Niech leci sama. Może ją tam porwą — zmarszczyła brwi teściowa Duszny wieczór przed wyjazdem na url…

twojacena.pl 1 tydzień temu

Niech leci sama. Może ją tam ktoś porwie zmarszczyła brwi teściowa.

Duszne popołudnie przed wyjazdem na urlop powinno pachnieć ekscytacją i miłymi przygotowaniami. Tymczasem w mieszkaniu Antoniego i Jagody atmosfera przypominała nadmuchaną oponę zaraz pęknie.

W samym sercu salonu stała Grażyna Zbigniewowna, monumentalna jak pomnik troski. Kurczowo ściskała w dłoni pilot od telewizora.

Nie ma mowy! Całkiem was pogięło?! jej głos, wyrobiony latami rządzenia w pokoju nauczycielskim, zabrzmiał jak szkolny dzwonek w marcu.

Na ekranie zatrzymany kadr z kolejnego programu Uwaga! Zagrożenie!: zachmurzony prowadzący kreślił na mapie południowej Europy czerwone linie niczym Napoleon, tylko bardziej zdenerwowany.

Jagoda, która pakowała walizkę z godną podziwu dla tej sytuacji cierpliwością, westchnęła cicho.

Ona znała ten cyrk od podszewki. Antoni, z miną człowieka zrezygnowanego, próbował się wtrącić.

Mamo, błagam cię! Odpuść już te bajki! Jedziemy przecież do normalnego hotelu, przez sprawdzone biuro

Bajki?! Grażyna Zbigniewowna aż rozłożyła ramiona, a pilot omal nie trafił w ścianę. Ty, Antoni, przejrzyj na oczy! Ona cię do grobu wpakuje! Do Chorwacji tam każdy drugi to handlarz organami! Wyślą cię po piwo do jakiejś spelunki i wróci już tylko twoja karta bankomatowa! Wytną z ciebie wszystko, co się da, wrzucą do zamrażarki, a ją… dramatycznym gestem wskazała na Jagodę sprzedadzą do burdelu albo za niewolnicę! W telewizji widziałam reportaż własne oczy mam!

Jagoda odłożyła sukienkę. Uniosła brwi i rzuciła to spojrzenie, które Antoni częściowo podziwiał, częściowo się go bał. Nastała cisza, której Antoni nie przełamałby nigdy.

Pani Grażyno, głos Jagody był cichy, ale wyrazisty. Naprawdę pani sądzi, iż co drugi Chorwat to mafiozo ze specjalizacją w medycynie sądowej i dodatkowo alfons?

Nie kpi! Nie masz argumentów! Pokazują w telewizji! Co roku wracają z długie podróży tylko paczki z nerkami w słoiku po ogórkach!

Antoni przetarł oczy.

Mamo, to programy dla emerytów, którzy się nudzą. Muszą przestraszyć, żeby ktoś w ogóle chciał to oglądać. Tam jadą miliony turystów!

A tysiące przepadają bez wieści! ripostowała Grażyna Zbigniewowna. Jagoda, pewnie już kupiłaś bilety? Oddać nie można?!

Kupiłam. Nie oddam, powiedziała błyskawicznie Jagoda. Dwa lata odkładaliśmy na ten wyjazd. Wszystko sprawdziłam, fora, opinie, porządny operator. Nie zamierzamy pałętać się po slumsach nocą. Będą wycieczki, będziemy siedzieć na plaży na Riwierze Makarskiej, jeść burek

Zatrują was tam, jeszcze nie wiadomo, co dodają do tego ich papu syknęła mrocznie teściowa. Antoni, synku, proszę, opamiętaj się. Niech leci sama, skoro jej się tak pali. Ryzyko należy do niej. Ty zostań zdrowy, cały. U matki przeczucie ja czuję nieszczęście.

Zapanowała ciężka, pokraczna cisza, aż w końcu Jagoda powiedziała coś, co chyba miała na końcu języka od lat.

No dobrze, zamknęła walizkę z trzaskiem. Pani Grażyno, ma pani rację. Ryzyko to podobno szlachetna sprawa. Polecę sama.

