Nie tylko niania: Opowieść o Alicji, studentce pedagogiki, która dzięki podjęciu pracy w polskiej rodzinie po stracie matki pomaga bliźniaczkom odzyskać euforia życia, a ich ojcu Bogdanowi – nadzieję na szczęście. Wzruszająca historia o odpowiedzialności, miłości i sile nowej rodziny.

twojacena.pl 3 godzin temu

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze studiowałam na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, życie wydawało mi się jednym wielkim wyzwaniem. Siedziałam wtedy w cichej sali biblioteki, otoczona stertą podręczników, notatek i zeszytów. Moi palce śmigały po kartkach, a wzrok próbował wychwycić sens każdej linijki za kilka dni czekał mnie istotny egzamin z pedagogiki. Wszyscy wiedzieli, iż profesor Gawlik nie znał litości: kto nie zaliczył w pierwszym terminie, musiał liczyć się z poprawką i nieprzyjemnymi konsekwencjami. Ja nie mogłam sobie na to pozwolić i tak cały semestr był ciągłą walką o oceny, stypendium i własne ambicje.

Właśnie wtedy podeszła do mnie moja koleżanka z roku, Halina. Opadła na brzeg stołu, nachyliła się w moją stronę i konspiracyjnym tonem zapytała:

Słuchaj, potrzebujesz jakiejś dodatkowej pracy, prawda?

Oderwałam się na moment od notatek, kiwnęłam głową i znowu wbiłam oczy w tekst materiału było tyle, a czasu coraz mniej.

No niby tak wymamrotałam w końcu, nie chcąc tracić wątku. Ale kiedy? Ty przecież wiesz, jak mamy rozplanowane zajęcia. Każdego dnia od ósmej do czternastej i choćby jednej nie mogę ominąć.

Halina uśmiechnęła się ze zrozumieniem znała mnie nie od dziś i wiedziała, jak poważnie podchodzę do nauki. Po chwili dodała, z wyraźnym entuzjazmem w głosie:

No to mam dla ciebie propozycję idealną. Mój sąsiad, pan Bogdan Zieliński, jest wdowcem i samotnie wychowuje dzieci. Jego żona zmarła parę lat temu nie wnikam w szczegóły, bo nie lubię plotek. Teraz pracuje do wieczora i pilnie potrzebuje opiekunki dla córek, tak mniej więcej od czwartej do ósmej po południu.

Wreszcie odpłynęłam myślami od nauki i spojrzałam na Halinę, a ona, widząc moje zainteresowanie, kontynuowała:

Przecież uwielbiasz dzieci, studiujesz pedagogikę i masz ogromne doświadczenie. Czterech młodszych braci to nie byle co!

Oj, ileż to razy pomagałam mamie pilnować chłopaków To nie była przykrość ani żaden narzut od zawsze znajdowałam satysfakcję w opiekuńczych obowiązkach, choćby jeżeli czasami bywało trudno.

A ile te dzieci mają lat? zapytałam z troską, którą trudno było ukryć.

Przez chwilę bawiłam się ołówkiem, rozważając propozycję. Perspektywa opieki nad dziećmi po przejściach napawała mnie jednocześnie niepokojem i ekscytacją. Czy sobie poradzę? Bo przecież każde dziecko jest inne, tym bardziej po tak bolesnych doświadczeniach.

To bliźniaczki, mniej więcej sześć lat, nazywają się Zosia i Wanda. Bogdan ma jeszcze starszego syna, Janka, ale chłopak ma już trzynaście lat i ciągle biega na treningi. Nie ma czasu zajmować się dziewczynkami.

Ale czy na pewno mnie wezmą, Halina? zapytałam nieśmiało, stukając ołówkiem o stół. Jestem dopiero na czwartym roku, jeszcze nie skończyłam studiów…

Prawda, praktyka w przedszkolu i doświadczenie z własnych braci działały na moją korzyść, ale przecież zupełnie czym innym jest opieka nad obcymi dziećmi.

Halina machnęła ręką, jakby chciała odpędzić moje wątpliwości:

Pewnie, iż wezmą! Bogdan wczoraj mnie o to pytał. Mogę dać mu twój numer?

