Pierwsza weszła do mieszkania Basia i zamarła w progu. Z wnętrza dobiegały dźwięki telewizora, rozmowy w kuchni i obcy zapach. Za jej plecami Piotr o mało nie upuścił walizki z zaskoczenia.
Ciszej szepnęła kobieta, wyciągając rękę. Ktoś tam jest.
Na ich ukochanej, kremowej kanapie rozparli się dwoje obcych. Mężczyzna w dresie przełączał kanały, obok siedziała pulchna kobieta z robótką na drutach. Na stoliku leżały filiżanki, talerze z okruchami, leki.
Przepraszam, kim państwo są? Basia głos jej drżał.
Nieznajomi odwrócili się bez cienia zmieszania.
O, już wróciliście kobieta choćby nie odłożyła robótki. Jesteśmy krewni Halinki. Dała nam klucze, mówiła, iż właścicieli nie ma.
Piotr pobladł.
Jaka Halinka?
Wasza mama mężczyzna wstał dopiero teraz. Jesteśmy z Olsztyna, przyjechaliśmy z Krzysiem na badania. Mówiła, iż nie będziecie mieć nic przeciwko.
Basia powoli poszła do kuchni. Przy kuchence stał nastolatek, może piętnastoletni, smażył sobie kiełbaski. Lodówka wypchana była cudzym jedzeniem. Na stole piętrzyły się brudne naczynia.
Kim ty jesteś? wydusiła.
Krzysiek odwrócił się chłopak. Nie można zjeść? Babcia Halinka pozwoliła.
Kobieta wróciła do przedpokoju. Piotr już wyciągał telefon z kieszeni.
Mamo, co ty wyprawiasz? jego głos był ściszony, pełen złości.
W słuchawce rozległ się pogodny głos teściowej:
Piotrusiu, już przyjechaliście? Jak wakacje? Słuchaj, dałam klucze Krysi, przyjechali z Antkiem do Warszawy, Krzysia do lekarza prowadzić. Myślałam, iż was nie ma i mieszkanie stoi puste. Po co ma się marnować? Tydzień tylko.
Mamo, pytałaś nas?
A po co pytać? Was przecież nie było. Powiedz im tylko, iż ja za mieszkanie odpowiadam, żeby wszystko posprzątali.
Basia wyrwała telefon z ręki męża:
Halino, pani poważnie? Wpuściła pani do NASZEGO mieszkania obcych ludzi?
Jakich obcych? Przecież to moja kuzynka Krysia! Z nią dzieciństwo spędziłam.
Jakie to ma znaczenie? To NASZE mieszkanie!
Basiu, nie gorączkuj się. Rodzina przecież. Spokojni są, nic nie popsują. Chłopak chory, trzeba było pomóc. A możeś taka skąpa?
Piotr przejął telefon:
Mamo, za godzinę przyjedź i zabierz ich stąd. Wszystkich.
Piotruś, przecież mają być do czwartku! Krzysiek ma badania, wizyty u lekarzy. Oszczędzili na hotelu, pomogłam im.
Mamo, masz godzinę. Nie przyjedziesz dzwonię na policję.
Odłączył się. Basia usiadła na pufie w przedpokoju, zakrywając twarz dłońmi. Walizki stały nierozpakowane. Z salonu płynął dźwięk telewizora, z kuchni dochodziło skwierczenie kiełbasek. Dwie godziny temu lecieli samolotem, ciesząc się, iż zaraz wrócą do domu. A teraz siedzi jak nieproszony gość we własnym mieszkaniu.
Zaraz się zbierzemy kobieta z salonu wyszła do korytarza, wyraźnie skruszona. Halinka mówiła, iż nie będziecie mieli nic przeciwko. Sami byśmy pytali, ale nie mieliśmy waszego numeru. Halinka zaproponowała, zgodziliśmy się. Myśleliśmy, iż pobędziemy tydzień na badaniach.
