NIEWAŻNA MAMA
– Marek, usiądź, musimy pilnie porozmawiać! powiedziała żona, siadając przy stole. Jej twarz była pełna determinacji.
Mąż przysiadł obok niej. Agnieszka otarła oczy chusteczką.
Nie wiem, co robić z mamą. Już ledwo chodzi. W tym roku nie przeżyje sama zimy w swoim starym domku, który zresztą lada chwila się rozpadnie.
I co proponujesz?
Mówię przecież, nie wiem.
Agnieszko, jak zwykle liczysz na mnie, ale to twoja mama i ty musisz podjąć decyzję.
Marek, nie możemy jej wziąć do nas. Mamy tylko dwa pokoje i dwóch chłopaków, już dorosłych. Gdzie ją położymy? w jej głosie czuć było, iż podjęła decyzję i teraz stara się ją łagodnie przekazać mężowi. W naszym mieście jest prywatny dom opieki.
Agnieszko, chcesz oddać swoją mamę do domu spokojnej starości?
Nie mamy wyjścia. Mówią, iż jest tam całkiem nieźle.
Ale przecież mówiłaś, iż kosztuje, ironicznie się uśmiechnął. Ile?
Dwa tysiące złotych za dobę. Jak płaci się z góry za miesiąc czterdzieści tysięcy. Opieka jest, lekarze też. To dla nas spora kwota, ale jakoś się poradzimy.
Agnieszko, to trochę przykre. Zawsze przynosiła nam słoiki i owoce, wnukom słodycze, wszystko z serca, a my ją wysyłamy do domu starców.
Myślisz, iż moje serce nie krwawi? Naprawdę nie mamy innej możliwości.
Ojej! westchnął ciężko Marek. Żadnych innych opcji?
Myślałam, żeby sprzedać jej dom. Przepisała go na mnie, ale kto go kupi tuż przed zimą? I ile za taką ruderę dostaniemy?
Rozmawiałaś już z mamą?
Jeszcze nie. W sobotę pojedziemy do niej, posprzątamy w ogrodzie, przy okazji pogadamy.
W ogrodzie to ja z chłopakami wszystko zrobię, pokręcił głową mąż. Ale o domu opieki rozmawiaj z nią sama.
Marek, do wiosny tam pomieszka, potem coś wymyślimy, jak się jej nie spodoba.
Nie, Agnieszko, mam przeczucie, iż jeżeli ją tam oddamy to już na zawsze. Jakoś to wszystko niedobre.
***
Już tydzień Zofia Kowalczyk spędzała w domu opieki. Wiedziała, iż córka nie miała wyjścia. Sama z trudem chodziła, zaczynała już ósmy krzyżyk. Ale nie takiej starości pragnęła chciała ostatnie lata przeżyć blisko rodziny. Komu jednak potrzebna schorowana staruszka?
Weszła pielęgniarka:
Pani Zofio, przyszli do pani wnukowie.
Uśmiech rozbłysł na twarzy babci, gdy weszli. Już choćby młodszy, Kuba, przerósł ją, a Szymon to już o głowę wyższy.
Witaj, babciu! Jak się tu masz?
Dobrze, dobrze, karmią nieźle, opiekunki miłe, i jak zwykle się rozruszała. Usiądźcie, siadajcie, tam przy stole!
Wpadliśmy tylko na chwilę. Przynieśliśmy ci produkty i ciepłe rzeczy.
Dziękuję! zaraz zapytała. A w szkole jak?
W porządku, odpowiedzieli niemal równocześnie.
Uczcie się pilnie! Szymon, ty już ostatni rok. Wiesz już, co dalej?
Na Politechnikę chcę pójść.
A rodzice? Was wysłali, sami nie przyjechali?
Tata pojechał do twojego domu.
Ojej, niech wykopie całą marchew, bo już zimno się robi, zaczęła martwić się babcia. I kapustę też niech zetnie, główki już spore.
Zaraz zadzwonię!
