Nie żartujesz, co? – głos w słuchawce brzmiał coraz bardziej rozdrażniony. – Zosia, słyszysz mnie?

newskey24.com 3 dni temu

– Nie żartujesz, co? – głos w słuchawce brzmiał coraz bardziej rozdrażniony, aż przeszedł w pisk. – Zosia, słyszysz mnie w ogóle? Nie mam dokąd ich zabrać, a ty masz wolne!

Ewelina zmarszczyła brwi i mocniej przycisnęła słuchawkę do ucha.

Piątkowy wieczór, na który czekała cały tydzień, zaczynał się rozpadać.

Za oknem szumiał październikowy deszcz, a na kuchence bulgotał barszcz.

– Zosiu, słyszę cię dobrze – odpowiedziała spokojnie, mieszając zupę chochlą. – Już mówiłam: nie. Mam jutro plany. Umówiłam się u lekarza, potem chcę się wyspać.

– To mój jedyny wolny dzień od dwóch tygodni – dodała. – Mam prawo do spokoju.

– U lekarza, akurat! – jęknęła Zosia. – Znam te twoje wizyty. Masaż, paznokcie.

– A ja muszę iść do urzędu, kolejki są kilometrowe. Gdzie podzieję dzieci?

– Rozsypią wszystko w domu, Ewelina!

– Dokładnie, Zosiu. Rozsypią – odparła Ewelina, wyłączając palnik. – Pamiętasz tapetę w przedpokoju? Paweł pomalował ją markerem.

– Mówiłaś: „to dziecko, przetrze się”. Nie przetarło się. Musieliśmy wymienić cały pas.

– Znowu to wypominasz! – krzyknęła Zosia. – Przepraszałam już! Zresztą Krzysiek obiecał pomóc. To mój brat, w końcu!

Ewelina zamknęła oczy.

Oczywiście. Krzysiek.

Ten, który nigdy nie umiał powiedzieć siostrze „nie”.

– Krzysiek obiecał, to z nim się dogadaj – odcięła. – Tylko pamiętaj, jutro ma wizytę w serwisie, do wieczora go nie będzie.

– Ty jesteś po prostu egoistką! – wrzasnęła Zosia i się rozłączyła.

Ewelina odłożyła telefon i zatarła skronie.

Cisza w kuchni wydawała się krucha, niespokojna.

Czuła, iż to tylko początek burzy.

Pół godziny później w drzwiach zazgrzytał klucz.

Wszedł Krzysiek, mokry od deszczu, uśmiechnięty.

– Mmm, pachnie barszczem! – pocałował ją w policzek. – Czemu taka kwaśna? Coś w pracy?

Nalała mu talerz zupy, dodała śmietanę, pokroiła chleb.

Kiedy usiadł i zaczął jeść, powiedziała:

– Dzwoniła twoja siostra.

Łyżka zatrzymała się w pół drogi do ust.

– A, Zosia… Mówiła, iż musi wyjechać. Może przyjdziesz? Parę godzin tylko.

– Krzysiek – usiadła naprzeciw, krzyżując ręce – u Zosi „parę godzin” zawsze zamienia się w cały dzień.

– Ostatnio wyszła „na chwilę” do sklepu i wróciła po sześciu godzinach, pachnąc koktajlami.

– A ja w tym czasie myłam kota z plasteliny i ratowałam twoje płyty, w które chłopcy chcieli grać we frisbee.

– Przesadziła, wiem – przyznał. – Ale teraz naprawdę potrzebuje pomocy. Mama ma nadciśnienie, nie może ich wziąć.

– A ja nie mam nerwowego tika, który zaraz wybuchnie? – podniosła głos. – Zamykamy okres rozliczeniowy, jestem wykończona.

– Jutro mój dzień. Chcę leżeć w wannie i mieć spokój.

– Len, to rodzina – westchnął. – Dziś pomożemy, jutro nam pomogą.

– Nam? – uśmiechnęła się gorzko. – Kiedy to było ostatnio?

– Gdy się przeprowadzaliśmy, prosiliśmy ją o przechowanie kota. Powiedziała, iż ma alergię. Nie miała.

