Niedoczytana książka

polregion.pl 1 tydzień temu

Niedoczytana książka

Dobrze, Zosiu, wychodzę! Nie odprowadzaj mnie. Wrócę późno! Na jutro przygotuj mi tę niebieską koszulę i granatowe spodnie, pamiętaj! Z pralni trzeba je odebrać! zawołał z przedpokoju Wiktor, gwałtownie zarzucił płaszcz, przyjrzał się sobie krytycznie w lustrze, złapał kapelusz i zamknął za sobą drzwi tak głośno, iż aż zadrżało szybkie w uchylonym oknie.

Przeciąg pomyślała Zofia Kwiatkowska, zakręciła wodę, otarła ręce o fartuch i wychyliła się z kuchni. Wszystko po staremu skąpany w słońcu korytarz zakończony przedpokojem, zdjęcia na ścianach, tapety w wesołe paseczki dwa szerokie, dwa wąskie, delikatnie błękitne; Zosi płaszczyk na wieszaku. I jeszcze

Zofia zmarszczyła brwi.

Paczuszka! Mąż zapomniał paczuszkę, a w niej przecież paszteciki! Sama dziś skoro świt lepiła i piekła z cebulą i jajkiem, tak jak Witek lubi. Specjalnie na dzisiejszy dzień, bo Wiktor jedzie dziś na budowę, a tam nie zawsze można coś zjeść, a domowe przecież najlepsze!

Szybko zdjęła fartuch i poprawiła fryzurę, w domowej sukience, zwykłej, z krótkimi bufiastymi rękawami, i z kawową plamką przy dole, chwyciła ciepły pakuneczek i przyciskając go do piersi jak dziecko, wybiegła z mieszkania dobrze, iż wzięła klucze, bo by musiała potem siedzieć pod drzwiami! Zbiegła po schodach, trzymając się balustrady. Gładkiej, lakierowanej, ciągnącej się jak wydłużona wstążka czwarte piętro, trzecie, drugie

Zofia mogłaby, jak wiele innych gospodyń, zawołać męża przez okno, poczekać aż wyjdzie z kamienicy, ale nie, nie wypada jej krzyczeć. Sama zaniesie paczuszkę, przy okazji się pożegna, poda Vitkowi policzek, on musnie ją suchymi ustami, skinie głową: czas

Od szybkiego biegu Zosia sapnęła, wybiegła na podwórko, huknęła drzwiami w ścianę, choć przecież do dwudziestki już dawno jej daleko, ma czterdzieści dziewięć lat i coraz trudniej jej biegać.

Rozejrzała się gwałtownie szuka znajomej sylwetki w szarym płaszczu i jasnym kapeluszu.

Wiktor lubił długie płaszcze, jedynie rozpięte, żeby wierz się z nimi bawił, łopotał połami jak skrzydłami. I kapelusz. Miał ich kilka na każdą porę. Zosia dbała o nie, czyściła, kupowała nowe. Troszczyła się.

Kapelusz to szyk! upierał się Wiktor, gdy syn, Michał, imiennik dziadka, śmiał się z ojca. Wy, młodzi, nie zrozumiecie, w większości sami syntetyczni ludzie!

Gdzieżeś, Witek?

O! Już wychodzi z bramy na słoneczną, gwarne ulicę. jeżeli się Zosia nie pospieszy, to mąż wsiądzie do autobusu i pojedzie, a wtedy

Pobiegła przez podwórko, po drodze machając głową do sąsiadek siedzących w słońcu. Babcie w swetrach śledziły jej bieg, kiwając głowami na znak poparcia ciesząc się jej troską, rodzinnym szczęściem.

Co się stało, Zosiu? zawołała pani Genowefa za filigranową plecami Zosi.

Obiad! Witek zapomniał, a tu paszteciki! odkrzyknęła Zofia przez ramię.

Pani Genia kiwnęła z uznaniem i się uśmiechnęła: paszteciki to dobrze, a miłość jeszcze lepiej. Idealnie.

Tymczasem Zosia wybiegła z bramy, już miała zawołać, ale zamarła. Zatrzymała się, wzrok utkwiony w mężu, opuściła ramiona, przygasła jakby nagle ktoś zgasił słońce i świat nagle ściemniał, aż trudno było oddychać. Zakręciło jej się w głowie, chwyciła się rynny.

