Nie taka Julka

twojacena.pl 6 godzin temu

Nie taka Julka

Julka! Znowu?! Jezu, co z ciebie za dziecko, jedna wielka katastrofa! Jak ty tak możesz?!

Mamo, ja nie wiem. To samo jakoś tak wyszło

Mama gwałtownie zdjęła z Julki brudną kurtkę, przemoczone śniegowce i czapkę bez pompona.

Wszystkie dzieci jakoś normalne, a ja…? Julka! Ileż można?!

Julka patrzyła ze smutkiem na rozdarty dół kiecki i tylko cicho westchnęła.

A przecież było tak wesoło! Kolejka wagoników wyszła świetnie! Szkoda tylko, iż Szymek ciągnął ją za sukienkę za mocno, aż się podarła. Pani Kasia powiedziała, iż ona szyć nie będzie, więc niech mama sobie sama radzi. Miała rację! Tylko, iż przez to trzeba było po podwieczorku aż do wieczora siedzieć na krześle w kącie. No bo przecież nie będzie świecić majtkami przed chłopakami To nie wypada! Tak babcia Julce mówi. A ona się już w życiu trochę zna.

Na przykład na tym, iż Julka jest po prostu taka. Mama się z tym nie zgadza, a babcia jakoś łatwiej jej się to przyjmuje.

Daj jej spokój, co ty jej ciągle wytykasz? Dziwne to jakieś!

Mamo, ty mnie tak wychowywałaś! To czemu teraz mówisz, iż źle robię? Jak ja jej nie wychowam, to co z niej wyrośnie?

Tak samo dobra i ładna, jak ty! Mało ci?

Daj spokój! Nie mam siły na twoje żarty! Julko, przebierz się! Już!

Julka, z ulgą nabierając powietrza w płuca, uciekła do swojego pokoju, a sprzeczka jej najukochańszych kobiet trwała dalej, już bez niej. W sumie, ona im niepotrzebna była tylko pretekstem do kłótni.

Raz Julka spytała babcię, co to adekwatnie znaczy być taką. Wtedy babcia tylko się roześmiała:

Sprzeczać się bez powodu jest nudno, kochanie. A jak o coś to jest sens!

To ja jestem waszym powodem?

Najważniejszym! Jesteś naszą jedyną i dlatego obie się zamartwiamy, jak wyrośniesz. I każda z nas robi to inaczej. Mama surowo, bo wierzy, iż inaczej nie można. A ja całą moją surowość już zużyłam na twoją mamę. Na ciebie nie starczyło. Muszę więc próbować inaczej. Cukierkiem, chociażby.

Nie lubię cukierków!

No dobrze, niech będzie czekoladka.

O, to co innego! Babciu, a mama mnie kocha?

Bardziej niż kogokolwiek na świecie! choćby bardziej niż ja! Żadnych wątpliwości nie miej.

To czemu ciągle na mnie krzyczy?

No właśnie dlatego

Dziwna ta wasza miłość Ty też mnie kochasz, a mnie nie krzyczysz.

Bo ja jestem babcia, a twoja mama to mama. Ona musi więcej. I dlatego jej miłość jest inna, rozumiesz?

Nie!

To jeszcze nie czas. Zrozumiesz później.

Tyle iż to później jakoś nigdy nie nadchodziło.

Julka czekała, czekała, a tymczasem z każdym rokiem mama stawała się coraz ostrzejsza.

No i co ja mam z tobą zrobić? Czekać, aż mi coś w życiu narozrabiasz?!

To słyszała regularnie, ale długo nie wiedziała, co to znaczy. Głupio się wtedy śmiała, wspominając swoją podartą sukienkę w przedszkolu. Ciągle ją korciło, by zapytać, jak niby przez tę dziurę coś zanieść, ale dobrze wiedziała, iż żartu mama nie doceni, a ona znowu oberwie za byle co.

Obawy mamy były jednak bezpodstawne.

Niepozorna, choć urodziwa, Julka szczerze uważała się za zwyczajną dziewczynę. Babcia mogła sobie swoje mówić przecież lustro nie kłamie!

A w lustrze Julka widziała Nic dobrego, ot co! Oczy za małe, warkocz z ciemnych włosków cieniutki, a na nosie piegi jak mak. Piękność, po prostu!

