Nie ruszaj rzeczy mojej mamy, powiedział Andrzej.
Te ubrania należą do mojej mamy. Czemu je zebrałaś? zapytał, a jego głos brzmiał jakby całkiem obcy.
Wyrzucimy. Po co nam to, Andrzej? Zajmują pół szafy, a ja potrzebuję miejsca na kołdry i zapasowe poduszki, bo wszystko wala się po kątach jak po przeprowadzce.
Jadwiga z wyrazem praktyczności ściągała z wieszaków skromne swetry, spódnice i sukienki zmarłej teściowej, pani Haliny. Halina Zawadzka zawsze rozkładała swoje ubrania równiutko na wieszakach, żeby się nie pogniotły tego samego nauczyła syna. U Jadwigi natomiast w szafie panował wieczny rozgardiasz: rano musiała przedzierać się przez gąszcz swetrów, narzekając, iż nie ma co na siebie włożyć, po czym pół godziny gniotła bluzki pod żelazkiem, które wyglądały, jakby się z nimi siłował młyn na Mazowszu.
Od pogrzebu Haliny minęły zaledwie trzy tygodnie. Potrzebowała opieki choć w zasadzie to już była walka z wiatrakami i spokoju. Czwarty stopień raka to nie przelewki. Andrzej zabrał mamę do siebie. Odeszła w ciszy po miesiącu. A dziś, wracając po pracy, zobaczył jej rzeczy rozrzucone na środku korytarza niczym stare gacie. I aż zdębiał. To już koniec? Ot, wywalone graty i po sprawie?
Czemu patrzysz na mnie jak Jagiełło na Krzyżaków pod Grunwaldem? prychnęła Jadwiga i cofnęła się o krok.
Nie waż się ruszać tych rzeczy, syknął Andrzej przez zaciśnięte zęby. Krew mu uderzyła do głowy tak, iż nogi na chwilę odmówiły posłuszeństwa.
A po co nam te szmaty! odgryzła się Jadwiga, a głos jej podskoczył do wyższego rejestru, Chcesz tu urządzić muzeum pamięci mamy? Jej już nie ma, pogódź się z tym! Lepiej byś się o nią troszczył, kiedy jeszcze żyła! Może wtedy wiedziałbyś, jak ciężko chorowała!
Te słowa walnęły Andrzeja prosto w środek serca.
Zejdź mi z oczu, zanim zrobię coś, czego pożałuję, wycedził, ledwo łapiąc oddech.
Jadwiga prychnęła:
Proszę cię bardzo. Wariat jakiś…
Wariatem u Jadwigi był każdy, kto miał własne zdanie inne niż jej.
Andrzej, nie ściągając butów, poszedł do szafy w korytarzu, wrócił sobie do lat młodości. Otworzył górne drzwi, wdrapał się na stołek i wyciągnął jedną z typowych polskich reklamówek w kratę, w których kiedyś woziło się pół dobytku na działki i przeprowadzki. Mieli ich z siedem, zostały po ostatniej wędrówce między mieszkaniami. Powkładał tam wszystkie rzeczy mamy, każdą koszulę i sukienkę starannie złożył na prostokąt. Na wierzchu położył jej kurtkę i siatkę z butami. Cały czas plątał się koło niego trzyletni Adaś, pomagając jak umiał a choćby wrzucił do torby swój traktor-zabawkę. Na koniec Andrzej pogrzebał w szufladzie w przedpokoju, znalazł klucz i schował go do kieszeni spodni.
Tato, dokąd idziesz?
Andrzej uśmiechnął się gorzko, łapiąc za klamkę.
Zaraz wrócę, synku, idź do mamy.
Stój! zatrzymała go spanikowana Jadwiga pojawiając się w drzwiach salonu, Gdzie się wybierasz? Nie jesz kolacji?
Dzięki, już się najadłem twoim podejściem do mojej mamy.
Oj, nie przesadzaj, skąd tyle emocji? Rozbieraj się, nie wygłupiaj. Dokąd w nocy?
