W czwartek skończyłem czterdzieści dziewięć lat. Obudziłem się o szóstej rano, bo tak mam od dwudziestu lat, i pierwsze, co zobaczyłem, to pęknięcie na suficie biegnące od żyrandola w stronę okna. Zawsze zaczynam dzień od tego pęknięcia. Leżałem tak z dziesięć minut, słuchając, jak matka przesuwa czajnik po blacie w kuchni. Blat jest stary, z lastryko, i czajnik zostawia na nim taki suchy, metaliczny dźwięk. Potem przyszła do pokoju, postawiła przy łóżku herbatę i położyła obok dwie kromki chleba z masłem. „Wszystkiego dobrego, synku” — powiedziała i wyszła. Bez tortu, bez świeczek, bez telefonów. I pomyślałem: czterdzieści dziewięć. Czterdzieści dziewięć lat, a ja wciąż tutaj, w tym samym pokoju, w którym uczyłem się do matury. Tylko iż wtedy z sufitu nie odpadał tynk.
Pracuję w hurtowni materiałów budowlanych w Radomiu. Dwadzieścia trzy lata w tym samym miejscu. Zaczynałem na magazynie, potem przenieśli mnie na halę sprzedaży, teraz siedzę w dziale reklamacji. Ludzie przychodzą z pękniętymi płytkami, ze złączkami, które nie pasują, z farbą, która zeszła z sufitu po pierwszej zimie. Słucham ich, otwieram protokół, wpisuję numer partii. Wszystko według procedury. Kiedyś myślałem, iż to tylko przystanek, iż zaraz coś się zmieni. Że wyjadę do Warszawy, otworzę coś swojego, iż poznam kogoś, z kim pojadę w Bieszczady na weekend. Nie pojechałem ani razu.
Miałem kobietę, z którą planowałem życie. Marta. Poznaliśmy się w technikum, potem zerwaliśmy, potem wróciliśmy do siebie przed trzydziestką. Mieszkaliśmy razem półtora roku, wynajmowaliśmy kawalerkę przy ulicy Słowackiego. Mała była, czterdzieści dwa metry, ale z balkonem na zachód. Latem o siódmej wieczorem słońce wchodziło prosto do kuchni i stało w miejscu, w którym teraz matka trzyma chleb. Marta chciała dziecko. Ja też niby chciałem, tylko jakoś ciągle odkładałem — najpierw praca, potem kredyt, potem coś tam jeszcze. W końcu zaszła w ciążę, ale poroniła w trzynastym tygodniu. Pojechaliśmy wtedy do szpitala taksówką, pamiętam, iż kierowca miał na podszybiu różaniec z drewna, który bujał się na każdym zakręcie. Po powrocie Marta spakowała rzeczy do dwóch walizek i jednej torby z IKEA. „Nie wrócę” — powiedziała, stojąc już w progu. I nie wróciła. Minęło trzynaście lat. Czasem widzę ją na zdjęciach u wspólnych znajomych; ma męża, dwoje dzieci, psa rasy beagle. Wygląda dobrze. Nie mam do niej żalu, o to chodzi. Mam tylko takie uczucie, jakbym oglądał czyjeś życie przez szybę.
Matka ma osiemdziesiąt dwa lata. Jest drobna, zgarbiona, ale codziennie schodzi po schodach do sklepu na rogu, żeby kupić świeży chleb. Trzyma się poręczy oburącz, idzie wolno, a ja czasem staję przy oknie i patrzę na nią z góry, aż zniknie za krzakiem jaśminu przy klatce. Wtedy myślę: żeby tylko nie dzisiaj. Wiem, iż to kiedyś nadejdzie, ale odkładam tę myśl jak rachunek, na który nie ma pieniędzy. Bez niej to mieszkanie będzie tylko trzema pokojami i kuchnią z cieknącym kranem.
Żyjemy skromnie. Ja zarabiam trzy tysiące dwieście na rękę, matka ma tysiąc czterysta emerytury. Wystarcza dokładnie na to, co potrzebne: czynsz, leki, jedzenie. Do Biedronki chodzimy po osiemnastej, bo wtedy pieczywo jest przecenione. Ubrania kupujemy w lumpeksie przy dworcu PKS. Kiedyś się tego wstydziłem, kiedyś. Teraz potrafię znaleźć marynarkę z wełny za dwadzieścia złotych i nosić ją, aż się rozleci na łokciach.
Wieczorami siedzimy z matką w dużym pokoju. Ona robi na drutach szaliki, które potem rozdaje sąsiadkom, ja układam pasjansa na laptopie z wytartą klawiaturą. Telewizor gra cicho w tle, najczęściej powtórki teleturniejów. Czasem któreś z nas puści jakąś uwagę, czasem nie mówimy nic przez całą godzinę. I to milczenie nie ciąży. Jest jak stary sweter — wytarty na łokciach, ale ciepły.
