Niebieska pończocha

polregion.pl 7 godzin temu

Błękitna Pończocha

Jadwigo, zmień się ze mną jutro, proszę cię! U mojej teściowej urodziny. Trzeba złożyć życzenia.

Ale przecież miesiąc temu składałaś jej już życzenia imieninowe? odpowiedziała Na dzisiaj, podnosząc wzrok znad segregatora z kartami czytelników.

Nadzia! Co się czepiasz? Imieniny to nie to samo, co urodziny! No weź, pomóż mi, zrozum. Tobie co, trudno? Ani dzieci, ani obowiązków. Sama jak palec! Oj… przepraszam, nie chciałam…

Irena uderzyła się dłonią w usta, ale to już nic nie zmieniało. Nadzia skinęła tylko głową i wyszła z czytelni.

Niezręcznie wyszło… westchnęła Irena, rzucając szybkie spojrzenie w stronę Lubci.

Z tą to nie było żartów. Lubę takich słów nie dałoby się przełknąć. Od razu odbiłaby wszystko. I to wcale iż bibliotekarka! Luba uważała, iż choćby człowiek kulturalny potrafi się obronić. Nadzią jej rozważania przerażały, Irena zaś śmiała się do łez.

Masz tu dowód na to, iż nie każda bibliotekarka to taka stara panna jak ty, Nadzia! Spójrz na mnie, na Lubę. Tak trzeba żyć! A ty? Biegasz z biblioteki do domu, szaliki, koty… Stara panna! Wybacz mi szczerość, ale kto cię na adekwatną drogę wyprowadzi, jak nie ja? Przecież gdyby tylko się przyjrzeć jesteś atrakcyjna dziewczyna! Policzki czerwone, włosy gęste! Ale płacz w oczach… Luba, co, powiedz?

Luba zwykle ucinała rozmowy z Ireną.

Daj spokój! Po co siebie za wzór podajesz? Romansów miałaś tyle, co dzieciak papierków po cukierkach. I co? Mąż cię bije, pije, zdradza, a ty wciąż mądrości prawi! odwarknęła.

Ale przynajmniej męża mam! I dzieci! A ty, Nadka? Kolejny kociak? Jeszcze chwila i zupełnie cię koty z mieszkania wygoną, zamieszkasz w bibliotece! Nadzia, czemu sobie dziecka nie zrobisz? Okej, nie ma męża. Ale rodzice niebiedni byli, coś zostawili. Sama byś dziecko wychowała. Nie byłabyś sama.

Po takich słowach Luba już nie gryzła się w język, a Irena zaraz znikała, wymyślając nagłe sprawy. Nadzia szła na tył czytelni, żeby nikt nie widział jej łez.

Za co ją tak wszyscy? Czy winna, iż życie się ułożyło inaczej? Najpierw ojciec zachorował, potem mama… Prawie piętnaście lat opieki. Jaka osobista przestrzeń? Kto by się na coś takiego pisał? Poza tym nigdy nikogo poważnego nie było… Przeglądała się w lustrze i myślała no nie jestem brzydka. Ale ślicznotka też nie. Przeciętna dziewczyna. Szare oczy, regularny nos, bujna warkocz, który obcięła na krótko po mamie praktycznie.

W życiu przeciętna Nadzia, bez złych nawyków i wielkich perspektyw.

Nie tęskniła za innym światem. Obserwowała przypadki swoich koleżanek i aż ją trzęsło z wrażenia.

Choćby ta Irena. Okej, ma męża, ale za jaką cenę? Cały Radom wiedział, iż jej facet ma drugą rodzinę. Spory, rozstania, powroty wszyscy widzieli, nikt nie miał złudzeń. Irena twierdziła, iż nie ma co się wstydzić to życie, wstydzić się trzeba kłamać. Ona żona z papierami i tyle.

