Mamo, Lusia znowu pogryzła mój ołówek!
Mała Wanda wpadła do kuchni z obgryzionym na końcu kolorowym ołówkiem, a za nią kręciła się winna, ale radośnie machająca ogonem suczka labradorka. Ja, Joanna, oderwałam się od kuchenki, gdzie pyrkał rosół a kotlety skwierczały na patelni, i westchnęłam ciężko. Trzeci ołówek tego dnia.
Wrzuć go do śmieci i weź nowy ze szuflady. Paweł, odrobiłeś matmę?
Prawie! doleciało z pokoju dziecięcego.
Prawie u mojego dwunastoletniego syna zawsze oznacza, iż gapi się w telefon, a zeszyt leży nietknięty obok. Ale teraz musiałam pilnować kotletów, pomieszać rosół, dogonić czteroletniego Antka, który właśnie raczkował w stronę miski Lusi, i choć na chwilę pamiętać o praniu w pralce.
Trzydzieści dwa lata. Troje dzieci. Jeden mąż. Jedna teściowa. Jeden pies. I ja jedyny trybik, na którym obraca się cała ta machina. Chorowałam rzadko. Nie dlatego, iż miałam końskie zdrowie, tylko nie mogłam sobie na to pozwolić. Kto nakarmi rodzinę? Kto ubierze dzieci do szkoły? Kto wyprowadzi Lusię? Odpowiedź była jedna: nikt oprócz mnie.
Joasiu, niedługo kolacja?
Pani Jadwiga pojawiła się w drzwiach kuchni, podpierając się laską. Osoby w wieku osiemdziesięciu pięciu lat. Bystry umysł, apetyt jej nie opuszczał.
W ciągu pięciu lat naszego wspólnego zamieszkania mogłabym policzyć na palcach jednej ręki sytuacje, gdy teściowa zrobiła coś pożytecznego w domu.
Za dziesięć minut, pani Jadwigo.
Starsza pani kiwnęła z aprobatą i podreptała do salonu. Czasem, ale to naprawdę rzadko, czytała Antkowi bajki na dobranoc. O kurce złotopiórce albo O kotku, co chciał zostać lwem. Repertuar był ograniczony, ale mały uwielbiał. Poza tym teściowa siedziała u siebie, oglądała telenowele i czekała na kolejny posiłek.
Zegar na ścianie pokazywał wpół do szóstej, kiedy w zamku zazgrzytał klucz. Marek przekroczył próg wyglądając jak ktoś po maratonie.
Obiad gotowy?
Nawet nie cześć. Wskazałam na stół. Mąż poszedł do łazienki, umył ręce i usiadł na swoim miejscu. Telewizor uruchomił się sam pilot jakby wrośnięty w jego dłoń.
Wanda dostała dziś piątkę z czytania spróbowałam.
Mhm.
A Pawłowi trzeba pomóc z projektem z przyrody.
No.
To mhm to był szczyt zaangażowania. Potem Marek przenosił się na kanapę. Jego dzień się kończył. Przyniósł pieniądze do domu to według niego wystarczało.
Późnym wieczorem, gdy dzieci spały, siadałam do laptopa. Praca zdalna w sklepie internetowym obsługa zamówień, odpowiadanie klientom, organizacja wysyłek. Żadna fortuna ale własne, uczciwie wypracowane. Do tego czynsz z wynajmowanego od lat mieszkania.
Trzeba by się wyprowadzić przemknęło mi przez głowę. I od razu: ale Paweł ma świetną szkołę, Wanda przyzwyczaiła się do przedszkola, stracę dochód z wynajmu Zamknęłam laptopa. Jutro. Zawsze jutro.
Grudzień przyniósł nie tylko świąteczną gorączkę, ale i grypę. Gorączka do trzydziestu dziewięciu skoczyła mi w kilka godzin. Całe ciało bolało, gardło paliło żywym ogniem, głowa pękała. Ledwo się doczołgałam do łóżka.
Mamo, jesteś chora stwierdził Paweł, zaglądając do sypialni.
Marek zjawił się za nim, na twarzy coś na kształt zaniepokojenia. Ale dotyczyło to nie mnie.
Tylko nie zaraź mamy. W takim wieku grypa dla babci jest niebezpieczna.
Zamknęłam oczy. Oczywiście. Pani Jadwiga. Jak mogłam zapomnieć.
Trzy dni zlały się w majaki gorączki. Poduszka mokra od potu, suche usta. W te dni nikt ani mąż, ani teściowa, ani dzieci nie podał mi szklanki wody. Czajnik w kuchni, dziesięć kroków te dziesięć kroków musiałam pokonać sama.
Wszyscy martwili się tylko o babcię. Nie idź do pokoju, tam mama jest chora. Załóż maseczkę, jak przechodzisz koło sypialni. Może mama powinna spać gdzieś indziej? Dla nich byłam tylko źródłem zarazków, przed którym trzeba uchronić ważniejszych członków rodziny.
Po tygodniu wirus zaatakował innych. Najpierw Antek zasmarkany, gorączkujący, marudny. Za nim Wanda. Potem Marek teatralnie położył się z termometrem trzydzieści siedem i dwa. Najpóźniej rozchorowała się pani Jadwiga, za to w najgorszym stylu.