Kuba wyjął telefon, wybrał numer:
Tato, babcia mówi, żebyś marchew wykopał i kapustę zebrał.
Dobrze, odpowiedział ojciec.
Daj! babcia przejęła od wnuka telefon i zaczęła instruować zięcia. Marek, marchew wykop, nie chowaj od razu do piwnicy, niech poleży ze trzy dni i obeschnie. Potem przyjedziesz i wrzucisz do piwnicy. Kapustę zetnij z korzeniem i od razu do piasku, korzeniami do dołu. W jednym miejscu kapusta, w drugim marchew tylko ta większa, drobniejszą weź sobie!
Jasne, nie martw się, mamo!
Marek, kotkę moją, Mruczkę, znajdź i nakarm! Biedna, sama została.
Znajdę, nie martw się.
Proszę, telefon dla ciebie, Kuba.
Babciu, będziemy już iść, dobra? starszy wnuk wstał od stołu.
Zaczekajcie! babcia wyjęła portfel. Tu macie po tysiąc złotych, kupcie sobie coś.
A ty
Bierzcie! Tu pieniądze niepotrzebne!
Dziękujemy, babciu!
Wyszli, a Zofia podeszła do okna i długo patrzyła za nimi.
***
Marek zaparkował swojego starego opla pod oknami bloku. Obok stanął sąsiad, Andrzej, swoim volkswagenem. Zauważywszy siatki z marchewką i kapustą w rękach Marka zapytał:
Z działki?
Coś w tym stylu, od teściowej.
My z żoną też myślimy kupić działkę albo mały domek gdzieś pod miastem. Dzieci już dorosłe, rozjechały się.
Słuchaj, Andrzej powiedział zamyślony Marek. Masz przecież cztery pokoje, ten twój na drugim piętrze.
Tak, a co?
Może zamienisz się na mój dwupokojowy, też na drugim piętrze, a dorzucę domek z ogródkiem. Teściowa już nie daje rady, dom się marnuje.
Hm! Andrzej podrapał się po głowie. interesujący pomysł. Muszę zobaczyć.
Pogadaj z żoną i wpadnijcie wieczorem.
Dobra, pogadam.
***
Marek umył się, zjadł i walnął się na łóżko. Agnieszka krzątała się w kuchni niedługo przyjdą synowie, młodszy wróci z karate, a starszy starszy zakochany.
“Już czas, siedemnaście lat. Aby tylko głupot nie narobili. Młodszego też trudno z domu wygonić. Całymi dniami poza domem”
Usłyszała pukanie do drzwi. Wytarła ręce i poszła otworzyć. Sąsiedzi z końca klatki.
Agnieszka, przyszliśmy na chwilę!
Wchodźcie! Wiktorio, coś się stało?
Twój ci nic nie powiedział?
Nie, zdziwiła się Agnieszka.
Nasi mężowie chcą się zamienić mieszkaniami.
Wiktoria, co ty mówisz? Agnieszka zdębiała, po czym zaprosiła ich dalej. Chodźcie, siadajcie!
Szybko wbiegła do pokoju, szturchnęła śpiącego męża na kanapie:
Marek, wstawaj, goście!
Mąż zerwał się i pobiegł do łazienki:
Zaraz przyjdę!
Tymczasem Wiktoria zaczęła uważnie oglądać mieszkanie.
Kto mi wyjaśni o co chodzi?
Agnieszka, nasi chcą się zamienić: wasze dwa pokoje i wasz domek za naszą czwórkę, jeszcze raz rozejrzała się po pokoju. Macie ładne mieszkanko.
Gdy Marek wrócił, żona podeszła do niego natychmiast:
Co wymyśliłeś?
Jak się dogadamy, bierzemy ich cztery pokoje i twoją mamę razem do siebie.
Agnieszka zadumała się, na jej twarzy zatańczył lekki uśmiech:
No to co? Zaparzę herbatę i pójdziemy zobaczyć wasze mieszkanie.
Lida, jaka tam herbata! zaśmiał się Marek. Na taką okazję coś poważniejszego trzeba postawić na stole.