Jej ton był tak przekonujący, iż nie dało się nie uwierzyć. Spojrzałam na zegarek, do kolejnych zajęć zostawało pół godziny. Może to właśnie jest ta okazja, która pozwoli mi połączyć naukę z drobnym zarobkiem, a dzieci pewnie są cudowne.

Serce zabiło mi mocniej z emocji i wyczekiwania. Wzięłam głęboki oddech, uśmiechnęłam się i zdecydowanie odpowiedziałam:

Dawaj!

********************

Dzień mojego pierwszego oficjalnego dyżuru nadszedł szybciej, niż się spodziewałam. Chociaż setki razy pilnowałam braci, to teraz wszystko wydawało się inne: obca rodzina, dzieci, których nie znałam, odpowiedzialność.

Kilka razy sprawdziłam, czy mam w torbie wszystko, co trzeba: telefon, klucze, notes z drobiazgowymi uwagami, soczek, jakieś chrupki dla dziewczynek. Tak, jestem gotowa.

Poznanie z panem Bogdanem i jego rodziną nastąpiło dzień wcześniej bardzo na luzie. Okazał się spokojnym, serdecznym człowiekiem, który jasno określił zasady i ułatwił mi start. Jego bliźniaczki, Zosia i Wanda, na początku były nieśmiałe, chowały się za ojcem, ale po chwili rozgadały się i z pasją pokazywały mi swoje rysunki. Czułam, iż mnie zaakceptowały. Ja też nie mogłam się napatrzeć na te ich figlarne uśmiechy i przeurocze ruchy.

Zupełnie nie byłam przygotowana, iż ojciec bliźniaczek okaże się tak pociągający. Halina nic mi nie wspominała o jego wysokiej sylwetce, ciepłych oczach ani szczerej życzliwości w uśmiechu. Teraz, przy każdej rozmowie, musiałam się pilnować, by nie zarumienić się za bardzo.

Zosia, opanuj się, przecież to praca, tylko praca powtarzałam sobie w myślach.

Oto i budynek przedszkola malutki, przytulny, z kolorowym placem zabaw. Rano Bogdan uprzedził wychowawczynie, iż dziś dzieci odbierze niania, choćby wypisał mi upoważnienie. Wzięłam głęboki wdech, poprawiłam włosy i ruszyłam przez furtkę.

Na placu rozbrzmiewał harmider: dzieci biegały, śmiały się, lepiły zamki z piasku. Od razu dostrzegłam Zosię i Wandę przy huśtawkach, szeptały coś ożywione. Na mój widok zastygły, ale zaraz nieśmiało się uśmiechnęły.

Przykucnęłam przy nich, by być na ich wysokości i mrugnęłam zachęcająco:

No dziewczynki, wracamy do domu? Może coś pysznego wam przygotuję.

Zosia zamrugała i ostrożnie podeszła bliżej:

A co nam zrobisz? spytała z odrobiną przekory w głosie.

Hm, może naleśniki z domowym dżemem? Albo ciasteczka z czekoladą? zamyśliłam się teatralnie.

Wanda od razu się rozpromieniła:

Ciasteczka! Uwielbiam z czekoladą!

Zatem postanowione powiedziałam i podałam im dłonie.

Delikatnie ujęły moje palce w swoje maleńkie łapki. W tej chwili cały stres zniknął, a serce zalało ciepło. Może faktycznie dam radę?

Dziewczynki porozumiały się spojrzeniem w ułamku sekundy, całkiem poważne jak na sześciolatki, skinięły głowami i obie równocześnie ruszyły przed siebie. Były w tym uroczo zgrane, choćby kroki próbowały stawiać w identycznym rytmie.

Patrzyłam na nie z czułością, pamiętając rozmowę z Jankiem, ich starszym bratem. Poprzedniego dnia, bardzo poważnie, wziął mnie na bok i powiedział niemal szeptem:

Kiedyś były zupełnie inne takie otwarte, ciągle się przytulały do wszystkich. Ale odkąd mama zmarła zawahał się, ale zaraz kontynuował. Teraz często płaczą i pytają: Czy byliśmy tacy niegrzeczni, iż mama odeszła? Z tatą tłumaczymy im, iż to nie ich wina, iż mama bardzo kochała Ale one się zamknęły w sobie. Prawie się nie śmieją, a obcych boją się niesamowicie. Wcześniej pomagała nam babcia, ale ostatnio bardzo się rozchorowała, więc tata musi szukać pomocy.

