Niepokój za oknem. Mała Katia zasnęła, a ona przez cały czas nie mogła znaleźć spokoju.

twojacena.pl 2 godzin temu

Joasia nie mogła znaleźć sobie miejsca. W ramionach spała mała Zosia, a ona wciąż nie potrafiła odejść od okna. Minęła już godzina, odkąd wpatrywała się w podwórko. Kilka godzin temu wrócił z pracy jej ukochany mąż Krzysiek. Joasia była w kuchni, a on wciąż nie zaglądał do niej. Gdy weszła do pokoju, zobaczyła, jak pakuje swoje rzeczy.

— Dokąd? — zapytała zagubiona.

— Wychodzę. Odchodzę od ciebie do kobiety, którą kocham.

— Krzysiu, żartujesz? Coś się stało w pracy? Wyjeżdżasz w delegację?

— Czy ty nic nie rozumiesz? Miałem cię dość. W twojej głowie jest tylko Zosia, nie zauważasz mnie, o siebie nie dbasz.

— Nie krzycz, obudzisz Zosię.

— Proszę bardzo. Znowu myślisz tylko o niej. Facet od ciebie odchodzi, a ty…

— Prawdziwy facet nie zostawiłby żony z małym dzieckiem — cicho powiedziała Joasia i wyszła do córeczki.

Znała charakter męża. Gdyby teraz kontynuowała tę rozmowę, wybuchłaby awantura. W oczach miała już łzy, których nie zamierzała mu pokazać. Wzięła Zosię z łóżeczka i wyszła do kuchni. Tam Krzysiek na pewno nie przyjdzie — nie miał tam nic do zabrania.

Przez okno widziała, jak wsiadł do samochodu i odjechał. choćby się nie obejrzał, a Joasia wciąż nie mogła oderwać się od okna. Może miała nadzieję, iż zaraz jego auto pojawi się na podwórku, a Krzysiek powie, iż to tylko głupi żart. Ale nic takiego się nie stało.

Całą noc nie mogła zasnąć. Nie miała do kogo zadzwonić, by opowiedzieć o swoim nieszczęściu. Dla mamy dawno przestała być ważna. Cieszyła się, gdy córka wyszła za mąż, i praktycznie od razu o niej zapomniała. Dla Leny zawsze istniało tylko jedno dziecko — młodszy brat Joasi. Miała przyjaciółki, ale to same mamy w jej sytuacji. Pewnie teraz odpoczywają. I co adekwatnie mogłyby dla niej zrobić?

Zasnęła dopiero nad ranem. Spróbowała zadzwonić do Krzyśka, ale odrzucił połączenie i wysłał SMS-a, by więcej go nie niepokoiła.

Wtedy Zosia zaczęła marudzić, i Joasia podeszła do niej. Nie może się załamywać. Odszedł, no i trudno. Ma córeczkę, o którą musi zadbać. Trzeba wymyślić, jak żyć dalej.

Gdy sprawdziła stan konta, przeraziła się. choćby gdyby poprosić gospodynię o pięć dni zwłoki w opłacie czynszu do czasu wypłaty zasiłku, i tak nie starczyłoby jej pieniędzy. A jeszcze trzeba coś jeść. Mogłaby popracować zdalnie, ale Krzysiek zabrał swój laptop.

Miała jeszcze dwa tygodnie opłaconego najmu, by coś wymyślić. Tylko iż wymyślić musiała szybciej.

Gdy jednak obdzwoniła wszystkich znajomych, zrozumiała, iż nic z tego nie wyjdzie. Nikt nie zatrudni jej z małym dzieckiem. choćby do mycia podłóg musiałaby zostawić Zosię z kimś na godzinę, a choćby dwie. Ale nie miała z kim. Zmiana mieszkania też by nie pomogła. Wynajmowali już i tak niezbyt drogą kawalerkę. Jedynym wyjściem była przeprowadzka do rodziców. Tyle iż ona spóźniła się z założeniem rodziny, a jej brat ożenił się wcześnie i mieszkał z matką razem ze swoją rodziną — w której rosły już bliźniaki. W sumie w dwupokojowym mieszkaniu żyło pięć osób, a jeżeli dołączyłyby jeszcze ona z Zosią, jak to ogarnąć?