Wiktor stał bokiem na przystanku, trzymał pod rękę pulchną, młodziutką kobietkę. Tamta chichotała, prężyła ramionka kokieteryjnie, a Witek patrzył na nią z góry, też się śmiejąc. Nagle ona z niesmakiem odepchnęła Wiktora, oceniła go kąśliwym wzrokiem, a on On pochylił się nad nią posłusznie, schwycił za rękę, chciał pocałować. Kobietka wyszarpnęła swoją pełną, różową dłoń, potem chyba choćby wymierzyła mu policzek, Wiktor się wyprostował jak sztab, rozzłościł jak zrozumiała Zosia po czym znów przygarbił, zagłaskał dłońmi jej plecy, wyciągnął z kieszeni cukierka i jej podał. Tamta, już w myślach Zosi baba zachichotała szeroko, otworzyła usteczka na znak, iż chętnie przyjmie poczęstunek.

Zosię ogarnęły mdłości. Boże! Wiktor poważny, szanowany, już niemal starszy pan mizdrzy się jak chłopaczek do byle panienki, wstydu nie ma.

Miała ona na sobie śliczną letnią sukienkę, niebieską w białe grochy, od których Zosi zaczęło migać przed oczami. Włosy spięte wstążką byłą dopasowaną do sukienki, fryzura misternie ułożona, sandałki na nogach.

Wzrok Zosi błądził po jej postaci i nie wiedziała, co teraz zrobić z tymi pasztecikami i całą resztą życiem

Podjechał autobus, tłum naparł do środka, Wiktor pomógł swej damie wejść, drzwi się zamknęły.

Kiedy autobus ruszył, wydało się Zosi, iż mąż patrzy prosto na nią. Nagle zrobiło jej się wstyd za domową sukienkę, zdeptane kapcie i tę paczkę z pasztecikami.

Zofia odwróciła się gwałtownie, przeszła przez podwórze, gdzie sąsiadki już zrzuciły swetry i podziwiały klomby, o mało nie wpadła na panią Genię.

Nie zdążyłaś z tymi śniadaniami, Zosiu? spytała tamta, wyciągając z ust cienkiego papierosa, wskazała na pakunek w rękach sąsiadki. Celowo nazywała paszteciki śniadaniami, potem podkreślała swoje niepoparcie dla Zosinych starań, tej słodkiej, ciepłej, aż mdłej troskliwości.

Nie nie zdążyłam, machnęła ręką Zofia.

Szkoda. Zmarnuje się jedzenie, kiwa głową Genia. Poślę Kazia, to zje. Bo ja nie piekę, nie znoszę ciasta. Będziesz w domu, nie?

Zofia niepewnie pokręciła głową.

Dobrze. To niech Kazio przyjdzie. A ja lecę! Nagle Genia zebrała się w sobie, wykrzyczała coś do kierowcy traktora, który wjechał na podwórko, zaczęła go przeganiać, bo znowu miałby zniszczyć jej pelargonie

Zofia nie słuchała. Powoli weszła do sieni, weszła w chłodny mrok klatki. Jej krótkie kroki dudniły po marmurowych schodkach, a szloch splótł się ze skrzypieniem drzwi, by zamilknąć w mieszkaniu.

To koniec. Koniec domu, ciepła, pewności, koniec zaufania, koniec wiary w ludzi. Ale nie ludzie to za szerokie pojęcie. Mąż Mąż to przecież coś trwałego jak skała, ten jeden człowiek, któremu ją kiedyś powierzono, polecono troszczyć się i kochać. I co teraz?

Zofia, jakby niechlujna, usiadła na taborecie w przedpokoju, paszteciki wysypały się z paczki. Kotek Tolek podszedł, zaczął łasić się do nóg, głośno mruczał, domagając się jedzenia. Ale Zosia niczego nie widziała, a wciąż stała przy rynnie i patrzyła na tę niebieską sukienkę w grochy i jej właścicielkę. I na Wiktora. Łzy płynęły jej po policzkach, gorące, bolesne; było jej wszystko jedno, nie próbowała się prostować czy uśmiechać, a po prostu siedziała i żałowała się, rozkoszując się swoim kobiecym nieszczęściem

Nie wiadomo, ile minęło czasu, aż ktoś pchnął drzwi wejściowe Tolek uciekł, tchórzliwy jak zawsze.