W jego głosie było więcej dorosłej odpowiedzialności niż wśród większości dorosłych. Czuł się opiekunem dla sióstr i ojca.

Wtedy tylko skinęłam głową, ściskając się w środku. Teraz, spoglądając w ufne twarzyczki Zosi i Wandy, wiedziałam, jak kruchą powierzono mi misję.

Ale do mnie same przyszły po kilku chwilach opowiadałam potem Halinie. Pokazałam im sztuczkę z chusteczką, wybuchły śmiechem i wszystko stopniało. Świetnie im poszło.

Janek popatrzył na mnie z szacunkiem, a potem powiedział poważnie:

Dlatego tata cię wybrał od razu zauważył, iż jesteś im bliska. Nie zawiedź nas, dobrze?

Głos miał przy tym taki, iż aż się wzruszyłam. Odpowiedziałam twardo:

Postaram się, żeby znów się uśmiechały.

Janek odetchnął i dodał mniej poważnie:

Ja też czasem z nimi pobawię się, jeżeli nie będę miał meczu. Znam kilka fajnych bajek.

Pewnie! zaśmiałam się. Na pewno będą zachwycone.

***************

Mijały powoli tygodnie. Od dwóch miesięcy byłam już nianią w rodzinie Zielińskich. Dzieci z niepewnych i nieśmiałych zmieniły się w pełne życia dziewczynki: wbiegały mi w ramiona, zarzucały opowieściami i za nic nie chciały pozwolić mi wyjść, gdy zbliżał się wieczór.

Tamtego wieczora, jak zwykle, zaczęłam sprzątać zabawki porozrzucane podczas burzliwej zabawy, podśpiewując przy tym piosenkę, której nauczyłyśmy się tego dnia. Zosia i Wanda siedziały na kanapie i patrzyły na mnie smutnymi oczami.

Zostań u nas na noc! zawołała nagle Zosia, podbiegła i objęła mnie w pasie z całych sił. Co ci tam w domu?

Zastygłam na moment rozbawiona, potem przykucnęłam i przytuliłam ją mocno.

Muszę się jeszcze pouczyć na zajęcia wytłumaczyłam łagodnie. Mam jutro wykład na uniwersytecie, trzeba przygotować zadanie. Ale przyjdę jutro, więc choćby nie zdążycie się stęsknić!

Wanda jednak nie chciała być gorsza doskoczyła do nas i objęła nas obie:

Już tęsknimy! wykrzyknęła z dziecięcą ufnością. Zostań z nami!

Patrzyłam na te dwie rozanielone buziaki i czułam, jak topi się moje serce. Przykucnęłam przy nich i żartobliwie zapytałam:

A gdzie ja bym spała? W waszym pokoju już ledwo się mieścicie!

Zosia zmarszczyła brwi w skupieniu, rozjaśniła się nagle:

W pokoju taty jest duże łóżko! Zmieścisz się!

O tak! Tata często nocuje w pracy, on nie będzie miał nic przeciwko! dodała Wanda ożywiona.

Trudno było nie wybuchnąć śmiechem. Dla dziewczynek to była tylko naturalna, prosta propozycja byle zostać jeszcze chwilkę z ukochaną ciocią. Delikatnie pogłaskałam ich policzki.

Dziękuję za zaproszenie, dziewczynki, ale naprawdę muszę wracać. Ale jutro przyjdę wcześniej i zrobimy razem ciasteczka!

Westchnęły ciężko, ale w końcu pogodziły się z losem. Pozwoliły poprowadzić się do łazienki na wieczorne mycie. Ich nastawienie całkowicie się już zmieniło uczyły się ufać. To był dla mnie wyjątkowy moment.

Muszę przyznać, iż bardzo się zarumieniłam na myśl o noclegu w pokoju pana Bogdana. Wiedziałam, iż dzieci nie mają żadnych skojarzeń chciały tylko zatrzymać kogoś, do kogo wreszcie się przywiązały. Ale wyobraźnia podpowiadała obrazy: ciepły wieczór, miękkie światło, rozmowy przy herbacie och, jak bardzo bym chciała po prostu być częścią tej rodziny.

Ale rozum gwałtownie przegonił marzenia. To twoja praca, Zosiu, nie fantazjuj. gwałtownie spakowałam rzeczy i, obiecując dziewczynkom kolejne spotkanie, wybiegłam na klatkę schodową.

