Niech leci sama. Może ją tam ktoś porwie skrzywiła się teściowa
Duszny wieczór tuż przed urlopem powinien pachnieć lekkością, ekscytacją i radosnym zamieszaniem.
Tymczasem w mieszkaniu Antoniego i Barbary atmosfera była napięta jak struna. Pośrodku salonu stała Zofia Malczewska, teściowa i emerytowana nauczycielka. Ściskała w dłoniach pilot od telewizora, jakby trzymała w nim losy ich wszystkich.
Nie zgadzam się! Zwariowaliście? jej głos, zwykle brzmiący rozkazująco na radach pedagogicznych, miał w sobie teraz twardość stali.
Na ekranie zamarł obraz z programu interwencyjnego: posępny prezenter przesuwał czerwone strzałki po mapie Dalekiego Wschodu.
Barbara, która z anielskim spokojem pakowała walizkę, tylko westchnęła.
Znała ten scenariusz. Antoni, z miną człowieka, którego cierpliwość ledwo dyszy, próbował coś powiedzieć.
Mamo, daj spokój! To przesada. Jedziemy do normalnego hotelu, z biura podróży
Przesada?! Zofia Malczewska uniosła dramatycznie ręce i pilot ledwo nie poleciał w ścianę. Powinieneś jej przemówić do rozsądku! Ona cię zgubi! Do Tajlandii… Tam połowa ludzi to handlarze żywym towarem! Tobie każą po piwo pójść w jakąś uliczkę, już nie wrócisz! Wytną ci nerki, wątrobę, co się da, i wywiozą w lodówce! A ją… tragicznie wskazała Barbarę ją sprzedadzą do burdelu albo w niewolę! Tak we Wiadomościach pokazywali!
Barbara zatrzymała się nad walizką. Uniosła zaskoczone oczy i zamilkła na moment, jakiego Antoni nigdy by nie wytrzymał.
Pani Zofio, powiedziała spokojnie, ale wyraźnie naprawdę pani w to wierzy? Że wszyscy Tajowie są mafiozami z dyplomem transplantologa i właścicielami domów publicznych w jednym?
Bez drwin! Nie masz argumentów przeciwko faktom! W telewizji pokazywali! Ludzie straceni jadą tam za tanią egzotyką, a potem rodzina dostaje w paczce z Coca-Colą ich nerki!
Antoni przetarł twarz dłońmi.
Mamo, to są programy dla emerytów, którym brak sensacji. Straszą celowo. Tam jeżdżą miliony turystów…
I tysiące ginie bez śladu! odbiła Zofia. A ty, Barbara, co? Pewnie już bilety kupiłaś? Nie oddasz?
Kupiłam. Nie oddam, odparła Barbara. Dwa lata na to oszczędzaliśmy. Czytałam opinie, forum, załatwiałam wszystko przez zaufanego organizatora. Nie zamierzamy łazić po slumsach w nocy. Pospacerujemy, opalamy się na plaży w Pattayi, spróbujemy tom yam…
Jeszcze was czymś tam otrują, kto wie, co wkładają w zupy burknęła mrocznie teściowa. Antoni, synku, błagam, opamiętaj się. Niech leci sama, jeżeli jej tak zależy. Jej ryzyko, jej sprawa. Ty zostawaj tutaj, zdrowy i cały. Serce matki czuje nieszczęście.
Zapadła ciężka, nieznośna cisza, aż w końcu Barbara, czego pewnie nikt się po niej nie spodziewał, powiedziała to, co w niej dojrzewało od dawna.
W porządku, stwierdziła, zatrzaskując walizkę. Ma pani rację. Ryzyko jest szlachetne. Polecę sama.
Barbaro! Co ty? oniemiał Antoni.
Słyszałeś mamę. Serce ma przeczucie. Nie mogę brać odpowiedzialności za twoje nerki i wątrobę. Nie chcę, żeby ktoś cię porwał w niewolę. Zostaniesz z mamą, napijecie się herbaty i pooglądacie spiskowe programy. A ja… uśmiechnęła się z zimną ironią ja pojadę do tego piekła sama.
Zofia była jednocześnie usatysfakcjonowana i zdezorientowana.
Osiągnęła swoje… ale łatwość, z jaką Barbara podjęła wyzwanie, wytrąciła jej argumenty.
No i dobrze, rzuciła już bez wcześniejszej stanowczości sama chciałaś.
Antoni próbował protestować, przekonywać, ale Barbara była nieugięta. Ostatniej nocy przed wylotem leżeli do siebie plecami, w ciszy.
Może zmienisz zdanie? zagadnął cicho.
Nie odparła krótko Barbara.
*****
Samolot lądował w Bangkoku, a fala wilgotnego, pikantnego ciepła owinęła Barbarę jak płaszcz.
Strach? Nie było. Było tylko zmęczenie i paląca ciekawość. Pierwsze dni zgodnie z planem spacerowała po uśmiechniętych ulicach, podziwiała świątynie, jadła nieprawdopodobnie pyszną uliczną kuchnię.
Nikt choćby nie próbował ukraść jej portfela nie mówiąc już o porwaniu. Sprzedawcy na bazarach tylko się uśmiechali i czasem próbowali zbić cenę o dziesięć bahtów.
Wysłała do wspólnego czatu z Antonim i Zofią (ta się tego domagała) zdjęcie: uśmiechnięta Barbara z owocowym koktajlem na tle turkusowego morza. Podpis: Organy na miejscu. Nikt do burdelu mnie nie zaprosił. Czekam z niecierpliwością.
Antoni odsyłał serduszka. Zofia wszystko czytała i milczała.