Nadzia tego nie rozumiała. Po co się szarpać? Gdzie duma, szacunek do siebie? Chociaż… te wszystkie mądrości z książek, które tak ją wzruszały, nijak się miały do rzeczywistości. Dumę zostawia się, gdy na rękach dwójka dzieci, pensja bibliotekarki i chora mama. Nie była taka jak inni nie osądzała, raczej próbowała zrozumieć. Słabo jej szło, ale żal mijał, przynajmniej Irenin bełkot ją już nie ranił. Bo gdy coś się działo, Irena zawsze była pierwsza do pomocy. Nauczyła się robić zastrzyki, stawiać kroplówki. Gdy Nadzia wspomniała, iż nie może znaleźć pielęgniarki do mamy, Irena po prostu przyszła i zrobiła wszystko. A potem regularnie wpadała, żeby pomóc. Nigdy nie chciała pieniędzy.

Co mnie obrażasz? Chowaj te złotówki, dziewczyno! Przecież ja sąsiadka! Raz-dwa zamykam drzwi i jestem u ciebie, żadna filozofia. Ty mi tu kasę wciskasz. Nie wstyd ci?

Wstyd było. Nadzia przepraszała, próbując się jakoś odwdzięczyć. Dzieci i Irena sama chodziły w czapkach i szalikach robionych przez Nadzię. Rękawiczki z gilami, które dziergała prawie miesiąc, córka Ireny nosiła tylko na niedzielę, do szkoły bała się zgubić.

Takie ładne! Szkoda, jakby się zgubiły!

Irena obejrzała dzieło, po czym doradziła Nadzi: otwórz stronę internetową, sprzedawaj!

Rozszarpią cię za takie cuda! zażartowała.

Nadzia pomyślała, a potem odrzuciła ten pomysł.

Nie nadrobię tyle, nie mam fabryki, wszystko pojedyncze.

A zaangażuj nasze babcie pod klatką. Cały kółko. Przynajmniej dorobią do emerytury, a i ty więcej sprzedasz.

Może to dziwne, ale się udało. Chyba miała Irena żyłkę do interesów. Strona ruszyła, zamówienia się pojawiły. Nadzia mogła odetchnąć finansowo, a babcie były zadowolone. Teraz kółko dziergało na ławce wieczorami, a Nadzia z Ireną naradzały się nad modelami nowych dzieł.

Zobacz ten wzór! To z ostatniego pokazu mody. Ciotka Halina dokładnie taką serwetkę mi pokazała ostatnio. Przygotuj tylko trochę inną, wyjdzie cudnie! Sama bym taką spódnicę nosiła.

I Nadzia działała. Po dwóch tygodniach Irena już brylowała w spódnicy, a na stronie wylądowało zdjęcie produktu.

Nie zrobiły na tym kokosów, ale parę groszy wpadło. Nadzie poczuła się prawie jak bizneswoman. Może jednak coś jest warta?

Luba zaś śmiała się z ich przygód, ale czasem też pomagała. Robiła zjawiskowe koronki na igle, choć czasu jej brakowało.

Babcia mnie nauczyła. Mówiła: Przyda się. I rację miała.

Prace Luby chodziły za największe ceny w sklepiku Nadziny. Irena nigdy nie miała za złe, gdy Luba siadała z igłą w czytelni, oddając część obowiązków przyjaciółkom z pracy. Wiedziały co to znaczy dla Luby każda zarobiona złotówka.

Mąż Luby zniknął po narodzinach bliźniaków. Typ artystyczny. Wciąż się odnajdywał, ale z Lubą niczego nie odkrył. Próbowała, starała się, ale sztuka mu nie szła, a rodzina to nie było jego miejsce. Najstarsza córka mówiła do niego wujek nie pamiętała ojca.

Mamo, tam wujek Paweł przyjechał.

Męża aż gotowało.

Wstyd mnie przynosisz przed dzieckiem! Powinna rozumieć, co dla niej robię!

Początkowo Luba milczała, pamiętając nauki mamy. Ale w końcu nie wytrzymała.

A co ty dla niej takiego zrobiłeś?