Niedomknięte drzwi skrzypnęły i w szparze pojawiła się głowa Kazimierza, męża Geni. Wielki nos, policzki z dołkami, pełne usta i loki kręcone, czerwona szyja wszystko w nim było jakby zbyt proste na to środowisko, ale był swój taki artysta, choć jak mówił Wiktor, trochę pomieszany.

Artysta, Zosiu Rozkładał ręce. I to poważny, dyrektor galerii! Ludzie sztuki są trochę szaleni, bo tylko wtedy mogą być twórcami

Zofia wytarła ręką łzy, popatrzyła w jego wielkie, niebieskie oczy gdyby nie był artystą, mógłby zostać księdzem, pomyślała niespodziewanie.

Kazimierzu? Pan? zdziwiona zapytała.

A na kogo wyglądam? odparł prosto, rozglądając się. To ja, Kazio. Genia mówiła, iż zostały ci paszteciki? A my remont w kuchni Genia meble wymienia westchnął. Już kilka dni nie jadłem domowego jedzenia.

Aż sapnął, ruszył do kuchni, coś tam zagrzebał, coś chrupnął.

Zosiu! Herbaty by się napiło Tyle lat nie piłem takiej, parzonej, ciemnej jak gryczany miód, z cytryną! Zrobisz, sąsiadko, co?

Zaraz, już robię szepnęła, wyłączyła kuchenkę, postawiła czajnik. W głowie miała zamieć, była jej zimno i smutno.

Witek Wiktor, mąż Jak może? Dom ledwo widać, a on już z inną flirtuje!

Zosia omal nie zapłakała, myśląc, jak daleko to mogło zajść.

Nie! To pomyłka! Spotkali się przypadkiem, bywa. To koleżanka myślała głosem matki. Wróci, okaż mu czułość, wybacz. I zapomni

Kazimierz patrzył marszcząc brwi.

Co ty mi tu wlewasz? Starą herbatę? Parz nową, dla gościa! Złapał porcelanowy czajniczek, powąchał, skrzywił się. To do zlewu! Nową!

Przecież dopiero co zaczęła, ale skapitulowała. Parzenie nowej herbaty było czymś drobnym, ale Witek Jak ona teraz będzie z nim żyć?

Zagwizdał czajnik, rozlała do czajniczka aromatyczną indyjską ze słoniem, zapach rozszedł się po kuchni.

To jest to! Tylko, Zosiu, przynieś mi filiżankę z tej kobaltowej zastawy. Te ciemne ze złotą siateczką, uwielbiam je. Nie żałuj!

Ale mamy nową, Witek z Łodzi przywiózł, bardzo wygodna zaczęła bronić się Zofia, zaraz potem zamilkła, bowiem Kazimierz klasnął w stół.

A ja chcę kobaltową! Przez całe życie z nich piłem, twoja mama też! Przynieś. I paszteciki. Witek nie zjadł, to ja zjem. I mnie przy okazji skarpety załatasz, palec mi wystaje, a Genia nie chce, bo meblami się zajmuje!

Zofia, zasłużona nauczycielka, choć już nie pracuje, odruchowo sięgnęła, by chwycić skarpety i załatać.

Kazimierz znów uderzył pięścią w stół, urósł w oczach, prawie zagrzmiał:

Co się dzieje, pani Kwiatkowska? Proszę mieć odrobinę szacunku do siebie! To pani tu jest gospodynią, a pozwala się sobą rządzić jak jakiejś pannie na posyłki. Uwierzyć nie mogę! A miałem o pani takie wyobrażenie Dostojna jak królowa! Przechodziła pani po podwórku, wróble zamierały z zachwytu. Gdzie się to podziało?

Potrząsnął rękami, spojrzał znacząco na Zofię; filiżanki zadźwięczały, paszteciki przesunęły się na półmisku.

Po co pan to wszystko mówi? Po co pan tu przyszedł? Ja teraz nie mogę Witek! Tam, z tą kobietą Łzy Zosi trysnęły spod rzęs.

Wszystko zamarło. choćby firanka przestała się poruszać, zegar zatrzymał się na ścianie.