***
Tej nocy długo nie mogli zasnąć. Rozmawiali, planując w myślach jak urządzić się w dużym mieszkaniu. Najwięcej mówiła żona, aż wreszcie Marek zaczął przysypiać.
Już śpisz? szturchnęła go w bok.
Agnieszko, na razie nic mamie nie mów. I tak jest roztrzęsiona. Jak się urządzimy, to ją zabierzemy.
***
W deszczowy poranek Zofia Kowalczyk patrzyła przez okno swojego pokoiku w domu opieki. Pogoda pasowała do jej humoru:
“Jestem tu już trzy tygodnie. Wygląda na to, iż zapomnieli o mnie. Wnuki przyszły raz. Córka dzwoniła dwa razy. Pierwszy raz mówiła, iż dom chyba sprzedała czy zamieniła, a głos miała taki szczęśliwy. No dobrze, będą płacić za mnie, czterdzieści tysięcy złotych miesięcznie. Dużo! Wrócić nie mam dokąd. Drugi raz powiedziała, iż mają dużo spraw, jak tylko się zwolnią, przyjadą. U młodych zawsze nawał roboty. Może dziś przyjadą, sobota. Czemu ja sobie nigdy telefonu nie kupiłam. Pewnie i tak nie umiałabym używać”
Tak spędziła godzinę, potem drugą, pogrążona w smutnych myślach. Aż nagle zobaczyła pod bramą samochód zięcia.
“Przyjechał! Nie zapomnieli! pomyślała, choć euforia była jeszcze niepewna. Sam? Bez toreb? Może coś się stało”
Wpatrzona w drzwi, usłyszała klik klamki. Wszedł Marek, uśmiechnął się:
Dzień dobry, mamo!
Dzień dobry, Marek! Co się stało?
Pakuj się! znów się uśmiechnął. Jedziemy do domu.
Do domu? Na odwiedziny?
Nie, na stałe. Pakuj wszystkie swoje rzeczy!
Mówisz zagadkami
Wnuki nie pozwoliły mówić. Powiedziały: babci będzie niespodzianka.
Zaczęła się pospiesznie krzątać, wyraźnie ożywiona nowym obrotem sprawy. W tym momencie sąsiadka z pokoju, która już zdążyła zostać przyjaciółką, wróciła z zabiegu:
Zofio, gdzie się wybierasz?
Wiesiu, zięć mnie zabiera, mówi, iż na zawsze!
O, to szczęściara z ciebie! Mnie chyba już na stałe tu zostawią.
Wiesiu, i ciebie zabiorą. Dzieciom ciężko z nami, starymi.
***
Zofia patrzyła przez okno samochodu, gdy zięć wiózł ją do siebie, ale w głowie kłębiły się ciężkie myśli:
“Po co mnie zabiera? Mają tylko dwa pokoje, sami się cisną. Gdzie ja będę spać? Będę im przeszkadzać, a w nocy spać nie dam. Wrócę przecież z powrotem do domu opieki”
Zatrzymali się pod blokiem. Marek pomógł teściowej wysiąść, wziął walizkę i skierowali się do innej klatki. Zofia popatrzyła na niego zdziwiona.
Chodź, chodź!
Wspięli się na drugie piętro, stanęli pod drzwiami większego mieszkania. Otworzyły się i na korytarz wybiegli wnukowie:
Babciu, wchodź! To jest teraz nasze mieszkanie! krzyknął Kuba.
Zofia weszła. Agnieszka już czekała, uścisnęła ją:
Mamo, teraz będziesz mieszkać z nami. Chodź, pokażę ci pokój.
Pokój, choć niewielki, był przytulny: szafa, nowe łóżko. Zofii trudno było uwierzyć, iż naprawdę zamieszka przy rodzinie.
Wtedy do jej nóg przylgnęła, mrucząc, kotka:
Mruczka! wykrzyknęła Zofia i rozpłakała się ze szczęścia.