Może to ciąża znowu, może zmęczenie życiem, ale Paweł odszedł zaraz po narodzinach bliźniaków synków, zdrowych, wrzeszczących. Luba nie rozpaczała. Miała pracę i rodziców na wsi, którzy pomagali, jak mogli. Choć mieli lata, gospodarstwo prowadzili jak młodzi. Luba nie miała urlopów, wolnych, spędzała czas tylko na wsi. Dzieci rosły wspaniale. Patrząc, Nadzia myślała, iż gdyby miała pewność, iż jej dzieci będą takie, może by się na to odważyła, jak radziła Irena.

Ale bała się samotnego macierzyństwa. Rodziców już nie miała, przyjaciółki własne życie prowadziły. jeżeli jej coś się stanie, gdzie trafi dziecko? Do domu dziecka? Do internatu? Czemu ma ktoś cierpieć, bo matka nie poradziła sobie ze swoimi uczuciami? Lepiej już kocięta i szaliki. Odpowiedzialność za własne decyzje była najważniejsza.

Nie wiedziała, iż cały kółko z Ireną na czele już dawno szuka kandydatów na męża dla Nadziny. W małym Radomiu, przy deficycie facetów, przebrano już wszystkie możliwości, ale tego jedynego jak nie było, tak nie było. Dlatego rada kobieca milczała, nie chcąc Nadzi niepokoić, a tylko Irena czasem pyskowała, karcąc siebie później za język.

Kandydat znalazł się nagle, kiedy już nikt nie wierzył. Ani Irena, ani babcie, ani tym bardziej Nadzia.

Podczas kolejnej rozmowy z Ireną, po tradycyjnych łzach, Nadzia zgodziła się zostać za nią na zmianie. Podeszła do sprawy sumiennie większość pracy zrobiła wieczorem, by jutro mieć czas wrzucić do sklepu nowe zdjęcia. Jednym z nich było koronkowe, białe, weselne sukienka zaprojektowana przez Lubę i wykończona jej ręką duma kolekcji.

Weselna… Cudowna robota, Lubciu! Masz złote ręce!

Powiedz to moim synkom! Wczoraj omal jej nie zniszczyli. Na sekundę wyszłam, wracam, a oni już nożyczkami pod suknię… Przycięli tak zgrabnie, iż choćby nie zauważyłam. Przerabiałam całą noc, ale teraz idealnie.

Widać poprawek?

W ogóle! Cały wzór przerobiłam. Siedziałam całą noc, jest, jak być powinno.

Nad tym opisem łamała sobie głowę przez cały wieczór, wracając z pracy. Idąc na klatkę, nagle zatrzymała się, nasłuchując, a z głowy wypadły myśli o stronie i sukni.

Pomocy…

Wołanie było ledwo słyszalne, zginęło w gwarze blokowiska. Urodziny, kłótnie, śmiechy klasyka wieczoru na osiedlu. Przez śmiech chłopaków sąsiadów Nadzia próbowała wyłapać, czy naprawdę coś słyszała.

Pomocy…

Tym razem nie było wątpliwości. Ktoś wzywał pomocy.

Dom Nadzi był blokiem z wielkiej płyty, większość mieszkańców starszyzna z rodzinami, ale byli i tacy jak ona samotni. Tych Nadzia znała z imienia. To oni pomagali jej przy rodzicach, potem weszli w skład kółka, a czasem po prostu machali na klatce i życzyli dobrego męża i dzieci.

Do tych sąsiadów należała też pani Zofia, dawniej matematyczka, przyjaciółka matki Nadzi.

Zdrowie? Daj spokój, Nadziu! Dawno już go nie mam i dobrze. Jestem, żyję, chwała Bogu! Opowiedz raczej, co u ciebie.

Z panią Zofią Nadzia była szczersza niż z kimkolwiek. Dostawała zawsze dobrą, nieinwazyjną radę.