Prawdę o sobie Julka pojęła już dawno, więc nie przejmowała się swoim wyglądem. I jej, i mamie było łatwiej. Bo co? Nie potrzebowała markowych ciuchów. Na buty też się nie skarżyła. Stare trampki wystarczały na każdą okazję, oprócz jednej. Kiedy szła z babcią do teatru, musiała ubrać się porządnie.

Teatr kochała. Tylko rzadko się tam chodziło brakowało pieniędzy na bilety. Babcia, co mogła, odkładała z emerytury, ale zanim się uzbierało… Dlatego Julka poprosiła jeszcze w siódmej klasie sąsiadkę, żeby mogła jej pomagać przy dzieciach, i tak zarabiała swoje pierwsze złotówki. Bliźniaki były żywe, ale obrotne, więc Julka, która nie miała rodzeństwa, choćby to lubiła. To była bardziej frajda niż obowiązek.

Naprawdę! Przychodziła, bawiła się, łyżkę kaszy każdemu dała do buzi i do domu. Bez problemu! Nikt nie skakał po głowie, w zeszytach nie rysował, i pokoju nie musiała z nikim dzielić. Cudo!

Nie była z niej wielka egoistka, ale brak obecności ogarniała aż za dobrze. By wychować choćby dwoje dzieci, trzeba mieć pieniądze. A u nas? Mama była pielęgniarką na OIOM-ie, babcia na emeryturze. Najgorsze, iż nie było żadnego taty. Nigdy go nie widziała i, szczerze mówiąc, nigdy nie chciała.

Z mamą się o tym nie rozmawiało. Po co jej jeszcze nerwy psuć, i tak ma dosyć! Jedna Julka to już wyzwanie, a jeszcze babcia, która miewała gorsze dni. Nie pamiętała nawet, co działo się dwie godziny wcześniej, a czasem imienia.

Na szczęście, ojca Julki pamiętała na tyle, żeby jeszcze wnuczce opowiedzieć całą historię.

Nie była twojej mamie potrzebna.

Dlaczego?

Też taki był, co to do tańca i do różańca. Mówiłam jej! Ale zakochała się, słuchać nie chciała… Wmawiał jej, iż się ożeni, a wszyscy inni to tylko błędy młodości.

I wziął ślub?

Jasne! Twoja mama jak czego chciała, to dopięła. Tylko co z tego? Jak tylko się dowiedział, iż będzie miała dziecko, to zniknął bez śladu. Napisali tylko liścik. choćby adresu nie zostawił.

Jakiego?

Julka, po co ci to? To już sprawy dorosłych. Ale jedno mogę ci powiedzieć: twoja mama czekała na ciebie całą ciążę. Dbała o ciebie, choćby od złotówki do złotówki odkładała. Do dziś się o ciebie boi, to dlatego cię tak wychowuje.

Naprawdę?

A jakże! Po nocach czasem nie śpi, tylko patrzy na ciebie, głaszcze cię po włosach. Pytam złości się. To jej tajemnica, jej serce. Kocha cię, Julka. Każda jak umie, tak kocha. Zrozumiałaś?

A babciu, ty ją też tak wychowywałaś?

Pewnie! Wszystkie matki takie same są. Ze strachu o dziecko dziwne rzeczy robią, potem mają wyrzuty.

Ale czemu ten strach?

Za dziecko? Nie wiem, Julciu. Nie da się tego wyjaśnić. Sama zrozumiesz, jak będziesz miała swoje.

Na to Julka nic nie powiedziała, ale pomyślała sobie, iż ona swoich dzieci karcić nie będzie, tylko wszystko będzie robiła zupełnie inaczej. Naiwność Ale takie są dzieci.

Tylko, iż o dzieciach to jeszcze długo nie było mowy. I Julka nie wierzyła, iż kiedykolwiek będzie na nią chętny

Kto by się na taką połasił? Mała, nijaka i jeszcze uparta jak rzep. Jak już się przyklei, to trzeba żyć.

Po szkole medycznej trafiła do tego samego szpitala, co mama. I się zaczęło!

Nic nie było dobrze! Julka za aktywna, z pacjentami za serdeczna a trzeba z dystansem, bo będą sobie wchodzić na głowę. Po co się tak starać, skoro nikt nie doceni? Jedni wyleczeni, przyjdą kolejni. Czy masz się rozerwać? Trzeba spokojniej! Wszystkim nie pomożesz.

Ale Julka nie potrafiła inaczej. Każdego pacjenta żałowała. To w końcu człowiek! Cierpi, boli go. Cóż szkodzi podać zastrzyk czy poprawić poduszkę? O dobrym słowie nie wspominając. Przecież choćby kotu miło!