Andrzej wyszedł bez słowa, z torbą pod pachą. Wsiadł do samochodu, wyjechał z podwórka i ruszył w stronę obwodnicy Warszawy. Jechał bezmyślnie, ignorując cały ten harmider na trasie: praca, niewykonane projekty, plany na wakacje nad Bałtykiem, a choćby te głupie memy, które przeglądał dla odstresowania wszystko spadło na dalszy, zupełnie nieważny plan. Po głowie tłukła mu się tylko jedna, ciężka jak betoniarka myśl. Że z całego dorobku dnia najcenniejsza i tak pozostaje rodzina. Dzieci. Żona. I mama. Obwiniał się za jej śmierć iż nie dopilnował, nie zdążył, wiecznie spiesząc się do tysiąca błahych spraw. A ona nie chciała go słowem martwić, nie chciała być ciężarem. A on odwlekał, coraz rzadziej dzwonił, coraz krótsze rozmowy…
Po przejechaniu jakiejś jednej trzeciej drogi zajechał na przydrożny bar, zjadł coś na gwałtownie i dalej już pruł przez trzy godziny bez przystanku. Tylko raz rzucił okiem na zachód słońca: szarą zasłonę nieba rozcinały zorzyste pęknięcia Słońce chwyciło się ostatkiem promieni za linię horyzontu, jakby próbowało zawisnąć nad polską równiną. Gdy całkiem się ściemniło, wjechał do rodzinnej wsi, pokręcił się po piaszczystych, nieutwardzonych uliczkach i zatrzymał przed domem mamy. Domem dzieciństwa i młodości.
W ciemności nie widział nic. Zaczął grzebać się z zasuwą furtki, musiał podświetlić sobie telefonem. Pięć nieodebranych od żony. Nie, dziś nie będzie już z nikim rozmawiał. Telefon wyłączył na cichy. Powietrze pachniało przekwitającą czarną porzeczką, słodko aż mdląco, aż leciały ćmy. W oknach odbijało się ciemne niebo. Andrzej odblokował drzwi i po ciemku znalazł włącznik podniszczonej lampy w sieni.
Przy progu stały mamusine domowe pantofle, te, w których biegała po podwórzu. Przy drzwiach do mieszkania niebieskie, znoszone kapcie z dwoma czerwonymi sarenkami, które kupił jej jakieś osiem lat temu. Zatrzymał się, dziwnie wzruszony, popatrzył i dopiero wtedy przekręcił kolejny klucz.
Cześć, mamo. Czekałaś na mnie?
Nie, w tym domu już nikt na niego nie czekał.
W powietrzu wisiał zapach starej meblościanki PRL-u i lekka wilgoć, jakby piwnica przechodziła przez ściany. Trzeba tu było grzać choćby latem, inaczej grzyb gotów zagnieździć się na parapecie. Na komodzie leżała szczotka, kilka starych kremów, a na haczyku przeźroczysta torba z makaronem za grosze z Biedronki. W salonie wybijała się nowa kanapa, którą Andrzej niedawno kupił wraz z telewizorem. Rozwarte drzwiczki lodówki w kuchni przypominały, iż nikt tu już nie gotuje. Przeciwległy pokoik kiedyś jego, teraz był mamy. Łóżko z piramidą poduszek, wszystko przykryte kapą. Andrzej usiadł na brzegu.
Kiedyś tu była jego baza a ojciec i brat w większym. Przy ścianie stało łóżko brata. Było też biurko pod oknem. Teraz maszyna do szycia. Mama lubiła szyć i haftować. Drugie łóżko zamieniła na szafę, w której trzymała swoje rzeczy.
Andrzej siedział w ciszy, gapił się na szafę, jakby nagle zobaczył ducha. Zastygł. Przeciągnął dłońmi po włosach i zwinął się w pół, chowając twarz w kolanach. Ramiona zaczęły się trząść. W końcu zwalił się na białą narzutę i… zaczął płakać.
Płakał, bo nic nie zdołał odpowiedzieć mamie, gdy ściskała jego dłoń ostatniego dnia. Siedział przy niej bez słowa, już widział, iż odchodzi, miał tysiąc rzeczy do powiedzenia, ale słowa ugrzęzły mu w gardle. A ona szepnęła: Andrzejku, nie patrz tak… Byłam z wami szczęśliwa. A on chciał, naprawdę chciał podziękować jej za dzieciństwo bez trosk, za miłość, za dom i bezpieczeństwo, przynajmniej za ten fundament, na którym teraz stoi. Za kawałek świata, gdzie zawsze czeka ktoś bliski bez względu na to, ile głupot się narobiło.
Ale zabrakło mu słów. Wszystko, co przychodziło do głowy, wydawało się śmiesznie wzniosłe i staromodne, jak z przedwojennego listu, a w dzisiejszych czasach choćby język nie nadaje się do wzruszających wyznań. Epoka nauczyła nas tylko cynizmu i przekleństw.
Andrzej zgasił światła w całym domu, położył się nie rozbierając, uważając, by nie zmiąć przykrycia. Na krześle znalazł koc, przykrył się nim i zasnął natychmiast. Sam był zaskoczony, jak głęboko spał. Obudził się o siódmej, jak zwykle. Cóż, organizm to jednak świetna maszyna cokolwiek wieczorem by się działo, rano wstaje punktualnie, jak trzeba iść do pracy.
