Obca narzeczona
Dziś znowu dopadły mnie wspomnienia. Przeglądając stary kalendarz, z trudem uwierzyłem, jak bardzo przez ostatnie lata moje życie się odmieniło. Jeszcze dziesięć lat temu byłem rozrywany na kawałki przez tysiące zobowiązań zresztą, do dziś wszystko się toczy siłą rozpędu. Nigdy nie zamieszczałem ogłoszeń w gazetach ani nie szukałem klientów w internecie. Wszystko przebiegało zupełnie swojsko, po polsku: moje imię, telefon, a czasem choćby żarty, rozprzestrzeniały się pocztą pantoflową po całym Poznaniu. Prowadzenie koncertu? Bezproblemowo! Urodziny, wesele? Żaden kłopot! Raz choćby byłem konferansjerem na balu przedszkolaków. I o dziwo podbiłem nie tylko serca dzieci, ale również ich mam!
Wszystko zaczęło się niewinnie. Mój dobry znajomy się żenił. Zamówiony wodzirej nie pojawił się na weselu później okazało się, iż popłynął w tygodniowy ciąg po imieninach szwagra. Nie było wyjścia, złapałem za mikrofon i poprowadziłem zabawę.
W liceum działałem w teatralnym kółku, w studenckich latach byłem w SKS-ie i nie opuszczałem ani jednej „Juwenalii”. Improwizacja weszła mi w krew, a tamtego dnia wypaliłem jak rasowy konferansjer. Już pod koniec zabawy podeszły do mnie dwie osoby z zaproszeniem, by poprowadzić ich własne imprezy.
Po studiach dorwałem etat asystenta w jednym z poznańskich instytutów naukowych. Zarabiałem grosze, ledwie na życie starczało, ale wieczorami i w weekendy coraz śmielej chwytano mnie w roli wodzireja. Na własnej działalności gwałtownie zarobiłem więcej niż w instytucie przez pół roku. W końcu zdobyłem się na decyzję: rzuciłem etat, za oszczędności kupiłem profesjonalny sprzęt, założyłem działalność gospodarczą i oficjalnie zacząłem pracę w branży rozrywkowej. Brałem choćby lekcje śpiewu, bo słuch miałem nienajgorszy, a głos ponoć „z ikrą”. Niebawem byłem już nie tylko wodzirejem, ale i śpiewającym prowadzącym trzy razy w tygodniu dorabiałem jako wokalista w renomowanej poznańskiej restauracji.
Teraz, gdy stuknęła mi trzydziestka, jestem całkiem przystojny, nieźle sytuowany i w pewnych środowiskach dość rozpoznawalny. Samotny jednak, choć kobiety wieszają się na mnie na imprezach całymi grupami. Ale znajomi powoli się żenią, pojawiają się dzieci, a ja coraz częściej myślę o tym, iż fajnie byłoby wieczór spędzić bez muzyki, za to przy kubku herbaty i z kimś, kto po prostu jest blisko. Chciałbym raz, a porządnie na całe życie.
Czasem myślę żartem: „Trzeba by poznać licealistkę, wychować ją po swojemu, a jak skończy 18 lat wziąć ślub. Gwarancja idealnej żony!”. Z ciekawości prowadziłem czasem studniówki i półmetki w nadziei, iż może jakaś mi się spodoba. Ale dzisiejsze dziewczyny są zupełnie inne, niż sobie wyobrażałem. Nie tracę jednak nadziei wzrokiem wypatruję tej jedynej, jak sam to określam: „poluję na rzadkiego zwierza!”. I tak oto los postanowił ze mnie zakpić.
Najpierw nic nie zwiastowało niespodzianek. Zadzwoniła kobieta, powołując się na wspólnych znajomych:
Potrzebujemy prowadzącego na wesele. Ma pan wolny 17 czerwca? Świetnie! Czy możemy się umówić?
Spotkaliśmy się w kawiarni. I wtedy przysięgam po raz pierwszy w życiu poczułem, jakby ziemia zadrżała mi pod stopami. Pani przedstawiła się jako Ksenia. Była po prostu zjawiskowa: piękna, elokwentna, konkretna. Valeria po prostu nie mogłem oderwać od niej wzroku! Do tego wszystkiego inteligentna rzadkość! Wyglądała na oko na jakieś 25, może ciut więcej, ale potem, w rozmowie, napomknęła, iż należała kiedyś do harcerstwa za głębokiego PRL-u więc musiała mieć około czterdziestki!
Ustaliliśmy wszystkie szczegóły, choć Ksenia chciała zrezygnować z pisania umowy:
Po co te formalności? Polecano mi pana, ufam panu w stu procentach.
Ale zawsze pilnowałem, by ustalać warunki oficjalnie.
Rozliczam się z urzędem skarbowym, musi być czarno na białym.
Tak naprawdę jednak chciałem tylko upewnić się, iż to się dzieje naprawdę, iż Ksenia istnieje i właśnie postanowiła powierzyć mi prowadzenie swojego wesela.
W tym momencie zadzwonił jej telefon, przyszła SMS-ka:
O, to pewnie mój przyszły zięć po mnie przyjechał. Podrzucić pana gdzieś?
Grzecznie odmówiłem, ale wyszedłem odprowadzić ją do samochodu tradycyjnie sprawdzam, jak para młoda się dogaduje, jak na siebie patrzą. Tym razem jednak nie kierowała mną ciekawość, tylko ukłucie zazdrości i przykrego rozgoryczenia. Spodziewałem się faceta we właściwym wieku, dystyngowanego pana. Z auta jednak wysiadł młody chłopak, młodszy choćby ode mnie!
Kseniu, wszystko w porządku?