Nadusiu, żyj po swojemu. Nie słuchaj innych. Oni mają swoje losy, ty swoje. Kto powiedział, iż każdy musi żyć według schematu? Włóż na siebie cudze buty będzie ci wygodnie? Nie? No właśnie! Tak jest i u innych. Chcą nas dopasować do swoich wyobrażeń, ale po co? Zamążpójście, bo trzeba? Dzieci, bo tak wypada? Będziesz szczęśliwa? Ja ci powiem z doświadczenia nie! Ileż takich dzieciaków w szkole widziałam Rodziny na wymus. Zero miłości, zrozumienia, tylko bo ludziom tak trzeba. Nic dobrego.

Te rozmowy uspokajały Nadzię nie jest aż tak dziwna. Nie jest samotna w swoim myśleniu.

Sama pani Zofia była mężatką przez prawie pięćdziesiąt lat. Połowę życia tułała się po kraju, bo mąż miał różne prace, ale w końcu wylądowali tu, w Radomiu. Dzieci nie mieli, więc matkowała uczniom odwiedzali ją, pamiętali w święta.

Moje dzieci! mawiała z dumą Zofia, ciesząc się, gdy przyjeżdżał ktoś w odwiedziny.

Mężowi zrobiła pogrzeb dwa lata wcześniej. Nadzia, martwiąc się o nią, przyniosła jej znalezionego na ulicy kotka.

On też tu sam został. Przyjmie go pani, Zofio?

Przyjęła. Kocur Borys był powodem, dla którego pani Zofia nie uległa apatii. Borys, żeby dostać świeżą rybkę z targu, musiał zmusić staruszkę do ruchu, wyjścia z domu i robienia zakupów.

Tak sobie funkcjonowały kot i staruszka, trzymając się razem, zadowolone ze swej wzajemności. O pomoc Zofia prosiła rzadko, niezależna z natury.

Ale to z jej mieszkania dochodził teraz cichy wołacz.

Nadzia nie zawahała się ani sekundy. Przeskakując schody po dwa, była na parterze szybciej niż pomyślała. Zaczęła walić w drzwi przewodniczącej wspólnoty.

Pani Mario, ratunku!

Maria, wbrew przepisom, wzięła zapasowy klucz i zdecydowała: Co będzie, to będzie, trudno!. Znała się na sytuacji.

Drzwi otwarły się i sąsiedzi zobaczyli to, czego się obawiali. Pani Zofia leżała w łazience, nieprzytomna, z nogą wygiętą nienaturalnie i rękami bezwładnymi.

I tylko Nadzia usłyszała jej słabe wołanie.

To Nadzia zadzwoniła po pogotowie, zajęła się wszystkim, a potem wzięła sąsiadkę do siebie, kiedy po długiej rekonwalescencji nie mogła już sama funkcjonować. Nie zdradziła się ze zmęczeniem, bo dla niej opieka nad kimś była czymś naturalnym. Irena natomiast nakrzyczała na Nadzię za poświęcenie, po czym sama zaczęła przychodzić ze zastrzykami i kroplówkami.

Postawimy panią na nogi! Nie ma leżenia!

Początkowo Zofia kręciła nosem, by nie uprzykrzać życia Nadzi, ale potem pogodziła się z losem. Widziała, iż Nadzia nie robi tego z poczucia obowiązku, tylko z dobroci. I żartowała:

Takich ludzi, jak ty, Nadziu, nie ma. Gdzie ci aniołowie patrzą? Może sama jesteś aniołem? Nie zdziwiłabym się.

Z czasem Zofia wracała do formy, a Nadzia cieszyła się, iż dom przestał być pusty. Po pracy siadała, słuchała szczegółowego sprawozdania z dnia, rozdzielała burdy między kotami i uśmiechała się do figlującego Borysa. Ten uznał, iż koty Nadzi potrzebują kierownika. Obie znaleziona kiedyś na ulicy rasowe panny miały inne zdanie i dom regularnie zamieniał się w pole bitwy. Potem Borys obrażony szedł do pani Zofii, skarżąc się na świat.

Nie narzekaj, Borysku. Czas się zmienia, haremy do lamusa.

Borys mruknął i kładł się przy nogach Nadzi, spokojny, iż to bezpieczne miejsce.