Spod drzwi obserwował mnie Janek. Opierając się o ścianę, uśmiechał się z satysfakcją. Doskonale widział, jak atmosfera się zmienia, gdy przychodziłam do ich mieszkania jak jego ojciec spogląda na mnie z czułością, tonuje głos, kiedy mnie zagaduje. A ja, choć starałam się trzymać dystans, często się rumieniłam.

Chyba mój stary jeszcze ma szansę na szczęście pomyślał pewnie Janek. Sam od dawna pragnął, by w ich domu znów zagościła kobieta, nie tylko opiekunka dla sióstr, ale prawdziwa partnerka dla taty. Wiedział, iż jestem idealna: pogodna, cierpliwa i kochająca dzieci.

Ale czemu oni się w końcu nie odważą? Przecież to proste! dumał chłopak. Dorośli są tacy zagmatwani

Gdy pewnego wieczoru Bogdan wrócił do domu, Janek postanowił działać. Poczekał aż tata zawiesi płaszcz, wszedł za nim do salonu i bez ogródek wypalił:

Tata, naprawdę, czego ty się boisz? Przecież widać, iż lubisz Zosię! Po co tyle zwlekasz? Zaproś ją na randkę!

Bogdan aż się zakrztusił, potem poczerwieniał z zażenowania i drapał się po karku.

Janek, o czym ty mówisz? To nasza niania, świetnie dogaduje się z dziewczynkami

Oj, nie udawaj! przerwał mu Janek. Wiem, widzę, jak na nią patrzysz i jak ona na ciebie. Kręcicie się wokół siebie jak dzieci! Zaproś ją do kawiarni, do kina cokolwiek!

Bogdan przysiadł ciężko w fotelu i przez chwilę milczał.

Synu, to nie takie proste. Póki jest naszą nianią, nie chcę ryzykować, iż odejdzie, jeżeli coś się popsuje. Dziewczynki się do niej przywiązały, to dla nich bardzo ważne.

Janek nie zamierzał ustępować.

Ona też cię lubi! Rumieni się jak mak pod twoim spojrzeniem. Sam spróbuj, ojcze! Na początek po prostu umówcie się razem z dziećmi, całą rodziną. Spacery, lody, zoo Przestanie być niezręcznie i zobaczysz, co dalej!

Bogdan poczuł ulgę może rzeczywiście warto zacząć od czegoś naturalnego. Wyobraził sobie wspólne wyjście do Parku Jordana, może do nowo otwartej kawiarni pod Wawelem Zdecydował: spróbują.

Dobrze, spróbujemy, jak mówisz. Ale jeżeli coś nie pójdzie

Obiecuję, iż nie będę się śmiał, tylko trzymam za was kciuki westchnął Janek.

Roześmiali się obaj, a z sąsiedniego pokoju rozległ się śmiech Zosi i Wandy bawiły się w chowanego ze mną. W sercu Bogdana zagościła nadzieja. Może rzeczywiście czas spróbować?

***********************

Bogdan często wracał do rozmowy z Jankiem. Słowa chłopaka nie dawały mu spokoju, a wspomnienia chwil, gdy Zosia była w pobliżu, pojawiały się coraz częściej. Zresztą, faktycznie coraz trudniej było nie zauważyć, jak pod jego spojrzeniem dziewczyna różowała, a on sam mimowolnie łagodniał, kiedy ją chwalił.

Któregoś popołudnia, w drodze z pracy, zaszedł do domu ostrożnie, słysząc szczebiot dzieci dobiegający z kuchni.

Zosiu, powiedz, iż nasz tata jest najlepszy na świecie! wołała Zosia, napędzana Wandą i Jankiem.

Oczywiście, najlepszy odparłam, zaplatając małej warkoczyk.

Troskliwy, dobry i pracowity powtarzała Zosia, a ja na każdy przymiot kiwałam głową.

I przystojny? dopytywała Wanda z przekornym błyskiem w oku.

Bardzo przystojny wyrwało mi się bezwiednie. Natychmiast poczułam, jak oblewają mnie rumieńce.

Szybko starałam się ukryć zakłopotanie:

Wasz tata jest najlepszym tatą pod słońcem. I bardzo was kocha.