– Gdy miałam grypę, twoja mama bała się „zarazić”. Zosia gra w jedną bramkę, Krzysiek.

Spojrzał w talerz, bez apetytu.

– Dobrze, powiem jej, iż nie możemy.

Nie wierzyła mu, ale skinęła głową.

Resztę wieczoru spędzili w milczeniu, każde przy swoim telefonie.

Sobota zaczęła się nie od ptaków, ale od natarczywego dzwonka w domofonie.

Ewelina spojrzała na zegar. Dziewiąta rano.

– Kto to? – mruknęła, choć już wiedziała.

Krzysiek gwałtownie wciągnął spodnie.

– Pewnie pomyłka – powiedział, unikając jej wzroku.

Domofon zadzwonił znowu, potem telefon.

– Tak, Zosiu? – odebrał, patrząc winnie na żonę. – Umawialiśmy się inaczej…

Z drugiej strony dobiegały krzyki, słyszalne choćby z drugiego pokoju.

– Jestem już pod drzwiami! Mam wizytę, nie mogę jej odwołać! Otwórz, bo zadzwonię do mamy!

Krzysiek spojrzał bezradnie.

– Len… ona już jest. Co mam zrobić, zostawić ich na dworze?

W Ewelinie coś pękło.

Weszła do łazienki i puściła wodę, żeby nie słyszeć hałasu z przedpokoju.

Po chwili w mieszkaniu zapanował chaos – dziecięce głosy, tupot, coś upadło.

– Wujku, masz cukierki?

– Gdzie kot? Chcemy kota!

– Fuj, co to za zapach?

Ewelina stała przed lustrem, nakładając krem, z drżącymi rękami.

Z przedpokoju dobiegał głos Zosi, wydającej instrukcje:

– Zabierzesz ich o piątej. Jedzenie jest, ale Paweł ma dietę, nie dawajcie słodyczy. Buziaki, muszę lecieć!

Drzwi się zatrzasnęły. Zosia zniknęła, zostawiając problem w progu.

Ewelina wyszła z łazienki już ubrana – dżinsy, sweter, torba na ramieniu.

W przedpokoju leżały porozkładane buty. Chłopcy właśnie wciskali stopy w jej kozaki.

– Len, dokąd? – zapytał Krzysiek, widząc żonę gotową do wyjścia.

– Mówiłam. Mam plany. Lekarz, spacer, może kino.

– Co? – oczy mu się rozszerzyły. – A ja? Muszę jechać do serwisu na jedenastą!

– To twój problem, kochanie. I problem twojej siostry.

– Nie możesz tak zrobić! – zawołał. – Zostań chociaż do obiadu!

– Wujku, chce pić! – krzyknął jeden z chłopców, ciągnąc go za nogawkę.

– A Szymon mnie ugryzł! – dodał drugi.

Ewelina patrzyła na ten chaos i na męża bliskiego wybuchu, i poczuła nagłą lekkość.

– Klucze od garażu na komodzie. W lodówce nic nie ma, zamów pizzę. Wrócę późno.

Wyszła, zamykając drzwi za sobą, odcinając krzyki.

Na zewnątrz deszcz ustał, słońce przebijało się przez chmury.

Wzięła głęboki wdech. Czuła się jak uciekinierka z obozu.

Telefon zawibrował. Dzwoniła teściowa, Nina Iwanowna.

Ewelina wyciszyła telefon. Dziś nie ma rozmów.

Dzień minął spokojnie – masaż, kawa, książka, komedia w kinie.

Wróciła do domu około dziewiątej, z lekkim niepokojem w sercu.

W mieszkaniu panowała podejrzana cisza.

Buty wciąż leżały w przedpokoju, na stole otwarty karton po pizzy.

Na kanapie, wśród poduszek i zabawek, spał Krzysiek.

Telewizor grał bez dźwięku.

Ewelina postawiła torbę i zdjęła płaszcz powoli.

Uśmiechnęła się do siebie, patrząc na ten obraz.

Czasem trzeba po prostu powiedzieć „nie” – i zamknąć drzwi.

Idź do oryginalnego materiału