Piotr stał przy oknie, milczał. Basia widziała napięcie w jego plecach. Zawsze tak wyglądał, gdy wściekał się na matkę, a nie wiedział jak to okazać.
A gdzie jest nasz kot? przypomniała sobie nagle.
Jaki kot?
Rudzielec. Zostawiliśmy klucze właśnie przez kota.
Nie wiem Krysia rozłożyła ręce. Nie widzieliśmy żadnego kota.
Basia rzuciła się na poszukiwania. Rudzielec schował się pod łóżkiem w sypialni, wciskając się w sam kąt. Oczy miał ogromne, sierść nastroszoną. Gdy Basia próbowała go wyjąć, fuknął i położył uszy.
Rudziku, kochanie położyła się na podłodze. To ja, już dobrze.
Kot patrzył z nieufnością. W sypialni pachniało obco. Na szafce nocnej stały jakieś leki. Łóżko pościelone inaczej niż zwykle. Na podłodze leżały cudze kapcie.
Piotr usiadł koło niej:
Przepraszam.
Za co? Przecież nie wiedziałeś.
Za matkę. Za to, iż taka jest.
Jest przekonana, iż ma rację.
Całe życie taka. Pamiętasz, jak się wprowadziliśmy i przychodziła bez uprzedzenia? Myślałem, iż jej już wyjaśniłem, iż nie wolno. Najwyraźniej nie.
Do przedpokoju dotarły głosy. Przyjechała teściowa. Basia poprawiła włosy i wyszła.
Halina stała w przedpokoju z oburzonym wyrazem twarzy:
Piotr, zwariowałeś?
Mamo, usiądź Piotr wskazał kuchnię.
Jak usiądź? Krysia, Antek, zbierajcie się, nas wyrzucają. Idziemy do mnie.
Siedź, proszę powiedział Piotr stanowczo.
Halina wreszcie spojrzała na syna i zamilkła. Weszli do kuchni, gdzie Krzysiek kończył jeść.
Jak mogłaś Piotr patrzył jej w oczy wpuścić kogoś do naszego mieszkania bez pytania?
Przecież pomagałam! Krysia dzwoniła, płakała, iż Krzysiowi źle, do Warszawy jadą, dachu nad głową nie mają. Mieszkanie puste przecież.
To nie twoje mieszkanie.
Jak nie moje? Klucze przecież mam.
Klucze, żeby kota nakarmić. Nie po to, by zakładać hotel.
Przesadzasz. To rodzina! Krysia to moja siostra, całe życie ją znam. Antek porządny chłop. Krzysiek chory, potrzebuje wsparcia. Chcesz ich na ulicę wyrzucić?
Basia nalała sobie wody. Ręce jej drżały.
Halino, nie zapytała pani nas o zgodę.
Po co pytać? Was nie było!
Tym bardziej trzeba było! Piotr podniósł głos. Telefon masz. Wystarczyło zadzwonić, napisać. Gdybyś spytała, moglibyśmy się dogadać.
I co byście zdecydowali? Pewnie odmówili.
Może tak, może nie. Może parę dni, ale na naszych warunkach. Ale byśmy wiedzieli. To się nazywa szacunek.
Halina wstała.
Zawsze tak! Pomagam, a wy mnie opluwacie. Krysia, zbieraj się, idziemy do mnie.
Przecież masz kawalerkę. Sama mówiłaś, iż się nie zmieścicie.
Zmieścimy się. Byle od niewdzięczników daleko.
Basia odstawiła szklankę.
Halino, proszę przestać. Przecież pani wie, iż zrobiła źle. Inaczej zadzwoniłaby pani do nas wcześniej.
Teściowa zamarła.
Wiedziała pani, iż się nie zgodzimy. Dlatego postawiła nas przed faktem dokonanym. Myślała pani: wrócą, zobaczą, iż już ktoś mieszka, to nie wyrzucą?
Chciałam jak najlepiej.
Nie, chciała pani po swojemu. To różnica.