Ona tylko się promiennie uśmiechnęła:
A jak może być inaczej? Wsiadła do auta. Chłopak zamknął przed nią drzwi, podszedł do mnie i wyciągnął rękę: To pan prowadzi nasz ślub? Super! Sławek mówił, iż jest pan najlepszy. Przepraszam, nie przedstawiłem się Robert, przyszły pan młody.
Najchętniej rzuciłbym się na niego z pięściami i zedrze z tego uśmiechu ale wydukałem tylko:
Szczerze miło.
Od tego dnia nie zaznałem spokoju. Znakomity pretekst, by zadzwonić do Kseni, usłyszeć jej głos, zobaczyć się Zbliżał się dzień ślubu, a ja wariowałem. Jedynemu przyjacielowi, który słuchał moich żali, odpowiadałem z goryczą:
A gdzie te licealistki, co chciałeś wychowywać na żonę?
A ja tylko machałem ręką:
Jakie licealistki? Ksenia to kobieta idealna! Nikt inny mnie nie interesuje!
To porozmawiaj z nią szczerze doradzał, a ja wściekałem się:
Zwariowałeś? Wychodzi za mąż, więc kocha! Co ja będę się narzucał?
Od czasu do czasu zaglądał promieniejący euforią Robert:
Ksenia kazała przekazać
W takich chwilach nienawidziłem go z całych sił. Myślałem nawet, by zrezygnować z prowadzenia tej imprezy trudno, niech idzie sława! Ale przecież wtedy już nigdy nie zobaczę Kseni. I znów tchórzliwie wycofywałem się z tego.
Na dwa dni przed weselem Ksenia wpadła jeszcze raz. „Podrasujmy scenariusz, żeby było idealnie” powiedziała. Biuro było w remoncie, spotkaliśmy się więc u mnie w domu. adekwatnie niemal nie o sprawach zawodowych rozmawialiśmy, dużo żartowaliśmy, śmialiśmy się bez końca. W końcu uzgodniliśmy ostatnie szczegóły i nalałem dwa kieliszki szampana.
Za idealne wesele!
Ksenia podchwyciła nastrój:
Czemu nie!
Była cudownie piękna, światło w oczach miała jak dziewczyna. Szampan dodał mi odwagi; pocałowałem ją. Odpowiedziała z żarliwością. Świat zawirował.
Obudziłem się nagle. Otworzyłem oczy. To był tylko sen czy jednak nie? Zapach jej perfum unosił się na poduszce Tak, to wydarzyło się naprawdę. Zacząłem się dusić od niepokoju: i co teraz? Nie odwołają wesela? Wybrałem numer Kseni:
Hej
Odebrała jak gdyby nigdy nic:
Cześć! Jak tam? Przepraszam, iż rano wyszłam, ale sama rozumiesz, jutro ślub, wszystko na głowie.
To wesele będzie? wychrypiałem niemal.
No pewnie! Skąd pomysł, żeby odwoływać? Wszystko perfekcyjnie!
Poczułem się okrutnie jak to możliwe: tak po prostu, bez uczucia winy, zakładać suknię i patrzeć w oczy narzeczonemu? Zadręczałem się, kombinowałem: zerwać wesele? Ale czy chcę kobiety aż tak wyrachowanej? Potem sam sobie odpowiadałem: i tak, i nie; cokolwiek, byle tylko była blisko.
W dzień wesela pojawiłem się na sali wcześniej. Dekoratorki kończyły pracę, dyskretnie zerkały w moją stronę. Wtem zobaczyłem Ksenię, która podeszła do mnie, cała promienna:
Cześć. Uciekłam chwilę po rejestracji chciałam się z tobą zobaczyć.
Popatrzyłem na nią jak na zjawę:
To po ślubie, a teraz? To ty wyszłaś za mąż i przyszłaś tu do mnie?
Spojrzała na mnie zaskoczona, a po chwili buchnęła śmiechem. Jej śmiech był szczery, radosny, dziecięcy wręcz. Nie mogłem się nie uśmiechnąć.
Ależ skąd! To moja córka, Krysia. Wróciła właśnie z Warszawy, kończy studia, a swoje wesele obchodzi po latach w rodzinnym gronie! nagle spoważniała. Naprawdę myślałeś, iż to ja? Że w dwa dni przed weselem spała bym z innym? To chyba nienajlepszego byłeś o mnie zdania…
Wreszcie uświadomiłem sobie ani razu nie mówiła o sobie „ja” ani „my”, tylko „narzeczona z narzeczonym”. Robert zawsze zwracał się do niej per Pani, nigdy po imieniu. Dziwne, iż wcześniej tego nie zauważyłem Zrobiło mi się głupio. Zapytałem w końcu o najważniejsze:
To ty jesteś wolna?
Gdy skinęła głową, wyrwało mi się spontanicznie:
Ksenia, wyjdziesz za mnie?!
Wesele wyszło bajecznie, prowadziłem tak, iż sam siebie zaskoczyłem. Goście byli zachwyceni. Nowożeńcy dziękowali mi za magiczny wieczór.
Nie wiem, jak panu się odwdzięczyć powiedzieli.
Dołączyła do nich Ksenia:
Ja się nim już zajmę! Wy idźcie do limuzyny, wszystko dopilnuję.
W Poznaniu, a niedługo później w całej rodzinie, rozeszła się wieść, iż zamierzam ożenić się z kobietą dziewięć lat starszą. Było trochę sceptycyzmu, ale gdy wszyscy zobaczyli Ksenię na żywo, orzekli jednogłośnie:
W takiej się łatwo zakochać.
A potem Niespodziewanie Ksenia i Krysia urodziły dzieci niemal w tym samym czasie, zaledwie dwa tygodnie różnicy. Takie cuda tylko w życiu! I kto by pomyślał właśnie ta z pozoru „obca narzeczona” okazała się moją najbliższą duszą.