Kazimierz wziął głęboki oddech:

Dlatego właśnie, Zosiu, Witek znalazł sobie inną. Co to? Zawsze do niego: Witku, czapka! Witku, jedzenie! Witku, nie noś ten kartofli, ja przyniosę parodiował ją. A on? Stracił ochotę na wszystko. Mężczyźni to zdobywcy, wilki. Chcemy pasji, nie tylko domowego ciepła i wypastowanych butów! Michał się wyprowadził, macierzyństwo przeniosłaś na męża. A inne go rozpalają, bo się z nimi czuje młodszy

Zosia nie rozumiała. Albo nie chciała. Całe lata oddane rodzinie, a wszystko na nic? Utraciła siebie

Odeszła ze szkoły dziesięć lat temu, by móc dbać o dom, być dla męża podporą. Ale uczyła jeszcze prywatnie, do czasu gdy Wiktor chorował i przeszkadzali mu uczniowie więc zrezygnowała. Przestała śpiewać przy sprzątaniu, wyłączyła na zawsze radio i zrezygnowała z malowania, bo zapach oleju ją drażnił.

I tak się stało, iż się, Zosiu, zestarzałaś powiedziała sama do swojego odbicia w kredensie.

Manikiur? Po co, gdy trzeb gotować zupy.

Sukienki? Ach, nigdzie nie chodzimy, Witek wraca zmęczony

Nowe buty? I po co ci te obcasy?! Żyły ci wyjdą! śmiał się raz Witek. I buty powędrowały na pawlacz.

Przyjaciółki dzwoniły rzadko, syn wpadał raz na miesiąc

To wszystko koniec

Nie poddawaj się, kobieto! szturchnął stół Kazimierz. Jeszcze jesteś w sile! Zakwitnij na nowo! Bo inaczej Witek zawsze będzie z inną jeździł autobusami!

A paszteciki masz wyśmienite. Gdybym miał znowu osiemnaście lat zabiegałbym o ciebie, Zosiu! Oj, zabiegał! roześmiał się i wyszedł.

…Wiktor wrócił późno, podchmielony, lekko potargany, pachnący winem i perfumami.

Zebranie się przedłużyło rzucił, wręczył jej teczkę i skrzywił się z bólu w krzyżu. Zrób herbatę. Chcę ziemniaków. Z wódką. Zosiu, czemu stoisz?

Zofia nie wzięła teczki, kazała się przesunąć, bo musiała postawić walizkę.

A ty dokąd?! O co tu chodzi? spojrzał zaskoczony Witek na Zosię elegancką, z włosami ułożonymi w kok, w kolczykach, w nowej, piaskowej sukience i sandałkach.

Wyjeżdżam służbowo. Sam się ogarnij. Z wódką czy bez obojętnie, radź sobie odparła lekko.

A ziemniaki? A koszulę? zdziwił się Wiktor.

Zosia ruszyła do sypialni jakby po żelazko, ale zatrzymała się, wzruszyła ramionami.

Sam! Albo niech przyjdzie ona. Nie mam nic przeciw, Witek. jeżeli ci z nią lepiej, to super. Żegnaj, Witek. Czas na mnie!

Wyszła, na klatce schodowej zatrzymała ją źle leżąca rączka walizki, krótkie stukniecie obcasów po schodach i zniknęła w ciemnościach. Taksówka zafurkotała na podwórku, zaraz ucichło.

Wiktor wybiegł na klatkę, chciał coś krzyknąć, ale tylko jęknął z bólu, który przeszł przez plecy jak ognista igła, łzy napłynęły do oczu.

Zosiuuuu wychrypiał.

Gdzie jesteś, Zosiu? Rozmasowałaby krzyż, nasmarowała maścią, otuliła chustą, przytuliła ciepłym bokiem, uspokoiła

Pani Halino? To pani? wyszeptał do słuchawki, jęcząc. Tak, wiem, iż nie wolno dzwonić, ale Plecy, Halinko! Przemarznięte! Jedzenia nie ma Nie mam sił podejść do kuchni, Halinko! Nie jesteśmy dla siebie obcy! Co?

