Nie ta panna młoda.
Walerek był rozchwytywany, jak świeże pączki w tłusty czwartek. Nigdy nie dawał ogłoszeń ani w Gazecie Wyborczej, ani nie pchał się do telewizji a jednak jego numer telefonu krążył po mieście szybciej niż najnowsze plotki u fryzjera. Poprowadzić koncert? Żaden problem! Jubileusz, komunię albo huczne wesele? Świetnie! Zdarzyło mu się choćby prowadzić zakończenie roku w przedszkolu. Zachwycone były nie tylko dzieci, ale i ich matki!
Zaczęło się niewinnie. Najlepszy kumpel się żenił, a zamówiony wcześniej wodzirej przepadł, bo jak się później okazało, zaszył się w jakiejś mordowni. Nie było kiedy szukać nikogo nowego, więc Walerek złapał za mikrofon.
W szkole działał w samorządzie, w liceum grał w teatrze Maskarada, a na studiach był filarem kabaretu studenckiego i imprez w stylu Juwenalia. Improwizacja wyszła mu świetnie jeszcze na sali dwie osoby podeszły z pytaniami o poprowadzenie ich imprez.
Po studiach Walerek zatrudnił się w jednym z warszawskich instytutów naukowych. Zarabiał tyle, iż po zrobieniu zakupów w Biedronce musiał kombinować z końcówką tygodnia. Pierwsze pieniądze z imprez dały mu kopa do życia brał każdą robotę, cieszył się nie tylko finansowo, ale i duchowo. Już po kilku miesiącach zarobki z wodzirejstwa grubo przebijały naukowy etat na poziomie asystenta.
Po roku postanowił iść va banque: rzucił instytut, za odłożony grosz kupił porządną aparaturę i otworzył działalność gospodarczą. Żeby było dalej profesjonalnie, zapisał się na lekcje śpiewu bo głos miał, ucho też. gwałtownie został śpiewającym wodzirejem, a trzy razy w tygodniu dorabiał w restauracji Pod Złotym Knedlem jako wokalista.
Niedługo stuknęła mu trzydziestka. Był przystojny, w miarę zamężny finansowo i znany w całej okolicy jako niezły śpiewak, DJ i absolutny król imprez. Żonaty? Po co, skoro dziewczyny wisiały na niego jak kiście winogron w sierpniu na jarmarku w Kazimierzu? Ale życie szło do przodu, znajomi się rodzili, dzieci im się żeniły (czy odwrotnie), i Walerek zaczął przebąkiwać o spokojnym domowym ognisku. Tylko niestety nie było z kim! Przelotne znajomości go nie interesowały, marzył o jednym i tym, żeby raz, a porządnie, na całą wieczność.
Muszę poznać jakąś gimnazjalistkę, wychować ją po swojemu a jak stuknie osiemnastka, to brać za żonę. Ideał! wymyślił któregoś dnia (bez ironii się nie da, naprawdę).
W tym celu brał choćby zlecenia na studniówki i zakończenia roku, wypatrując perełki. Niestety, współczesne dziewczyny bardziej przypominały mu dinozaury niż wymarzoną połowicę. Ale nie tracił zapału; jak mawiał, polował na rzadkiego zwierza. Wtedy, proszę państwa, polscy bogowie postanowili zrobić sobie z niego żart.
Najpierw wszystko wyglądało zupełnie niewinnie. Zadzwoniła kobieta, powołała się na znajomych:
Szukamy wodzireja na wesele. Ma pan wolny termin na 17 czerwca? Cudownie! Możemy się spotkać?
Spotkali się. I wtedy Walerek po raz pierwszy w życiu zrozumiał, co znaczy nogi się uginają. Pani, która przedstawiła się jako Ksawera, była wręcz genialna, wręcz olśniewająca. Mówiła rzeczowo, konkretnie: trzeba to, to i tamto. Walerek patrzył na nią jak w obrazek, myśląc sobie komuś się trafiło! Nie tylko śliczna, ale i mądra, rzadkość. Wyglądała na 25 lat, może ciut więcej, ale jak wspomniała o byciu w ZSMP (polski odpowiednik komsomołu), to musiała mieć przynajmniej czterdziestkę.
Dogadali wszystko, podpisali umowę, choć Ksawera oponowała:
Po co ta cała papierologia? Mam do pana zaufanie, same dobre opinie!
Walerek jednak był służbistą. Do każdego zlecenia podpisywał umowę, zawsze wykonywał swoją część i tego samego wymagał od innych. Stanowczo nalegał na papier:
Do ZUS-u papier musi być, nie mam ochoty się potem tłumaczyć.
A naprawdę, jak przyznał potem sam przed sobą, chciał tylko mieć potwierdzenie materialne, iż Ksawera naprawdę istnieje, a nie jest snem na jawie.
W tym momencie zadzwonił telefon kobiety:
O, zaraz, to pewnie mój przyszły mąż po mnie podjechał. Podrzucić pana gdzieś?
Walerek grzecznie odmówił, ale odprowadził klientkę do auta. Zawsze to robił, kiedy para przychodziła osobno pozwalało mu podpatrzeć dynamikę między narzeczonymi. Tym razem jednak pchała go nie ciekawość, a zazdrość pomieszana z nutą rozpaczy. Tym większą, gdy z auta wyskoczył młodzieniec młodszy od niego:
Ksawera, wszystko ok?
Ta tylko się uśmiechnęła, w stylu a czemu miałoby nie być?. Wsiadła, chłopak zatrzasnął drzwi i zwrócił się do Walerka:
To pan będzie prowadził nasze wesele? Miło poznać, Sławek mi o panu mówił, podobno jest pan najlepszy! wyciągnął rękę Sorry, nie przedstawiłem się, Ksawera mnie tu zaraz przeszkaluje. Robert, narzeczony.