Życie Nadzi, do znudzenia przewidywalne, nagle zatańczyło wesołego mazura. Wszystko, co zaplanowała, przestało mieć znaczenie.

A zaczęło się, gdy wieczorem ktoś zadzwonił do drzwi.

Pewnie Irena? mruknęła Nadzia do Zofii, zatrzymała film, który razem oglądały i ruszyła do drzwi.

Na progu stał mężczyzna. Nadzia patrzyła na niego zaintrygowana czego on tu chce? Był typem z innego świata: brodacz, w skórzanej kamizelce, wytarte dżinsy, mina nietęga.

Do kogo pan? spytała rzeczowo.

Dobry wieczór. Czy pani Zofia tu teraz mieszka?

Ale po co panu?

Chciałem odwiedzić.

Wahała się chwilę, ale wtedy wypadł Borys, uwił się przy nogach mężczyzny.

O, Borys! Cześć, kocie!

Szeroka dłoń zgarnęła kota, twarz mężczyzny łagodniała to był już ktoś inny, zupełnie przyjazny. Nadzia bez cienia wątpliwości wpuściła go.

Pani Zofia aż klasnęła w ręce na jego widok.

Serduszko moje, co za niespodzianka! Jak tu się znalazłeś?

Jechałem do znajomych nad Wisłę, zatrzymałem się z motocyklową ekipą. Pomyślałem, iż zajrzę, bo dawno mnie u pani nie było, ciociu.

Dziękuję, skarbie! Poznaj: to Nadzia, mój Anioł-Stróż i najmądrzejsza dziewczyna z tego miasta. Wierz mi, nie przesadzam!

I rzeczywiście, Sergei nagle spuszczał wzrok, czerwienił się jak chłopiec.

Miło mi poznać…

Zofia, znając dobrze swojego byłego ucznia, od razu wszystko pojęła. Zaraz znalazła powód, by ci dwoje zostali sam na sam.

Serhii wyjechał dwa dni później. Ale nie na długo. Wrócił wkrótce, a Nadzia nagle znalazła się w roli narzeczonej.

Serhii, przecież dopiero się poznaliśmy… to na pewno? wpatrywała się w niego, nie wierząc.

A kogo to obchodzi, Nadziu? Komuś mamy się tłumaczyć? Dorośli jesteśmy.

Irena i Luba, gdy usłyszały tę wiadomość, aż zaniemówiły.

Nadka, a ty… Nie, nie zapytam, czy go kochasz. Nie mamy już po szesnaście lat. Ale powiedz to dobry człowiek?

A w jakim to niby już wieku jestem? zażartowała Nadzia, a Irena aż zaniemówiła, patrząc na nią.

Skąd ta odmiana? Jeszcze wczoraj szara mysz, dziś królowa! Oczy błyszczą, piękna jak nigdy. Tak działa miłość!

Chyba palnęłam coś głupiego. Przepraszam, Nadziu! I bądź szczęśliwa! Luba, chyba trzeba zdjąć sukienkę ze sprzedazy!

Już to zrobiłam mrugnęła Luba do Nadzi. Także o kreację się nie martw.

Takiego wesela Radom nie widział. Motocyklowy orszak sunął przez miasto, ludzie w oknach zaglądali.

Do kogo to jedzie?

Nadka, bibliotekarka, wychodzi za mąż.

Co ty powiesz! No niech jej się szczęści, dobra dziewczyna. A facet?

Porządny, poważny…

A po trzech latach Serhii będzie wspierał panią Zofię, która stanowczo odsunie jego ręce, wysiadając z samochodu:

Sama! Ty leć i witaj synka, Serhii!

Nadzia poprawi własnoręcznie uszytą przez Lubę sukienkę, wygładzi włosy i nakaże fotografowi:

Wszystkich! Każdego proszę tu upchać!

I zdjęcie z porodówki będzie szerokie, bo znaleźli się tam wszyscy Irena z rodziną, Luba z dziećmi, cały kółko z Marią na czele.

Bo przecież dobrych ludzi nigdy za wiele.

Idź do oryginalnego materiału