Mama ją ostrzegała:

Dziecko, nie wychylaj się! U nas takich nie lubią. Odwrócą się od ciebie i komu pomoże? Tobie? Mnie? Babci? Potrzebujemy teraz twojej pensji, nie oddamy babci do domu opieki Opiekunka za droga. Ty musisz pracować, a z babcią kto zostanie?

Mamo, nie mogę! Krzyczą na pacjentów, wyzywają

Praca ciężka, ludzie różni. Nie każdy ma tyle serca co ty. Fajnie byłoby inaczej, ale nie każdy potrafi. W waszym oddziale tylko trzy takie osoby jak ty to już dużo. Rozmawiałam z waszą oddziałową. Chwali cię, ale prosi, żebyś trochę się wyciszyła. Na siłę nikogo nie nauczysz, rozumiesz? Przykładem może się uda ale powoli.

To długo…

Ojej, Julka! Po kim ty to masz?

Po tobie, chyba

Julka!

Co?

Nic! Rób, co ci mówi mama!

Mhm

Julka nie chciała się kłócić, ale też nie zawsze słuchała mamy. No może i miała trochę racji, ale potem patrzyła na babcię z trzeciej sali złośliwą jak sto pcheł która zawsze się do Julki rano uśmiechała. Nigdy na nią nie narzekała, tylko na inne siostry. Na Julkę nie.

A przecież takich osób było więcej. Zmęczonych, poobijanych przez życie, obgryzających się z rodziną. Julka widziała i słyszała. Przychodzą, a kłócą się o spadek czy bzdury. Pacjenci potem płaczą i są źli Jak ich nie zrozumieć?

Mama nie chciała choćby o tym słyszeć. Dla niej ważne było jedno: żeby Julce nie stała się krzywda. Ale czy da się być szczęśliwym, gdy wokół tak wielu cierpi?

Nie wszystkich da się pocieszyć, ale kogoś na pewno.

Niech śmieją się w oddziale i mówią, iż Julka zakonna i powinna iść do klasztoru. Ich sprawa! Babcia zawsze mawiała, iż karawana idzie dalej, mimo wszystko

I tak Julka maszerowała przez życie. Sunęła po piasku i czasem się dusiła z pragnienia.

Bo najgorzej, gdy mało jest tych, co naprawdę rozumieją. I gdy nie masz obok kogoś, kto powie, iż jesteś właśnie taka…

Może Julce tak bardzo nie brakowało cudzej aprobaty. Przyzwyczaiła się już żyć bez niej, nie cierpiała mocno. Ale odkąd babcia całkiem odpadła, z kim tu była pogadać? Mama tylko narzekała, żeby Julka zaczęła myśleć o sobie. Przyjaciółki wychodziły za mąż jedna po drugiej, choćby przekazując jej swoje bukiety.

choćby nie rzucaj! Tobie już czas na małżeństwo, Julka! Masz łap!

Przyjmowała bukiety, żeby nie robić przykrości, ale tego jedynego, co miał się pojawić zaraz po przechwyceniu kwiatów, jakoś nie było. Może się zgubił, a może Julce natura go nie przewidziała. Tak też bywa. Może ktoś od początku nie jest połówką, tylko cały? Sam sobie wystarcza?

No więc pogodziła się z losem. Przestała czekać. Marzyć jak Tatiana z Eugeniusza Oniegina nie miała serca nie przyznałaby się nigdy pierwsza, choćby choćby było komu.

Krążyła między szpitalem, schroniskiem, gdzie czasem pomagała przyjaciółce, która je prowadziła, i łóżkiem babci, która już prawie jej nie poznawała. Mama tylko wzdychała, goniła do koleżanek, ale wiedziała, iż to już nic nie da. Julka przeobrażała się w klasyczną starą pannę, nie chcąc słyszeć o miłości ani rodzinie.

Mamo, to może powiesz wprost, iż chcesz wnuków? Urodzę ci choćby dwójkę. Teraz to takie proste.

Julka! Co za cynizm?!

A co? Książąt jest mało, nie dla wszystkich starczy! No i co ty ode mnie chcesz?

Żebyś była szczęśliwa, Julciu

To nie mów mi więcej o jakimś poukładaniu sobie życia. Moje jest niepoukładane i choćby nie chce się układać. Jest mu tak dobrze! Zostaw to. I tak ciężko mi na sercu.