Jagoda! Co ty wygadujesz?! oniemiał Antoni.

Słyszałeś mamę. Jej matczyne serce wyczuwa kłopoty. Nie wezmę na sumienie twojej wątroby i nerek. I nie chcę mieć na głowie tematu handlu ludźmi. Zostaniesz w domu, pooglądasz z mamą Alarm! i popijesz herbatę. Ja uśmiechnęła się mroźnie a ja polecę samotnie. Do tego piekła.

Grażyna Zbigniewowna wyglądała jednocześnie na zwyciężczynię i kogoś kompletnie zdezorientowanego.

Niby wygrała, a jednak tak twarda postawa synowej wytrąciła ją z równowagi.

I bardzo dobrze, wymamrotała, ale już bez wcześniejszego żaru. Sama sobie winna.

Antoni próbował przekonywać, protestować daremnie. Wieczorem przed wylotem leżeli z Jagodą tyłem do siebie, w ciszy.

Może zmienisz zdanie? próbował jeszcze mężczyzna.

Nie! odpowiedziała krótko Jagoda.

*****

Samolot wylądował na lotnisku w Zagrzebiu, a gorące, słone powietrze otuliło Jagodę jak stara pierzyna.

Strach? Żaden. Czuła jedynie zmęczenie i ciekawość świata. Przez pierwsze dni, zgodnie z planem, włóczyła się po gwarnych deptakach, podziwiała kościoły, zajadała się obłędnym jedzeniem z ulicznych straganów.

Nikt jej nie próbował choćby okraść, a co dopiero porwać. Sympatyczni sprzedawcy owoców co najwyżej mrugali z nadzieją, iż starguje jeszcze dwa kuny.

Wstawiła na wspólnego messengera z Antonim i Grażyną Zbigniewowną (ta kategorycznie się domagała) zdjęcie: uśmiechnięta Jagoda z arbuzowym koktajlem na tle błękitnego Adriatyku. Podpis: Nerki na miejscu, handlu nie proponowano, czekam na sensacje.

Antoni odsyłał serduszka. Grażyna Zbigniewowna czytała wszystko i milczała.

Potem Jagoda pojechała do Splitu. Tam, w niewielkim, rodzinnym pensjonacie, którego gospodyni, starsza pani o imieniu Marica, uczyła ją robić prawdziwy peka, wydarzyło się coś zaskakującego.

Marica, mówiąca łamaną polszczyzną, przypominała Jagodzie… Grażynę Zbigniewownę.

Kobieta podobnie przeżywała losy swej córki, która wyjechała do Dublina.

Ona tam sama, zimno, ludzie się nie uśmiechają, jedzenie dziwne żaliła się Marica, mieszając energicznie warzywa. W telewizji mówili, iż u nich mgła cały rok i wszyscy nieszczęśliwi!

Jagoda spojrzała na nią, po czym wybuchnęła śmiechem. Śmiała się długo, aż poleciały jej łzy.

Marica patrzyła zdezorientowana, więc Jagoda dzięki gestów, zdjęć z telefonu i kilka polskich słów opowiedziała jej o Grażynie Zbigniewownie, o telewizji, o nerkach i handlarzach ludźmi.

Marica otworzyła szeroko oczy, potem… sama zaczęła się śmiać. Jej śmiech był jak dzwoneczki.

Ach te mamy! parsknęła wszędzie tak samo. Najbardziej boją się tego, czego nie znają. Telewizja u nas też tylko głupoty pokazuje!

Tego wieczoru, siedząc na tarasie pod gwieździstym niebem, Jagoda zadzwoniła nie do Antoniego, ale na wideo bezpośrednio do Grażyny Zbigniewowny.

Grażyna Zbigniewowna wyglądała na wyczerpaną i podejrzliwą.

No i co? Żywaś? rzuciła bez zbędnych sentymentów.

Żywa, wszystkie organy na miejscu, proszę zobaczyć.

Jagoda odwróciła kamerę na taras, gdzie Marica pojawiła się z tacką z herbatą i ciastem, rozpromieniła się na widok poważnej twarzy polskiej teściowej.