Zszedł do auta po torbę. Brzozy za płotem rozłożyły młode, seledynowe liście wyglądały jak orszak młodych druhen na weselu. Słońce już zbierało się w ich koronach, gotowe do dogrzania całej Polski. Andrzej rozciągnął się, rozprostował kości, przewietrzył głowę i wrócił do domu, wyciągając torbę do szafy mamy.
Wykładał jej rzeczy na półki, każdą z troską, jakby to były relikwie. Ustawiał buty na samym dole. Gdy skończył, cofnął się krok, żeby ocenić czy wszystko jest jak należy. Przed oczami stanęła mu mama uśmiechnięta, łagodna, w którymś z tych ubrań. Gładził dłonią rząd bluzek i sukienek, po czym objął je wszystkie naraz. Wciągnął znajomy zapach… Stał tak bez celu. Co dalej, nie wiedział. W końcu wrócił do rzeczywistości, wyjął telefon.
Panie Stefanie, dziś mnie nie będzie pilna sprawa rodzinna, dacie sobie radę? Dzięki.
Jadwidze napisał tylko: Przepraszam, iż się uniosłem, będę wieczorem. Całuję.
Ogródek tonął w kwiatach. Żonkile kwitły na dobre, tulipany właśnie się otwierały. Andrzej ułożył z nich bukiet, dorwał się do konwalii przy krzaku agrestu. Wyszedł całkiem oryginalny zestaw. Rozdzielił go na trzy części. Przecież na cmentarzu czekało na niego troje bliskich. Wchodząc do sklepu spożywczego przypomniał sobie, iż jeszcze nie jadł śniadania. Kupił mleko, bułkę i dla poprawy humoru czekoladę.
O, Andrzej! Ty znowu tu? zdziwiła się ekspedientka.
No… do mamy przyjechałem, wydukał, patrząc w podłogę.
Rozumiem. Może chcesz świeżutką bryndzę? Kupuję od jednego górala, twoja mama zawsze brała.
Andrzej spojrzał na nią podejrzliwie. Zgrywa się? Nie po prostu prosta kobieta.
Dobra, poproszę. A jak u pani, ciociu Irenko?
Ech… machnęła ręką. Przyjaciółka jego mamy. Stefanek cały czas popija, tylko kłopot z nim.
Zjadł śniadanie na ławeczce przy grobie. Bukiety leżały równo: żonkile, tulipany i konwalie. Brat, tata i mama. Brat zginął pierwszy spadł z dachu przy remoncie. Był ledwie dwudziestolatkiem. Pięć lat później odszedł ojciec. Teraz i mama. Położył wszystkim kawałek czekolady, a mamie jeszcze kostkę bryndzy. Uśmiechali się do niego z czarno-białych fotografii na nagrobkach. W myślach prowadził z nimi rozmowę.
Wspominał psikusy z bratem, ranne wyprawy z ojcem na ryby tata rzucał wędką jak Tex Willer. Mama potrafiła wrzasnąć przez pół wsi: Andrzeeej! Obiad! Słychać ją było pod remizą. Wstyd, ha! Gdyby tylko teraz tak zawołała…
Pogładził świeżutki, ziemny kopczyk na grobie mamy. Skąpany w słońcu czarny pagórek.
Mamciu, przepraszam… Nie dopilnowałem cię. Niby samodzielni wszyscy, a pusto bez ciebie. Tyle mam ci do powiedzenia… I tobie, tato. Byliście najlepsi na świecie. Dziękuję wam za wszystko. I tobie, Wiesiek, braciszku, też dzięki.
Pora była wracać. Szedł polną drogą, żuł młode źdźbła trawy jak króliki na wiosnę. Na pierwszej ulicy spotkał Stefka, syna cioci Irenki. Już nieźle wstawiony i trochę jakby z innej epoki.
O! Andrzej! Co, znowu na starych śmieciach? bełkotał Stefek.
No… Wpadłem do swoich. A ty znów z piwem?
A i owszem, bo święto dziś.
I jakież to?
Stefan wyciągnął z kieszeni rozdarty kalendarz ścienny i przekartkował.
Światowy Dzień Żółwia, proszę bardzo! oznajmił dumnie.
Mmm, gratuluję, skrzywił się Andrzej. Słuchaj, Stefek… Dbaj o matkę. Złota kobieta. Ale nie wieczna. Zapamiętaj.
Poszedł dalej, zostawiając Stefka w zadumie nad losem żółwi i matek. Ten dopiero po chwili przetrawił rozmowę i rzucił za Andrzejem:
No, jasne! Dzięki… Trzymaj się, Andrzej!
Trzymaj się, Stefek, rzucił przez ramię.










