Nie wchodź tam!

twojacena.pl 6 godzin temu

**Nie otwieraj**

Stanisława Kowalska stała przy oknie, opierając dłoń o zimną szybę, i patrzyła, jak dozorca Władysław zgrabia ostatnie żółte liście. Październik był wyjątkowo deszczowy, a w jej sercu panowała podobna szarość i zaduma.

— Mamo, znowu stoisz przy oknie? — W drzwiach stanęła Ewa, jej córka, już niemłoda, blisko czterdziestki. — Zrobisz sobie herbatę?

— Dobrze — odparła Stanisława, nie odwracając się. — Ewuniu, a co to u nas stuka w schowku? Wczoraj wieczorem słyszałam, dziś rano znowu.

Ewa zmarszczyła brwi, postawiła czajnik na kuchence gazowej.

— Pewnie mysz. Albo rury. Mamo, nie wymyślaj. Dom jest stary, wszystko tu trzeszczy i skrzypi.

— To nie mysz. Mysz szura inaczej, a tu ktoś wyraźnie puka. Jakby od środka. — Stanisława odwróciła się do córki. — Może zajrzymy tam razem?

— Mamo, przecież wczoraj sprawdzałyśmy! Tam są stare rzeczy, narzędzia taty, słoiki z ogórkami. Nic więcej. Po prostu denerwujesz się po szpitalu.

Stanisława westchnęła ciężko. Miesiąc temu wylądowała na kardiologii, a teraz Ewa kręci się wokół niej jak kwoka, boi się zostawić samą. Wyprowadziła się z własnego mieszkania, wzięła urlop. A Stanisława czuje się jak ciężar.

— Ewciu, wracaj do siebie. Czuję się dobrze. A Wojtek na pewno za tobą tęskni.

— Wojtek sobie poradzi. Ale jeżeli coś ci się stanie, nigdy sobie tego nie wybaczę — Ewa zalała wrzątkiem herbatę i podała matce kubek. — Pij, póki gorące.

Usiadły przy kuchennym stole, gdy nagle rozległo się pukanie. Wyraźne, rytmiczne — raz, dwa, trzy, przerwa, znów raz, dwa, trzy.

— Słyszysz? — Stanisława chwyciła córkę za rękaw. — Znowu to samo.

Ewa nachmurzyła czoło, nasłuchiwała. Pukanie powtórzyło się.

— Chodźmy sprawdzić — wstała zdecydowanie.

Schowek znajdował się za kuchnią, mała, ciemna klitka pełna domowych rupieci. Ewa zapaliła światło, rozejrzała się. Półki z słoikami, pudła, narzędzia ojca. Wszystko na swoim miejscu.

— Widzisz? Nikogo tu nie ma — powiedziała.

— A to co? — Stanisława wskazała na odległą półkę, gdzie stała nieznana szkatułka.

Ewa podeszła bliżej. Była staroświecka, z ciemnego drewna, z mosiężnymi okuciami. Na wieku wyryte były jakieś wzory, podobne do pisma.

— Skąd ona się tu wzięła? — zdziwiła się Ewa. — Nie pamiętam takiej.

— Ja też nie. Dziwne… — Stanisława wyciągnęła rękę, ale córka ją powstrzymała.

— Nie dotykaj. Może sąsiedzi coś tu schowali? Albo zarządca? Zapytamy Władysława, on tu wszystko wie.

Wyszły, ale Stanisława wciąż spoglądała przez ramię. Coś ją niepokoiło. A pukanie ucichło, gdy tylko weszły do schowka.

Wieczorem Ewa zadzwoniła do męża.

— Wojtek, jak tam? Zostanę tu jeszcze kilka dni, mama jest jakaś niespokojna. Mówi, iż w schowku coś stuka. Znalazłyśmy tam dziwną szkatułkę.

— Może do lekarza? — zaproponował Wojtek. — Po zawale ludzie czasem słyszą różne rzeczy.

— To nie halucynacje. Sama słyszałam pukanie. I szkatułka jest prawdziwa. Jutro zapytam dozorcę.

— Ewka, a otwierałaś ją?

— Nie, mama nie pozwoliła. I jakoś strach. Piękna, ale dziwnie niepokojąca.

— Dobrze robicie. Kto wie, co tam jest…

Nazajutrz Stanisława obudziła się od pukania. Głośniejszego, natarczywego. Jakby ktoś domagał się uwagi. Narzuciła szlafrok, wyszła do kuchni. Ewa spała jeszcze na kanapie.

Pukanie nasilało się. Stanisława przystawiła ucho do drzwi schowku. Dźwięk dochodził z głębi, z tamtej półki.

— Kto tam? — szepnęła.

Pukanie ustało. Cisza. Potem — jeden głośny stuk.

Stanisława cofnęła się, serce waliło. Pobiegła obudzić córkę.

— Ewa! Wstawaj, szybko!

— Co się stało, mamo? — zerwała się przestraszona.

— Tam… w schowku… Odpowiedziało mi!

— Co odpowiedziało?

— Zapytałam, kto tam, i stuknęło raz. Jakby na „tak”!

Ewa potarła twarz, spojrzała na zegarek. Szósta rano.

— Mamo, jesteś pewna?

— Absolutnie. Ewuniu, może wezwijmy kogoś? Hydraulika? Albo… księdza?

— Księdza? — Ewa zdziwiła się. — Przecież nigdy nie byłaś religijna.

— Teraz zaczynam wierzyć. Jest na świecie coś, czego nie rozumiemy.

Po śniadaniu zeszły na dół szukać Władysława. Stary dozorca zamiatał chodnik, nuci— Kochanie, oddal tę szkatułkę, zanim będzie za późno — powiedziała cicho Stanisława, patrząc, jak płomienie pochłaniają drewno, a dym układa się w dziwne, niemal ludzkie kształty, które na szczęście rozpłynęły się w chłodnym, jesiennym powietrzu.

Idź do oryginalnego materiału