Dzień dobry! zawołała Marica po swojemu Twoja synowa super kucharka! Opiekuję się nią! Żadnego handlu! i objęła Jagodę za ramiona.

Grażyna Zbigniewowna milczała. Patrzyła raz na uśmiechniętą Chorwatkę, raz na spokojną, opaloną twarz synowej.

I… te twoje organy? wydusiła w końcu, tym razem nieco, hm cieplej.

Wszystko w komplecie uśmiechnęła się Jagoda choćby apetyt dopisywał. Pani Grażyno, tu jest pięknie i ludzie mili. Marica mówi, iż boi się o córkę w Irlandii, bo telewizja nawymyślała historii o deszczu i złośliwych ludziach.

Zapadło długie milczenie.

Daj mi ją do telefonu odezwała się niespodziewanie Grażyna Zbigniewowna. Tę… Maricę.

Jagoda podała telefon. Dwie kobiety, rozdzielone tysiącami kilometrów i przepaścią kultur, rozmawiały całe dziesięć minut.

Niewiele rozumiały, ale coś, jakaś energia, krążyła między nimi. Marica kiwała głową i śmiała się, Grażyna Zbigniewowna z początku marszczyła czoło, potem… coś się rozluźniło.

Na koniec choćby spróbowała się uśmiechnąć nieudolnie, ale już nie była to mina śmiertelnie przerażona.

Po zakończeniu rozmowy Jagoda dostała SMS-a od Antoniego: Mama przed chwilą zgasiła telewizor. Powiedziała: Mam już dość tej paniki i dopytała, kiedy wracasz.

Jagoda nie odpisała od razu. Patrzyła na gwiazdy nad Splitem. Zrobiła jeszcze jedno zdjęcie: dwie kobiety, ona i Marica, objęte, szeroko uśmiechnięte, i wysłała na czacie.

Podpis: Znalazłam sojuszniczkę. Jutro próbuję nurkowania, jak coś nerki wciąż ze mną. Ściskam!.

Lot powrotny minął jak z bicza strzelił. Na lotnisku czekał na nią Antoni, a trochę dalej, z nieco tandetnym bukietem żółtych astrów, stała Grażyna Zbigniewowna.

Nie rzuciła się do uścisków, ale też nie zaczęła awantury. Odchrząknęła, podała kwiaty.

I co, żyjesz?

Jak widać. Właściciela też nie zmieniłam…

No już, dobra burknęła teściowa i machnęła ręką. Opowiesz, jak to tam było A jak Marica?

W drodze do domu Jagoda mówiła o zabytkach, o jedzeniu, o ludziach i śmiesznych sytuacjach.

Grażyna Zbigniewowna słuchała, czasem dopytywała. Telewizor w jej salonie milczał, odbijały się w nim trzy postacie: mąż obejmujący żonę i teściowa, która chyba po raz pierwszy spróbowała zobaczyć świat nie przez alarmy z telewizora, a przez oczy tych, co wrócili z piekła.

Wieczorem, do herbaty, Grażyna Zbigniewowna, półszeptem, jakby testując reakcję, rzuciła:

Za rok… jeżeli będziecie chcieli… może i ja bym pojechała z wami? Tylko proszę, nie w jakieś dzikie rejony…

Antoni i Jagoda spojrzeli po sobie, wyszczerzyli zęby w zadowolonym uśmiechu. Niespodzianka teściowa zobaczyła świat z innej perspektywy.

Kilka dni później przyszła jednak w odwiedziny, bordowa na twarzy z wrażenia, i już od progu oznajmiła:

Nigdzie z wami nie jadę! Jagoda, po prostu miałaś farta! Widziałam ostatnio aż stu ludzi z obcych państw wróciło z niewoli! Nie chcę lądować w takim miejscu!

Jak wolisz, wzruszyła ramionami Jagoda.

Antoni, i ty też nigdzie nie lec! Po Polsce można pięknie podróżować rozłożyła ręce jak Caesar na Narodowym.

Antoni pokiwał głową, choćby jej nie kontrując bo i po co było się sprzeczać.

Idź do oryginalnego materiału