Walerek miał ochotę rzucić się na pana Roberta i obić mu nos, ale tylko uścisnął dłoń:
Walery, miło poznać.
Od tego dnia stracił spokój ducha i spokojny sen. Szukał byle pretekstu, by zadzwonić do Ksawery, usłyszeć jej głos, zobaczyć ją… Dzień wesela zbliżał się szybciej niż kolejka w PKO BP na koniec miesiąca. Zwierzył się jedynie najlepszemu kumplowi, który zgryźliwie zapytał:
A co, z gimnazjalistek już żadnej nie da się urobić na żonę?
Walerek tylko machnął ręką:
Jakie gimnazjalistki? Ksawera to ideał, nikt inny mnie nie interesuje!
To pogadaj z nią doradzał przyjaciel, na co Walerek reagował nerwowo:
Chyba zwariowałeś? Ona za mąż wychodzi, pewnie kocha chłopa. Po co jej taki jak ja, z głową w chmurach?
Czasem podjeżdżał szeroko uśmiechnięty Robert:
Ksawera kazała to przekazać
W takich chwilach Walerek miał ochotę rzucić się na pana młodego z nożem do masła. Myślał nawet, żeby olać wszystko i zrezygnować z prowadzenia wesela najwyżej opinia ucierpi! Ale wtedy już nigdy by jej nie zobaczył. I z tego powodu łamał się, jak barszcz wigilijny.
Na dwa dni przed weselem Ksawera znów odwiedziła Walerka, żeby jak to ujęła dopolerować scenariusz, żeby wszystko było tip-top. W biurze trwał remont, więc spotkali się w kawalerce Walerka. Rozmowa zeszła z tematu na temat, było sporo śmiechu, atmosfera jak w kultowej komedii Barei. Wreszcie, gdy wszystko ustalili, Walerek zaproponował szampana:
Wypijmy za idealne wesele.
Ksawera ochoczo przyklasnęła:
Jak najbardziej!
Miała w sobie wtedy tyle światła, iż Walerek stracił głowę do reszty. I jak to opowiadał potem szampan dał mu odwagę: pocałował ją. A ona odpowiedziała. I potem no cóż, o tym milczą choćby najlepsze ciotki na rodzinnych spotkaniach.
Obudził się nagle, w głowie mętlik. To był sen czy najpiękniejsza noc w życiu? Gdy wtulił się w poduszkę, poczuł zapach jej perfum. A więc jednak! Drżąc zadzwonił do Ksawery:
Cześć
Ona spokojnie, jak gdyby nigdy nic:
Hej! Wszystko u ciebie ok? Wybacz, iż wyszłam jak angielska królowa bez pożegnania, ale sam rozumiesz wesele na karku.
No ale wesele się odbędzie? wypalił.
Oczywiście! Czemu miałoby się nie odbyć? Wszystko gra! odparła beztrosko.
Niepojęte! Wesele się odbędzie, a ona jutro patrzeć będzie swojemu narzeczonemu prosto w oczy? Co robić, zerwać ceremonię? Ale po co mu taka wyrachowana zołza? Zresztą odpowiedź znał: chce ją, każdą wersję.
Przyszedł więc do restauracji dzień wcześniej. Dekoratorki kończyły stroić salę i puszczały do niego oczka. I wtedy…
Nie uwierzył własnym oczom: podeszła Ksawera.
Hej, uciekłam zaraz po rejestracji, bardzo chciałam cię zobaczyć rzuciła z uśmiechem jak z reklamy pasty do zębów. Ale ty jakiś nie w sosie, Walerek?
Nic nie rozumiem wymamrotał Czyli była rejestracja? A potem uciekłaś?
No tak, głuptasie. Po co miałabym z młodzieżą po Warszawie śmigać, skoro mogę z tobą posiedzieć? Lubisz mnie jeszcze trochę?
Zaraz, z jaką młodzieżą? To nie ty bierzesz ślub?
Przez chwilę Ksawera patrzyła na niego oszołomiona, a potem wybuchła takim śmiechem, iż choćby plastikowe krzesła się zatrzęsły.
Oczywiście, iż nie! To moja córka, Ksenia! Studiuje w Gdańsku, właśnie przyleciała. Przestała się śmiać. Myślałeś, iż JA wychodzę za mąż?
I dwa dni przed ślubem mam romans z innym? Ładną masz o mnie opinię
Wtedy dotarło do niego, iż Ksawera nigdy nie powiedziała ja ani my, tylko panna młoda z panem młodym. Robert nie mówił Ksenia, tylko cały czas oficjalnie Ksawera, na pani. No głupio wyszło. I wtedy spytał nareszcie:
A ty? Jesteś wolna?
Kiedy ona kiwnęła potakująco głową, wypalił z siebie:
Wyjdź za mnie! Proszę
Wesele było bajkowe, Walerek przeskoczył samego siebie, goście byli zachwyceni. Młodzi podeszli podziękować:
Dziękujemy bardzo, nie wiemy, jak się odwdzięczyć!
Ja się odwdzięczę! uśmiechnęła się Ksawera. Wy idźcie, już limuzyna czeka, a ja tu wszystkiego dopilnuję
Wiadomość, iż Walerek żeni się z kobietą dziewięć lat starszą, rozniosła się po rodzinie z prędkością światła. Na początku patrzyli podejrzliwie, ale gdy ją poznali, stwierdzili zgodnie:
No, w takiej to łatwo się zakochać!
Ksenia i Ksawera urodziły dzieci w odstępie dwóch tygodni. A Walerek ponoć ciągle prowadzi najlepsze wesela w Warszawie.








