczy. Rudi wciąż nie chciał wyjść spod łóżka.
Myślisz, iż zrozumiała? Basia otworzyła okno w kuchni.
Nie wiem. Chciałbym wierzyć.
A jeżeli nie?
Już jej nie pozwolę sobą tak pomiatać.
Kobieta objęła męża. Milczeli pośrodku cudzego bałaganu w swoim własnym mieszkaniu.
Wiesz, co najbardziej boli? Basia odsunęła się. Kot. Dla niego zostawiliśmy klucze, a on tu siedział głodny, przestraszony, gdy trwał ten cyrk.
Ciekawe, czy go nakarmili?
Sądzę, iż nie. Miska pusta, woda brudna. Pewnie o nim zapomnieli.
Tomek przykucnął przy łóżku:
Rudi, przepraszam, stary. Już więcej mama nie dostanie kluczy.
Kot wysunął łepek, powoli wyszedł, potarł się o nogi właściciela. Basia przyniosła mu jedzenie rzucił się na nie, jakby nie jadł od tygodnia.
Zabrali się za sprzątanie. Wyrzucili cudze jedzenie z lodówki, zmienili pościel, umyli naczynia. Rudi najadł się i zasnął zwinięty w kulkę na parapecie. Krok po kroku mieszkanie znów stawało się ich domem.
Pod wieczór zadzwoniła Lidia. Głos miała cichy, skruszony:
Tomek, przemyślałam to. Miałeś rację. Przepraszam.
Dziękuję, mamo.
Basia się na mnie gniewa?
Tomek spojrzał na żonę, która skinęła głową:
Jest zła. Ale wybaczy. Z czasem.
Po rozmowie długo jeszcze siedzieli w kuchni, popijali herbatę i milczeli. Za oknem zapadał wieczór. Mieszkanie było czyste i znów należało do nich. Wakacje skończyły się nagle i brutalnie.
