Słuchawka zachrobotała, ktoś mruknął, iż lekarza wzywa się innym numerem, potem trzasnęły krótkie sygnały. Halina nie przyjedzie, nie nasmaruje, nie uprasuje koszuli, nie przytuli się ciepłym bokiem. Za dumna, zbyt niezależna. Nie Zosia. Ani trochę Katastrofa

Dokuśtykał do kuchni, zobaczył zimne paszteciki, jęknął. To nie nieszczęście, to katastrofa. Sam sobie ten los zgotował!

Zofia wróciła następnego dnia z lekarzem i kwiatami. Kupiła sobie bukiet róż i wstawiła do kryształowego wazonu. Pachniała perfumami i trochę papierosami czasem, gdy przeżywa mocno, zdarza się jej zapalić.

Chwileczkę, proszę nie podawać zastrzyku! powstrzymała rękę lekarza.

Mąż jęknął, czekając na ulgę.

Co się stało? spytał lekarz.

Jedno pytanie. Wiktorze, co jej obiecałeś? Takie jak ona nie pojawiają się przypadkiem; dla niej jesteś za stary spojrzała mu prosto w spoconą twarz.

Nie jestem stary! Jestem w pełni sił

Emerytury dodał lekarz. Więc co jej obiecałeś? Szybko, bo wychodzę.

Posadę. I tytuł. Ale nic nie dostanie! Nic! Pomyliłem się okropnie, Zosiu! Tylko ty! Tylko ciebie potrzebuję! bełkotał.

Dostanie. Słowo mężczyzny to świętość. Dostanie i posadę, i tytuł. Ty, Wiktorze, odejdziesz z pracy. Jakoś znajdziesz nową. I wiedz, od przyszłego tygodnia wracam do szkoły. Żelazko na półce, koszule w praniu. Jak ci nie pasuje rozwód. Rozumiesz?

Wiktor dyszał, wytrzeszczał oczy, starł pot z czoła rękawem szlafroka i kiwnął głową. Ból w krzyżu był potworny, Zosia strofuje, lekarz z nią trzyma, Kazimierz kręci się w drzwiach i gapi się bezczelnie Zaraz wejdzie Genia i poniżenie osiągnie apogeum!

Zrozumiałem. Już, zastrzyk, zróbcie mi to jęknął.

Zofia skinęła z uznaniem i lekarz przystąpił do działania

Halina była zachwycona. choćby uskrzydlona. Rozprawka napisana na kolanie przeszła, tytuł doktora zdobyty, ciepła posadka w kieszeni. Wszystko dzięki temu głupkowatemu starszemu panu Witkowi.

Teraz już go nie zauważała, odwracała wzrok, nie odpowiadała na powitanie. Po co? Żona jasno dała do zrozumienia, iż tytułu można pozbawić szybciej niż zdobyć! Więc Halina znajdzie sobie kogoś innego.

A Wiktor odszedł z pracy. Wszyscy patrzyli na niego ze zdumieniem z takiej dobrej, tłustej posady? Milczał. Raz tylko powiedział, iż dał słowo. Komu i o co nie wyjaśnił.

Na pożegnanie zorganizował bankiet, przyprowadził żonę w brylantach, zatańczył z nią tango i patrzył na nią Tak, jak na Halinę nigdy nie patrzył. Dlaczego? Co było w tej Zofii Kwiatkowskiej takiego?

Po prostu wszystko. Ona to ten powietrze, którym przez całe lata Witek oddychał. Dopiero gdy został w próżni, zrozumiał, co stracił. Nie chodzi o krzyż czy ciepły bok. Zosia wciąż była tą niedoczytaną książką, intrygującą, cierpką, słodką jak lipcowe truskawki, którymi karmił żonę dawno temu nad morzem. I nigdy się jej nie dopisze do końca. I oby tak było!

A Halina do tego poziomu nie dorosła. Może nie umie, może nie znalazła swojego czytelnika. Życie pokaże

Dziś wiem, iż nie wolno pozwolić, by własne życie całkiem rozpłynęło się w trosce o innych. Wartościowe jest to, co mamy do zaoferowania ale musimy też pamiętać o sobie. Kochającą żonę docenia się za późno. I nie wolno dopuścić, by bliscy stali się dla nas powietrzem niewidzialnym do czasu, gdy go zabraknie.

Idź do oryginalnego materiału