Joasia poinformowała gospodynię, iż wyprowadza się po upływie opłaconego okresu. Nie mogła sobie znaleźć miejsca. Owszem, mogła wynająć pokój w akademiku, choćby kilka obejrzała. Ale sąsiedztwo było tam takie, iż i wrogowi by go nie życzyła. Pisała do Krzyśka z prośbą o pomoc finansową dla córki, ale nie odpowiadał. choćby nie czytał wiadomości. Pewnie dodał ją do czarnej listy.

Do wyprowadzki zostało pięć dni, i Joasia zaczęła pakować rzeczy. Nie miała ich wiele, ale trzeba było czymś zająć myśli. Wtedy zadzwonili do drzwi.

Otworzyła i zamarła w zdumieniu. Na progu stała Elżbieta Stanisławówna — jej teściowa.

*«Czyżbym miała jeszcze większe problemy?»* — pomyślała Joasia, wpuszczając ją do środka.

Z Elżbietą Stanisławówną zawsze miała napięte stosunki. Takie, gdzie się uśmiechają, ale w duszy nienawidzą. Już w dniu poznania przyszła teściowa dała jej do zrozumienia, iż Joasia jej nie odpowiada. Jak wiele matek uznała, iż wybór syna był nietrafiony. Przecież mógł znaleźć lepiej. Dlatego Joasia od razu powiedziała, iż razem mieszkać nie będą. Nie dogadają się. Więc wynajęli kawalerkę.

Gdy teściowa odwiedzała ich, było jak w tych dowcipach: *„Joasiu, a ty w ogóle ścierasz tu kurze?”*. A jedzenie, które gotowała Joasia, Elżbieta Stanisławówna nie jadła, mówiąc, iż to tylko dla świń. Prawda, gdy Joasia zaszła w ciążę, teściowa trochę odpuściła. Ale gdy urodziła się Zosia, od razu oświadczyła, iż dziecko nie w ich typie, więc Krzysiek powinien sprawdzić, czy to na pewno jego.

Dopiero gdy Zosia skończyła pół roku, Elżbieta Stanisławówna zaczęła dostrzegać w niej znajome rysy i czasem brała ją na ręce.

Krzysiek, jak mógł, uspokajał żonę. Mówił, iż mama wychowała go sama i dlatego jest taka zazdrosna. Prosił, by zniosła jej wizyty, bo przychodziła przecież rzadko. I choć Joasia byłaby wdzięczna za jakąkolwiek pomoc, nigdy nie prosiła teściowej.

A teraz stała w jej przedpokoju, i to po tym, jak Krzysiek odszedł. Pewnie przyszła, by na koniec dogryźć. Ale Joasię już to nie obchodziło.

Z zamyślenia wyrwał ją głos Elżbiety Stanisławówny.

— No, gwałtownie pakuj rzeczy. Nie ma tu dla was miejsca — powiedziała teściowa.

— Elżbieto Stanisławno, co pani…? Nie rozumiem.

— Co tu rozumieć? Pakuj, mówię. Jedziecie do mnie.

— Do pani?

— A gdzieś się wybierała? Do matki, gdzie „gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść”?

— Tak. Pani wie o wszystkim?

— Oczywiście, iż wiem. Szkoda, iż nie wcześniej. Dzisiaj ten gamoń mi wszystko wyznał. Mam trzypokojowe mieszkanie. Wszystkim wystarczy miejsca.

Joasia nie miała wyborJoasia uśmiechnęła się przez łzy, bo wiedziała, iż choć los rzucał jej kłody pod nogi, to teraz miała prawdziwą rodzinę — nie tą z krwi, ale z wyboru.

Idź do oryginalnego materiału