A ty go lubisz? nie odpuszczała Wanda, wpatrzona we mnie szeroko otwartymi oczami.

Zamilkłam, w pokoju zapadła cisza. Janek, patrząc z boku, nie oddychał.

Ja ja O rany, już późno! wyrzuciłam z siebie, uciekając do kuchni. Kto mi dziś pomoże przy kolacji?

Nie miałam już ochoty wracać do tematu, ale dziewczynki podskoczyły ochoczo i pognały za mną.

Bogdan, stojąc jeszcze w progu, widział moją zaskoczoną i rozpromienioną twarz.

Może dziś zabierzemy się na pizzę? rzucił z szerokim uśmiechem. Wszyscy, razem.

Wybuchła radość:

Na pizzę! Hurra!
A będzie cola? Lody?
I plac zabaw?

Patrzyłam na tą domową euforia i nie mogłam powstrzymać uśmiechu. To miał być kolejny zwykły dzień, a stał się początkiem czegoś więcej.

**************

Mijały kolejne tygodnie. W rodzinie Zielińskich zapanował nowy, lepszy czas. Spacerowaliśmy razem po Plantach, odwiedzaliśmy muzea, choćby wybraliśmy się do Teatru Groteska na spektakl dla dzieci.

Po każdej takiej wspólnej wyprawie coraz częściej zostawałam z Bogdanem na dłuższą rozmowę przy herbacie, cicho, wieczorem, kiedy dzieci już spały. Przestałam się denerwować i rumienić, czułam się swobodnie.

Janek obserwował, jak życie w domu nabiera barw. Wiedział, iż jego plan zadziałał, a ojciec jest szczęśliwszy niż kiedykolwiek.

I tak, pewnego wieczoru, gdy dziewczynki spały, a w oknie mrugały światła miasta, Bogdan usiadł przy mnie na kanapie, wziął moją dłoń i powiedział szeptem:

Zosiu, nie wyobrażam sobie już życia bez ciebie. Bez twojego uśmiechu, cierpliwości, miłości do dzieci Zakochałem się w tobie. Chciałbym, żebyś została nie tylko nianią moich córek, ale moją żoną.

Zamknęłam oczy, żeby zebrać myśli. A potem odpowiedziałam cicho, ale z całego serca:

Ja ciebie też kocham I chcę być z wami.

***************

Nie potrzebowaliśmy wielkiego wesela. Wystarczyła skromna uroczystość w wiejskiej restauracji pod Krakowem. Byliśmy otoczeni rodziną i przyjaciółmi, ale najważniejsze były dzieci Zosia, Wanda i Janek.

Dziewczynki, wystrojone w różowe sukienki z kokardkami, sypały płatki róż, ściskały poduszkę z obrączkami i co rusz tuliły się do mnie i taty.

Tato, jesteś taki przystojny! szepnęła Zosia, gdy Bogdan pochylił się, by pocałować ją w czółko.

A Zosia wygląda jak wróżka! dodała Wanda, zachwycona moją białą suknią.

Janek stał dumnie przy ojcu. Po ceremonii, gdy sędzia ogłosił nas małżeństwem, skinął głową:

No, tata, mówiłem, iż damy radę!

Bogdan uśmiechnął się, objął syna i spojrzał na mnie z uczuciem.

Teraz jesteśmy rodziną powiedziałam, splatając nasze dłonie.

Reszta dnia upłynęła na śmiechu, toastach i tańcach. Gdy nadszedł czas tortu, Zosia i Wanda uparły się, by jako pierwsze spróbować kawałka, a potem biegały między gośćmi, roześmiane i szczęśliwe.

Wieczorem, gdy wszyscy już powoli się rozchodzili, wyszliśmy z Bogdanem na taras. Nad głową świeciły gwiazdy, a zapach kwiatów unosił się w powietrzu.

To był najpiękniejszy dzień w moim życiu powiedziałam cicho, wtulając się w męża.

I w moim odparł, obejmując mnie mocno. A najlepsze dopiero przed nami: cała rodzina, wspólne plany i szczęście, które razem zbudujemy.

Patrzyłam mu w oczy i wiedziałam: wszystko, co trudne i bolesne, już minęło. Teraz byłam częścią rodziny Zielińskich miałam dom, męża, dzieci i przyszłość, która wreszcie należała do mnie.

Idź do oryginalnego materiału