Biuro szemrało znajomymi rozmowami, aż nagle do środka weszła kierowniczka z niepozorną dziewczyną.
Poznajcie się, dziewczyny, to Jagoda, będzie teraz pracować z wami zamiast Kostka. Dostał awans, więc mam nadzieję, iż się dogadacie rzuciła Stanisława Piotrowska i zniknęła za rogiem.
Jagoda usiadła przy dawnym stanowisku Kostka. Wyjęła śliczny kubek w kropki i maleńką ramkę z portretem mężczyzny. Od razu zabrała się do pracy, jakby znała to miejsce od lat, a zegary wybiły nie wtedy, kiedy powinny, ale wtedy, kiedy poczuła gotowość.
Rozległ się dźwięk dzwonka, wszyscy zgodnie wstali i poszli na służbowy obiad. Tylko Marzena została z boku, pożerana ciekawością kim był ten mężczyzna z portretu na biurku nowej?
Z ramki spoglądał przystojny mężczyzna o hipnotyzującym uśmiechu i idealnie prostych zębach.
Aktor? Piosenkarz? zamruczała w myślach Marzena, robiąc półprzytomnie zdjęcie telefonem, jakby obraz ten miał zaraz zniknąć wraz z portretem. Ruszyła na obiad, a dziewczyny zgromadziły się przy jednym stole, nasłuchując nowej.
My z Bartkiem poznaliśmy się trzy lata temu w takich dziwacznych okolicznościach, aż trudno uwierzyć, iż coś takiego w ogóle się zdarza zaczęła Jagoda.
Opowiadaj! Dawaj, nie trzymaj nas w niepewności! domagały się dziewczyny, a wokół zrobiło się jakby cieplej.
Wspomnienie cofnęło ją w czasie o trzy lata, kiedy pracowała jeszcze w wielkiej firmie w Gdańsku. Logistyk coś pokręcił albo może sama się pogubiła i wysłali złe zamówienie do firmy, w której przyszły mąż był dyrektorem. Wysłali właśnie ją, żeby wszystko wyjaśnić.
Jagoda uchodziła za dobrą specjalistkę, choć jej cicha, niepozorna uroda zdawała się kontrastować z kompetencjami. Ot, szara myszka, taka co to zniknie w tłumie. Ale kiedy dochodziło do negocjacji, zmieniała się nie do poznania cicha, delikatna, potrafiła owładnąć rozmówcą słowem miękkim, a jednak twardym.
Szef od razu zdecydował, iż to ona powinna pojechać do kontrahenta. Dziewczyna na recepcji skinęła na nią krótkim ruchem dłoni:
203, Bartek Zegarski.
Weszła bez pukania, przedstawiła się.
Jagoda, wysłaliśmy wam nie ten towar, logistyka zawiodła.
Zaczęły się tłumaczenia, a Bartek patrzył na nią, wytrącony z równowagi.
Przecież to ona! Widział ją kiedyś we śnie, zielone oczy i rude włosy, znajome, choć tak obce
Jagoda mówiła spokojnie, chłodno, bez cienia nerwowości.
Przygotowywała się na trudną rozmowę, ale niespodziewanie Bartek powiedział:
Nie będziemy składać reklamacji. Mam nadzieję, iż to się więcej nie powtórzy.
Skinęła głową i wyszła.
Dwa dni później czekał na nią pod biurowcem, kiedy cienie na chodniku wydłużyły się zbyt mocno, a ptaki śniły o podróżach do ciepłych krajów.
Jagódko! zawołał machając ręką. Rozmawialiśmy dwa dni temu.
Dobry wieczór, Bartku. Pamiętam odpowiedziała rzeczowo, bez udawania.
Mam dwa bilety do teatru, może dasz się namówić na wspólne wyjście? Moja mama zachorowała i skłamał z nieporadnym ciepłem.
Czemu nie? Na którą jest spektakl? spytała rzeczowo.
Za dwie godziny, zdążysz się przebrać, jeżeli chcesz.
„Sprytnie,” pomyślała i zgodziła się. Bartek czekał pod jej klatką, zapatrzony w okna, jakby wypatrywał znaku od innej wersji siebie.
Kiedy wyszła w długiej czarnej sukience, na niewysokim obcasie, z mocniejszym makijażem zaniemówił przez chwilę. Wyglądała zupełnie inaczej.
W teatrze siedział blisko, rzucając ukradkowe spojrzenia, a ona, jakby znała spektakl na pamięć, nie spuszczała oczu ze sceny.
Po przedstawieniu zaproponował kolację. Wymyśliła wymówkę następnego dnia ważne rozmowy. Odwiózł ją pod dom. Pod koniec tygodnia znów na nią czekał i poszli na spacer.
Po dwóch miesiącach, tak jak poprzednio, czekał pod biurem.
Moja mama chce cię poznać, nie masz nic przeciwko?
Marzyłam, by ją spotkać odpowiedziała cicho.
Mama Bartka powitała ich ciepło, były herbatniki, konfitura z rajskich jabłuszek, placek drożdżowy ze śliwkami, same domowe smakołyki. Rozmowa płynęła swobodnie. Jagoda opowiadała Walerii Zegarskiej o przepisie swojej babci na konfiturę i tacie, który zginął przy budowie mostu, o mamie, nauczycielce historii.
Bartek odwiózł Jagodę do domu.
Mama jest tobą zachwycona. Bardzo się cieszę.
Od tej pory widywali się codziennie, a po roku była już ślubna suknia, biały welon i czuły walc, którego melodia do dziś pobrzmiewa gdzieś w sercach.
Zapadła cisza. Dziewczyny słuchały z zazdrością i podziwem, łowiąc każdą nutę opowieści. Tylko Marzena patrzyła podejrzliwie:
Co on w niej widzi, przecież taka przeciętna? Ani urody, ani wdzięku. Mnie się ciągle podrywacze pchają do łóżka, a jak nie wyjdzie po tygodniu, to okazuje się, iż są już żonaci.
Rozległ się dzwonek i wszyscy znów zgodnie wrócili do biura. Marzena podeszła do Sylwii:
Widzisz? To naprawdę jej mąż! Wierzysz? Ja nie. Chyba wszystko zmyśliła. Przecież taki facet na pewno by na nią nie spojrzał.
Wieczorem, wychodząc z pracy, Marzena zauważyła samochód. Wysiadł właśnie z niego mężczyzna ze zdjęcia.
Jagódko, jestem tutaj! zawołał z uśmiechem.
Czy naprawdę był jej mężem, czy tylko wyśnionym wspomnieniem? Marzena myślała:
Czemu nie ja? Przecież jestem atrakcyjniejsza
Dziewczyny patrzyły za nimi, rozchodząc się w swoich myślach. Zastanawiały się, co ten mężczyzna widzi w szarej myszce. Takie rzeczy tylko we śnie przecież piękni flirtują z pięknymi, ale żenią się zupełnie inaczej. Dlaczego? Może o to trzeba zapytać właśnie ich tych, co śnią na jawie.