Jeszcze nie do końca zdrowa, znowu wstałam rosół z kury, apteka, termometr, sprzątanie, pranie. To samo, tylko na miękkich nogach.
Marek, zajmij się Antkiem na godzinę. Muszę iść do apteki.
Zarzucił oczami, ale zgodził się. Równo po godzinie sprawdzałam zegarek przyniósł go z powrotem do sypialni.
Jestem zmęczony. Mam przecież gorączkę.
Trzydzieści sześć i osiem. Sprawdzałam.
Wiosna nie była lepsza. Nowy wirus, nowe chore dzieci, kolejne nieprzespane noce. Antek płakał, Wanda odmówiła picia syropu, pani Jadwiga żądała indywidualnego menu. W tym wszystkim absolutnie zdrowy Marek.
Marek, pomóż mi z dziećmi.
Asia, ostatnio pomagałem, ale wtedy były weekendy. Teraz pracuję i jestem zmęczony.
Wzruszył ramionami. Ten gest mówił wszystko. Wieczorami zasiadał do stołu, czekał na kolację. Chorujące dzieci, zmęczona żona, bałagan w mieszkaniu to nie jego sprawa.
Któregoś wieczoru, gdy Antek wreszcie usnął, a starszaki robiły lekcje, podeszłam do Marka. Telewizor mruczał coś o piłce nożnej.
Dlaczego mi nie pomagasz? Dlaczego mi NIGDY nie pomagasz?
Nie odpowiedział. Tylko podgłosił pilotem. Patrzyłam dłuższą chwilę na jego plecy. Nagle wszystko stało się jasne.
Następnego dnia sięgnęłam po wielkie torby. Dziecięce ubrania, zabawki, dokumenty. Paweł zatrzymał się w drzwiach.
Mamo, wyjeżdżamy gdzieś?
Do babci Heli.
Na długo?
Zobaczymy.
Wanda aż podskoczyła z euforii babcia Hela piekła zawsze jej ulubione jagodzianki. Antek choćby nie bardzo pojmował, ale chwycił swojego pluszowego misia.
W ostatniej chwili przypomniałam sobie o jeszcze jednym domowniku Lusi. Zabieram ją z nami.
Marek leżał na kanapie. Torby, spakowane rzeczy, dzieci w kurtkach nic go nie ruszyło. Kiedy zamknęłam za sobą drzwi, pewnie tylko przełączył kanał
Helena Stanisławowna przyjęła nas bez słów. Nakarmiła, przytuliła. Pięćdziesiąt osiem lat, nauczycielka z trzydziestoletnim stażem wiedziała wszystko bez słów.
Zostańcie, ile trzeba.
Telefon zadzwonił trzeciego dnia. Marek.
Asia, wracajcie. Tu wszystko brudne. Nie ma co jeść. Babcia co chwilę o coś prosi.
Żadnego tęsknię. Żadnego źle mi bez was. Tylko domowe niewygody.
Marek, tobie nie żona potrzebna, tylko gospodyni.
Co? Ale o co ci chodzi
Czy raz chociaż powiedziałeś, iż tęsknisz za dziećmi?
Cisza. Długa, wymowna.
Przecież pieniądze przynoszę wydukał. Czego jeszcze oczekujesz?
Odłożyłam słuchawkę. Byłam wolna. I poczułam ulgę.
Po dwóch tygodniach najemcy wyprowadzili się z mojego mieszkania. Przeprowadzka zajęła jeden dzień. Nowa szkoła dla Pawła, nowe przedszkole dla Wandy okazało się, iż wszystko można ogarnąć szybciej, niż myślałam.
Ostatnia nasza rozmowa była naprawdę ostatnia. Wszystko, czego nie powiedziałam, wszystkie połknięte słowa, wszystkie nieprzespane noce, całe samotne zmaganie z gorączką dzieci przelało się falą nie do zatrzymania.
Dwanaście lat byłam darmową służącą! krzyczałam w telefon. Nigdy, słyszysz, nigdy nie zapytałeś, jak się czuję! Jak żyję w ogóle! Ty Ty Mam dość!
Zablokowałam numer. Złożyłam wniosek o rozwód.
Sprawa w sądzie trwała dwadzieścia minut. Marek nie miał uwag. Podpisał alimenty, skinął głową do sędziego i wyszedł. Może coś zrozumiał. A może po prostu miał dosyć.
Wieczorem siedziałam w kuchni mojego nowego-starego mieszkania. Paweł czytał w swoim pokoju. Wanda rysowała, wystawiając język z przejęcia. Antek budował coś z klocków na dywanie.
Cicho. Spokojnie. Lusia leżała przy moich stopach, głowę oparła o łapy.
Wciąż musiałam gotować, sprzątać, pracować po nocach. Ale teraz dla tych, którzy naprawdę są moją rodziną. I zamierzałam zadbać o to, by dzieci nie wyrosły na takich, jak ich ojciec.
Mamo odezwała się Wanda znad rysunku ty się teraz częściej uśmiechasz.
Uśmiechnęłam się. Wanda miała rację.