Potem Barbara pojechała na północ, do Chiang Mai. Tam, w małym pensjonacie prowadzonym przez starszą Tajkę imieniem Nok, uczyła się przyrządzać prawdziwy pad thai i właśnie wtedy wydarzyło się coś, co wszystko zmieniło.
Nok, mówiąca łamaną angielszczyzną, okazała się zadziwiająco podobna do Zofii. Tak samo martwiła się o swoją córkę, która wyjechała do pracy do Seulu.
Sama tam, zimno, nikt się nie uśmiecha, jedzenie dziwne narzekała Nok, mieszając energicznie makaron. Widziałam w telewizji, iż jest tam promieniowanie i wszyscy są nieprzyjaźni!
Barbara spojrzała na jej zatroskaną twarz i… parsknęła śmiechem. Śmiała się długo, aż popłynęły jej łzy.
Nok patrzyła zdziwiona. Wtedy Barbara, gestami, obrazkami w telefonie i prostym angielskim opowiedziała jej o Zofii, telewizji, organach i niewoli.
Nok słuchała z szeroko otwartymi oczami, a potem dołączyła do śmiechu, tak dźwięcznego jak dzwonek.
O, te matki! wykrzyknęła. Wszędzie się boją! Telewizja bzdury gada czy tu, czy w Polsce!
Tego wieczoru, siedząc na werandzie pod gwiazdami tu wydawały się być bliżej Barbara zadzwoniła nie do Antoniego, ale prosto do Zofii, przez wideo.
Zofia wyglądała na zmęczoną i czujną.
No i co? Żyjesz? zapytała bez zbędnych słów.
Cała i organy mam wszystkie, pani Zofio, proszę bardzo.
Barbara odwróciła kamerę na werandę, gdzie niosąc herbatę i owoce, pojawiła się Nok. Widząc groźną twarz polskiej kobiety na ekranie, uśmiechnęła się szeroko.
Dzień dobry! zawołała wesoło. Twoja synowa dzielna. Świetnie gotuje! Nie martw się, będę jej pilnować. Żadnej niewoli! Objęła Barbarę ramieniem.
Zofia milczała długo, patrząc to na tą uśmiechniętą Tajkę, to na pogodną i opaloną Barbarę.
I organy? zapytała w końcu, już nieco niepewnie.
Wszystko w komplecie zażartowała Barbara. Mam choćby większy apetyt. Tu tak pięknie, ludzie mili. Nok boi się o córkę w Korei, bo w telewizji mówią, iż tam wszyscy są zimni i źli.
Zapadła cisza.
Daj mi ją Tę, jak Nok poprosiła niespodziewanie Zofia.
Barbara podała telefon. Przez dziesięć minut obie kobiety coś do siebie mówiły, żadna nie rozumiała ani słowa ale jakby się rozumiały. Nok kiwała, śmiała się, Zofii najpierw marszczyła brwi, potem twarz jej łagodniała.
Pod koniec rozmowy choćby się uśmiechnęła niezdarnie, ale to już nie była maska lęku.
Gdy się rozłączyły, Barbara dostała wiadomość od Antoniego: Mama wyłączyła telewizor i powiedziała: Mam tej paniki dość. Zapytała, kiedy wrócisz.
Barbara nie odpisała od razu. Patrzyła w gwiazdy nad Chiang Mai. Potem zrobiła kolejne zdjęcie: ona z Nok, wtulone w siebie i uśmiechnięte, i wrzuciła do czatu.
Podpis: Mam sojuszniczkę. Jutro lecę paralotnią. W razie czego nerki nienaruszone. Ściskam!.
Droga powrotna minęła lekko. Na lotnisku czekał Antoni, a kawałek dalej stała Zofia z bukietem jaskrawo różowych astrów.
Nie rzuciła się do uścisków, ale też nie robiła awantury. Kaszlnęła i wyciągnęła kwiaty.
No i co, cała?
Jak widać. I bez nowego opiekuna…
No, już dobrze odburknęła Zofia i machnęła ręką. Opowiesz mi A ta twoja Nok jak się trzyma?
Po drodze do domu Barbara mówiła o świątyniach, jedzeniu, dobrych ludziach, zabawnych historiach.
Zofia słuchała, czasem tylko pytając o szczegóły. Telewizor w salonie milczał.
Na jego czarnym ekranie odbijały się trzy sylwetki: mąż obejmujący żonę, i teściowa, która pierwszy raz zaczęła oglądać świat nie przez pryzmat wykrzywionych sensacji, tylko prawdziwych historii kogoś, kto był tam w piekle i wrócił nie tylko cały, ale i… szczęśliwy.
Wieczorem, przy herbacie, Zofia dziwnie łagodnie, jakby niepewnie zapytała:
A w przyszłym roku to może zabralibyście mnie? Tylko nie w jakieś dzikie strony
Antoni z Barbarą wymienili porozumiewawcze spojrzenia i uśmiechnęli się. Zofia pierwszy raz patrzyła na wszystko inaczej.
Ale kilka dni później zjawiła się u nich z werwą, zarumieniona i oświadczyła od progu:
Ja z wami nie pojadę! Barbarze po prostu się poszczęściło! Widziałam, iż ostatnio znów z jakiegoś więzienia ratowali Polaków! Nie chcę tam jechać!
Jak wolisz odparła spokojnie Barbara.
Antoni, tobie też radzę zostać w kraju. Polska jest piękna, można zwiedzać i tu oświadczyła Zofia.
Syn spojrzał na nią i nie dyskutował, wiedząc, iż na niektóre zmiany trzeba po prostu poczekać.