Mama milczała, głowiąc się, do kogo mogłaby jeszcze ją poznać. Synowie koleżanek już zajęci, pozostało czekać na łaskę losu.

A los postanowił dać szansę. Zupełnie nie tak, jak to sobie Julka wyobrażała.

Myślała, iż jej wybranek po prostu się objawi i będzie cierpliwie czekać na odpowiedź. A tu wszystko wyszło inaczej.

Ale po kolei.

Główną rolę w spektaklu Julki, zatytułowanym Życie, odegrała właśnie ta zrzędliwa babcia, którą znała już cały oddział. Leżała u nich dwa razy do roku, za każdym razem wywołując popłoch wśród personelu.

Znowu będzie składać skargi! Julka, to twoja faworytka, więc ty ją przywitaj!

Pani Maria, tak miała na imię, kwitła na widok biegnącej korytarzem Julki.

Moja dziewczyno! Jak się cieszę, iż cię widzę! Przynajmniej jedna ludzka twarz wśród tych wampirów!

Oj, proszę pani, wszyscy są tu w porządku!

Ty jesteś młoda, to nie rozumiesz, kto jaki. Ja już się znam! Nie dyskutuj!

Nie będę! Zaprowadzę panią do sali, bo już wszystkich pani wystraszyła.

I dobrze! Niech się boją! Na zdrowie im wyjdzie!

Ale z pani złośliwiec, pani Mario…

Zgadza się! Ale jeszcze jestem puszysta. To ty mojej kotki nie znasz! Ona to jest dopiero charakterek!

Julka kiwała głową, zapominając zaraz słowa. Szkoda, bo miała się jeszcze z tą kotką spotkać.

Stało się to, gdy pani Maria pojawiła się w szpitalu wyjątkowo cicha. Nikogo nie beształa, nie dyskutowała, tylko w milczeniu podążyła za Julką do sali i położyła się, odwracając do ściany. Na pytania Julki tylko machnęła ręką.

Idź, dziecko potem…

Po kilku godzinach Julka już wiedziała i o diagnozie, i iż pani Maria sama chciała trafić do szpitala.

Pokłóciła się z dziećmi i teraz cierpi. Też mi! Ochłodziła stosunki, to nie powinna się dziwić, iż sama została…

Julka nie skomentowała. Łatwo oceniać innych, gdy się nie wie, co naprawdę się u nich dzieje. Każdy ma swoją rację.

Po dyżurze Julka wstąpiła do sali Pani Marii.

Jak się pani czuje? Coś przynieść?

Długo patrzyła na nią zamyślonym wzrokiem. Już miała wyjść, gdy pani Maria powiedziała:

Julciu, chciałabym cię o coś poprosić Tylko wstyd mi bardzo Nigdy nie prosiłam, zwykle wymagałam. Moja mama mnie tak nauczyła: jak chcesz czegoś, to idź i bierz, sama sobie poradzisz! Ale jak przyjdzie moment, iż już sama nie możesz, to co wtedy?…

O co chodzi, proszę mówić, niech się pani nie boi.

Wiesz, mam całą rodzinę, ale nie mam do kogo się zwrócić. Życie, życie Dzieci się wychowało, mieszkania im dałam, a teraz… niepotrzebna. Ale kotka moja… Julka, czy możesz zabrać moją Mańkę?

Kogo…?

Moją kicię! Jest mądra, tylko z charakterem! Teraz, jak do szpitala się szykowałam, to nie chciała mnie wypuścić! Wszystko rozumie!

Julka stanęła bezradnie.

Kochała zwierzęta, ale w domu ich nigdy nie trzymały. Dbały o babcię, zresztą, to dodatkowe wydatki, a pieniędzy ledwie starczało.

Ale odmówić pani Marii nie mogła. Miała w oczach prośbę tak ogromną, iż jasne było, iż kot to dla tej kobiety ostatnia radość. Może i dziwne, ale prawdziwe. Julka zdecydowała, iż nie jej oceniać. Cudze serce to nie twoja sprawa. jeżeli możesz dać komuś trochę światła daj, osądź potem siebie.

Pod koniec dyżuru spytała mamę, co sądzi, i pojechała po Mańkę.

Wezmę ją na czas pani leczenia, pani Mario. A jak pani wyzdrowieje, oddam z powrotem.

Pewnie, Julciu…

Pani Maria kiwała głową, po raz pierwszy wyglądając na zwykłą, starszą panią, a nie zgryźliwą jędzycę.