Halina po raz pierwszy wyglądała na zagubioną.
Krysia płakała. Krzysiowi było źle, serce mi się łamało.
To zrozumiałe dodał Piotr. Ale to nie daje prawa decydować za innych. Mamo, wyobraź sobie, iż wracasz ze świąt, a ja dałem klucze twojego mieszkania swoim kolegom bez pytania. Co byś poczuła?
Byłabym wściekła…
No właśnie.
Zapadła cisza. Z salonu dochodziły odgłosy pakowania. Krysia cicho płakała, Antek układał rzeczy. Krzysiek stał w drzwiach i patrzył w podłogę.
Przepraszam mruknął chłopak. Myślałem, iż można. Babcia powiedziała.
Basia spojrzała na niego. Typowy, przestraszony nastolatek. To nie jego wina, iż dorośli nie potrafią się dogadać.
Nie jesteś winny powiedziała zmęczonym głosem. Idź pomóż rodzicom.
Halina wyjęła chusteczkę, wytarła oczy.
Ja naprawdę myślałam, iż dobrze robię. Nie przyszło mi do głowy pytać. Jesteście moimi dziećmi, całe życie wszystko dla was…
Już nie jesteśmy dziećmi. Mamy po trzydzieści lat. To nasze życie.
Rozumiem westchnęła teściowa. Mam oddać klucze?
Tak Basia skinęła głową. Przykro mi, ale nie mamy już zaufania.
Rozumiem.
Rodzina Krysi zbierała się szybko. Przez chwilę przepraszała na odchodne, niezręcznie i długo. Halina zabrała ich do siebie, obiecując jakoś się pomieścić. Piotr zamknął za nimi drzwi i oparł się o nie plecami.
Obeszli mieszkanie w milczeniu. Trzeba zmienić pościel, przejrzeć lodówkę. Wszędzie ślady cudzej obecności: przesunięte meble, brudne naczynia, zostawione rzeczy. Rudzielec przez cały czas siedział pod łóżkiem, nie chcąc wyjść.
Myślisz, iż zrozumiała? zapytała Basia, otwierając okno w kuchni.
Nie wiem. Chciałbym wierzyć.
A jeżeli nie?
Będziemy twardsi. Nie pozwolę tak z nami postępować.
Objęła męża. Stali pośród tego obcego rozgardiaszu we własnym mieszkaniu, bez słowa.
Wiesz, co najbardziej boli? odeszła na chwilę. Kot. To dla niego zostawiliśmy klucze. A on tu siedział głodny i wystraszony, gdy trwał cały ten cyrk.
Ciekawe, czy go dokarmiali?
Raczej nie. Miska pusta, woda brudna. Chyba o nim zapomnieli.
Piotr kucnął przy łóżku:
Rudzielec, wybacz, stary. Już nie damy mamie kluczy.
Kot ostrożnie wyjrzał spod łóżka. Powoli wyszedł na środek i otarł się o nogi Piotra. Basia przyniosła mu karmę, rzucił się na jedzenie, jakby nie jadł tydzień.
Zaczęli sprzątać. Wyrzucili cudze produkty, zmienili pościel, pozmywali naczynia. Rudzielec najadł się i zasnął na parapecie, zwinięty w kłębek. Z każdym ruchem mieszkanie stawało się znów ich domem.
Wieczorem zadzwoniła Halina. Jej głos był cichy, pełen skruchy.
Piotrusiu, przemyślałam. Miałeś rację. Przepraszam.
Dziękuję, mamo.
Basia jeszcze zła na mnie?
Spojrzał na żonę, kiwnęła głową.
Zła, ale wybaczy. Z czasem.
Po rozmowie długo siedzieli w kuchni, popijali herbatę w ciszy. Za oknem zapadał zmrok. Mieszkanie znów było czyste, spokojne, ich własne. Wakacje dobiegły końca nagle, z brutalnością rzeczywistości.















