Przyjechałem do matki w niedzielę z dwoma dzieciakami i jedną reklamówką z zakupów. Nie zabrałem choćby piżam. Kiedy zapytała, na jak długo się wybieram, odpowiedziałem, iż jeszcze nie wiem.
Mam na imię Tomasz, mam czterdzieści trzy lata i mieszkam w Krakowie od dwunastu lat, chociaż urodziłem się w Rzeszowie. Matka, Barbara, mieszka na Podgórzu, w bloku z lat siedemdziesiątych, dwa przystanki tramwajem od mojego dawnego liceum. Zwykle jeździmy do niej z Kasią i dzieciakami raz, może dwa razy w miesiącu, na obiad. Zawsze wychodzimy z domu obładowani – plecak z zabawkami, ładowarki, zapasowe bluzy, choćby na trzy godziny. Więc kiedy tamtej niedzieli wysiadłem z tramwaju z jedną torbą, w której było mleko, chleb i dwie paczki chrupek dla dzieci, matka od razu wiedziała, iż coś jest nie tak. Nie musiała choćby pytać.
Próbowałem grać, iż wszystko gra. Powiedziałem, iż dzieci chcą zostać na noc u babci. Bartek, mój młodszy, popędził od razu do jej balkonu, bo tam trzymała stare pudełko z klockami. Zosia, starsza, zapytała, czy ma jeszcze te płatki z czekoladą, które chowa na górnej półce.
Matka stanęła w progu i przeliczyła to, czego nie było: żadnego plecaka, żadnej ładowarki, żadnej zmiany ubrań dla dzieci. Zapytała, gdzie Kasia. Powiedziałem, iż została w domu, na Ruczaju.
Ugotowała pierogi z mięsem, tych z Lidla, które zawsze ma w zamrażarce na wszelki wypadek. Przy dzieciach nic nie powiedziała. Ja jadłem może trzy sztuki. Telefon leżał na stole ekranem do dołu, brałem go, odkładałem, znowu brałem. Kiedy dzieci wyszły się bawić na klatkę schodową – bo tam zawsze grały w chowanego między piętrami – matka zapytała, na jak długo się wybieram.
Powiedziałem, iż jeszcze nie wiem. I opowiedziałem jej, iż wczoraj wieczorem mieliśmy z Kasią straszną kłótnię. Nie pierwszą. Od miesięcy było między nami źle. Ona powiedziała, iż potrzebuje kilku dni sam na sam z sobą, żeby to wszystko przemyśleć, a ja, wściekły, wziąłem dzieci i wyszedłem, zamiast normalnie o tym porozmawiać.
To matkę zaniepokoiło. Zapytała, czy Kasia wie, iż dzieci są u niej. Powiedziałem, iż tak, ale sposób, w jaki to powiedziałem, jej nie przekonał. Poprosiła, żebym zadzwonił do Kasi przy niej. Wtedy się zirytowałem. Powiedziałem, iż nie chcę znowu słuchać wersji Kasi, iż oczekiwałem, iż ona, jako moja matka, po prostu będzie po mojej stronie.
Widziałem, jak przez chwilę mięła w palcach brzeg obrusa, jakby szukała w nim odpowiedzi. Później mi powiedziała, iż przez kilka sekund chciała powiedzieć, iż mogę zostać z dzieciakami, ile trzeba, iż jakoś to się rozwiąże. Ale zaraz pomyślała o Zosi i Bartku, którzy bawili się na klatce, jakby to była zwykła sobota, i nikt im nie wyjaśnił, czemu wyjechali z domu bez ubrań na zmianę.
Powiedziała mi wprost: mogę zostać tę jedną noc, ale nie zamieni swojego mieszkania w schron na czas nieokreślony, w którym rozgrywamy nasze wojny małżeńskie. I iż dzieci nie mogą być kartą, którą się gra jedno przeciw drugiemu.
Wściekłem się. Powiedziałem jej, iż zawsze staje po stronie Kasi. To nieprawda, ale nie miałem odwagi przyznać sobie, iż to ona ma rację, tylko dlatego iż jestem jej synem.
W końcu zadzwoniłem. Rozmawialiśmy z Kasią prawie pół godziny, stojąc na balkonie matki, między suszącym się praniem i doniczkami z pomidorami, które sadzi tam co roku od kwietnia. Nie pamiętam już dokładnie wszystkiego, co sobie powiedzieliśmy. Wieczorem Kasia zadzwoniła do matki. Płakała, mówiła, iż nie chce, żebym nie widywał dzieci, iż po prostu potrzebuje, żebyśmy przestali się kłócić przy Zosi i Bartku.
Tamtej nocy matka improwizowała piżamy. Bartkowi dała starą koszulkę Legii, którą kupiłem jeszcze jako nastolatek i którą trzymała w szufladzie z pościelą. Zosia dostała moją dawną bluzę z podstawówki, tak wielką, iż kiedy zobaczyła się w lustrze w przedpokoju, śmiała się, aż się zakrztusiła herbatą.
Ja spałem na rozkładanej kanapie w salonie. Około północy wstałem po wodę i zastałem matkę w kuchni. Siedziała przy stole, obie dłonie owinięte wokół kubka z herbatą miętową – tą z torebek, które kupuje na targu na Stradomiu, bo twierdzi, iż tylko tam są dobre. Nie odezwała się od razu. Odstawiłem telefon na blat obok cukiernicy i usiadłem naprzeciwko.
Powiedziała, iż czekała, aż powiem, iż Kasia postępuje niesprawiedliwie. Odpowiedziałem, iż tego właśnie od niej oczekiwałem.
„Jestem twoją matką" – powiedziała, obracając kubek w dłoniach, tak iż para uciekała mu z boku – „ale to nie znaczy, iż będę ci mówić tylko to, co chcesz słyszeć."
Zamilkłem. Wpatrywałem się w herbatę, w listki mięty osiadłe na dnie kubka, i nie znajdowałem nic, co mógłbym na to odpowiedzieć. Siedzieliśmy tak dłuższą chwilę, ona popijając herbatę małymi łykami, ja obracając w palcach łyżeczkę, którą ktoś zostawił na stole. Nie zacząłem się kłócić.
Następnego dnia dzieci pojechały do szkoły, a ja wróciłem do domu na Ruczaju, żeby porozmawiać z Kasią. Przez kilka tygodni spałem w starym pokoju gościnnym u matki, tym z wersalką i regałem pełnym moich starych podręczników z liceum. Kilka razy wracałem do niej wieczorem z reklamówką z Żabki – bo znowu zapomniałem zabrać cokolwiek z domu – kanapkę, wodę, czasem paczkę chusteczek, bo płakałem w samochodzie na parkingu przed blokiem, zanim wszedłem na górę.
Za którymś razem, kiedy weszła do pokoju i zobaczyła mnie siedzącego na brzegu wersalki z tą samą reklamówką w ręku, nie zapytała, co się stało. Po prostu wzięła z szafy czystą pościel, strzepnęła ją nad łóżkiem, tak iż na chwilę uniosła się w powietrzu jak żagiel, i zaczęła rozkładać wersalkę na noc – jak co wieczór, odkąd tam nocowałem.
Z kuchni dobiegał głos Bartka, który przez telefon opowiadał coś Zosi o klatce dla chomika, jakby nic innego się nie działo. Matka wygładziła kołdrę dłonią, raz, drugi, i postawiła na stoliku obok kubek z parującą miętową herbatą – dla mnie, choć o nią nie prosiłem.