Pod jej blokiem Julka się zawahała. Klucze dostała, ale wejść samej trochę się bała. Pokręciła się na klatce, a potem zapukała do losowych drzwi.

Słucham? Miła dziewczyna z niemowlakiem otworzyła jej drzwi.

Przepraszam, pani Maria poprosiła, żebym zabrała jej kotkę. Może poczeka pani chwilę, aż ją złapię?

Boisz się wejść sama? Dobrze robisz. Ona uparta, kotka pewnie też. My poczekamy, prawda, Stasiu?

Staś zgadnie z mamą, a Julka weszła i…

Zanim się rozejrzała, czarna błyskawica przemknęła przez korytarz, wypadła na schody i tyle ją widzieli! Julka choćby nie zdążyła się zdziwić.

Drzwi zamknij! zawołała sąsiadka i Julka wróciła. Nie złapiesz jej teraz. Jest szybka i zła! Uważaj na ręce, jak złapiesz. Powodzenia!

Dzięki!

Julka krzyknęła, zbiegając na dół, zaklinając, by drzwi do klatki były zamknięte.

Niestety! Były otwarte, a kilku silnych facetów taszczyło z auta pudła z meblami.

Nie widzieliście kota? spytała bez nadziei.

Jeden pokazał w stronę drzew jest, uciekła na drzewo!

Reszta się zaśmiała, widząc Julkę biegającą pod drzewem, z którego kot wyraźnie prychał, ale pomagać nie mieli zamiaru ich to nie obchodziło.

Julka w ciemności ledwo wypatrzyła kotkę, ale ją słyszała i czuła na sobie jej wzrok.

Maniusia, kici-kici!

Odpowiedział jej wściekły warkot.

Ty wstrętna… mruknęła, wzdychając.

Nie było rady. Musiała wejść na drzewo. Kot sam nie zejdzie.

Dziedziniec opustoszał, zaczęło mżyć, a chłód wdzierał się pod kurtkę. Chciałoby się być już w domu pod kocem z kubkiem herbaty, choćby na maminy kazanie by się zgodziła, byleby tylko nie wspinać się w ciemności na drzewo.

Ale cóż. Słowo się rzekło.

Założyła plecak, złapała za gałąź.

Dalej! Jeszcze jedna!

Warkot był coraz głośniejszy, aż wreszcie szybka łapa mignęła przed twarzą.

Maniusia, ty już całkiem…? Zaraz…

Już chciała powiedzieć, iż jej ogon skróci, ale zrezygnowała, skoro babcia twierdziła, iż kotka rozumie pewnie rozumie… Jeszcze gotowa się obrazić.

Julka wspięła się wyżej i złapała przemokniętą kotkę za kark.

Puść gałąź!

Teraz Julka syczała nie gorzej niż kotka, i jakby ta uznała w tym pokrewieństwo, bo w końcu się poddała i pozwoliła się wsadzić pod kurtkę. Tam było sucho i ciepło, więc zamilkła, a Julka zrozumiała, iż trudniejsze dopiero przed nią zejść na dół.

Nie cierpiała wysokości, a gałąź była wyżej, niż myślała. Zasunęła kotkę pod kurtkę, spojrzała w dół, zamknęła oczy.

Mamo…

Daleko było do ziemi…

Nie, nie. Bardzo daleko…

Julka poruszyła się, ale wiedziała, iż sama nie da rady.

Deszcz padał coraz mocniej; Julka narzekała już prawie jak pani Maria.

No pięknie, Maniusia! Nie mogłaś po ludzku?! Po co tam wlazłaś?!

Kotka tylko się wbiła pazurkami w sweter, wyczuwając nowy ton w głosie, aż miałaby ochotę zamiauczeć jak wtedy, gdy jej pani żegnała się z nią mokrym policzkiem.

Czas mijał, wyjścia brakowało. Julka tkwiła na gałęzi, przeklinając swoją naiwność. Kota uratowała… A kto ją teraz uratuje?

Telefon dzwonił bez przerwy w kieszeni, ale bała się ruszyć, żeby nie spaść z drzewa.

Zawołać o pomoc wstydziła się. Po co ludzi niepokoić? Sama sobie winna!

Hej! Wygodnie ci tam?

Ironizujący głos zabrzmiał tak nagle, iż Julka aż się wzdrygnęła, prawie spadając z drzewa.

O nie, nie spadaj! Zaraz cię zdejmę! Tylko poczekaj chwilkę.