W niedzielę przychodzi sąsiad z góry, pan Kazimierz, wdowiec od siedmiu lat. Puka, przynosi ciasto, które sam upiekł — najczęściej sernik na zimno z galaretką. Siedzimy we trójkę przy stole, rozmawiamy o pogodzie, o remoncie chodnika na naszej ulicy, o tym, iż w osiedlowym sklepie zmienili dostawcę wędlin. Zwykłe rzeczy. Tylko iż po jego wyjściu w domu zostaje zapach ciasta i kropka po kawie na serwecie. I to jest miłe.
Czasem się zastanawiam, kiedy dokładnie zjechałem na boczny tor. Może wtedy, kiedy nie pojechałem za Martą. Może wtedy, kiedy odrzuciłem ofertę pracy w łódzkiej firmie, bo matka bała się zostać sama. Może wtedy, kiedy pierwszy raz powiedziałem „jeszcze nie teraz” i jakoś tak już zostało. Nie wiem. Wiem tylko, iż w czwartek rano leżałem pod pęknięciem na suficie i myślałem, iż czterdzieści dziewięć lat to nie jest zły wiek, tylko taki, w którym już nie oszukujesz się, iż wszystko dopiero przed tobą.
W piątek po południu zadzwonił telefon, gdy byłem jeszcze w hurtowni. Numer nieznany, kierunkowy warszawski. Odebrałem między jednym protokołem a drugim, z długopisem w ustach. To była Marta. Głos miała ten sam, tylko trochę niższy, jakby przez lata osiadł. Powiedziała, iż dostała mój numer od kogoś ze wspólnych znajomych, iż chciała tylko zapytać, jak się mam, iż słyszała o urodzinach. Rozmawialiśmy jakieś cztery minuty, głównie o niczym — o pogodzie w Warszawie, o remoncie mojego bloku. Na koniec powiedziała: „Czasem myślę, jak by to było, gdybyśmy wtedy pojechali gdzieś razem, chociaż raz”. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć, więc powiedziałem tylko, iż też czasem myślę. Odłożyłem telefon i przez chwilę patrzyłem na stos reklamacji na biurku, nie widząc żadnej z nich.
Wyszedłem wcześniej, bo szef pozwolił. W drodze do przystanku minąłem warzywniak, przed którym stał pan Kazimierz z reklamówką kapusty, czekając na autobus. Podwiozłem go — miałem akurat auto matki zaparkowane pod sklepem, bo rano robiłem zakupy. Jechaliśmy te dwa przystanki w milczeniu, aż w końcu on, patrząc przez okno na mijane bloki, powiedział: „Wie pan, ja przez pięćdziesiąt lat czekałem, aż żona odejdzie pierwsza wieczorem spać, żebym mógł jeszcze pół godziny pooglądać wiadomości. A teraz oglądam je całą noc i wcale mi z tego nie lepiej”. Zaśmiał się, jakby to był żart, ale wysiadając, przytrzymał drzwi trochę dłużej niż trzeba i powiedział: „Niech pan tej matki pilnuje. Ja bym oddał wszystko za jeszcze jeden dzień z kimś, kto na mnie czeka w kuchni”.
Wróciłem do domu. Matka stała na krześle w przedpokoju, żeby zdjąć zimowy płaszcz z górnej półki szafy — za wcześnie na to, ale ona zawsze robi porządki przed czasem. Krzesło się zachwiało, gdy wchodziłem, i złapałem ją za łokieć, zanim zdążyła się zorientować, iż traci równowagę. Nic się nie stało, tylko płaszcz spadł na podłogę razem z pudełkiem po butach, w którym trzyma stare zdjęcia. Usiedliśmy oboje na podłodze w przedpokoju i zbieraliśmy fotografie — ja jako dziecko na trójkołowym rowerze, ojciec, którego prawie nie pamiętam, matka młoda, w sukience w kwiaty, przed blokiem, którego już nie ma. Serce mi jeszcze łomotało, gdy podawałem jej zdjęcia jedno po drugim.
Dziś jest sobota. Za oknem mży, a w kuchni matka smaży naleśniki. Czuję to z mojego pokoju, ten zapach ciasta i rozgrzanego oleju. Idę do kuchni, siadam przy stole z lastryko, a ona stawia przede mną talerz i mówi, iż zostało jeszcze trochę dżemu z zeszłego roku, tego malinowego, i czy chcę. Kiwam głową. Kroję naleśnika, a przez uchylone okno wpada zapach mokrego chodnika i słychać, jak sąsiadka z dołu trzepie dywan na balkonie. Matka siada naprzeciwko mnie, bierze widelec i pyta, czy sernik od pana Kazimierza jeszcze został w lodówce, bo dobrze by było zjeść go do kawy.