Chłopak uspokajał ją tak, jakby mogła gdziekolwiek się stamtąd ruszyć.

Jasne, jasne, nie martw się! Czekam!

Jej sarkazm został przyjęty z zamyśleniem:

Hmmm…

I odszedł. Julka wściekła się na siebie, iż znowu lepiej nie wyszło.

Widzisz! Zniknął… Maniusiu, czemu ja jestem taka…

Nie zdążyła się dokończyć.

Chłopak wrócił.

Przystawił do drzewa drabinę, nie wiadomo gdzie ją znalazł, i rozkazał:

Schodź! Chyba, iż masz zamiar tu nocować?

Julka, zamkniętymi oczami, pokręciła głową, potem przypomniała sobie, iż nie może tego wiedzieć.

Boję się…

Ledwie skończyła, ktoś złapał ją za kostkę, sunęła po mokrej gałęzi i nagle była na drabinie, nie wiadomo kiedy.

Trzymaj się! Pomogę ci! Powoli!

Musiała się podporządkować. Schodziła wolno, czując wsparcie chłopaka.

Gdy stanęła na ziemi, Maniusia wyrwała się z kurtki, ale Julka już była czujna. Złapała ją znów za kark i z powrotem pod kurtkę.

Siedź cicho! Obiecałam twojej pani, iż się tobą zaopiekuję!

Jesteś zdecydowana…

Chudzielczak z zadziornym uśmiechem przyglądał się Julce.

Odprowadzić cię?

Sama sobie poradzę! fuknęła, ale zaraz w duchu siebie zganiła. No brawo! Człowiek szedł swoją drogą, tu nagle mokra dziewczyna z kotem na drzewie, ściąga z drabiny, a ona fuka. Naprawdę, mama miała rację, iż nie taka jak inne! Zamiast podziękować, warczy jak Maniusia!

Przepraszam… Dziękuję! Siedziałabym tam do rana, gdyby nie pan!

A po co?

Boję się wysokości!

To po co wchodziłaś na drzewo?

No… za kotem! Przepraszam, muszę już lecieć, mama się martwi.

Czemu mówisz na pan? Po tym, jak widziałem twój mokry tyłek i ratowałem cię narażając życie, mów mi po prostu Olek. Chodź, odprowadzę cię do tramwaju. Mieszkasz daleko?

Nie bardzo

Nagle Julka poczuła, iż już jej nie jest zimno. Przeciwnie, coś ją unosiło nad ziemią, łaskotało w palcach i chciało się śmiać z każdego słowa Olka.

A Maniusia grzała się pod kurtką spokojnie, jakby bała się choćby zamiauczeć, żeby nie spłoszyć tego dziwnego szczęścia. Tego nie było widać, ale choćby kot je wyczuwał.

I Olek odprowadził Julkę do domu. Następnego dnia czekał na nią po pracy w szpitalnym ogrodzie. Razem poszli do sklepu po żwirek i karmę (bo jak się okazało, Maniusia byle czego nie ruszy, woli głodować, niż jeść, co jej nie smakuje).

Julka opiekowała się kicią tylko tydzień do czasu, aż po Marię przyszła córka i odnalazła Julkę.

Wie pani, mama tak za nią tęskni Niech będą razem.

Odbierze pani mamę do siebie?

Oczywiście! To przecież moja mama! Zawsze tylko narzekała, iż nie chce się przeprowadzać, ale teraz już musi. Dziękuję bardzo!

Julka pomachała jej na pożegnanie, a wychodząca kobieta tuliła mruczącą kotkę. Kolejny raz Julka pomyślała, iż obca dusza i obca rodzina to ciemna mgła. Nie warto zgadywać, bo wszystko może być inne, niż się wydaje. I jeżeli ktoś chce choćby maminych zwierząt, to znaczy, iż nie wszystko takie jednoznaczne, jak sądzimy.

I w ogóle, zamiast się głowić, co komu w życiu pisane, lepiej własne życie budować. Zwłaszcza, gdy pojawia się ktoś, z kim chcesz to zrobić. Wtedy nie będzie miało znaczenia, kto pierwszy powie o uczuciach, bo liczyć się będzie tylko jedno:

Że ten, z kim warto budować dom, znajdzie dla ciebie czas i drabinę dokładnie wtedy, kiedy jej będziesz potrzebować. I nigdy nie powie ci, iż jesteś nie taka. Bo dla niego nie będzie lepszej osoby na świecie.

Idź do oryginalnego materiału