Obca narzeczona
W tamtych dawnych czasach Ludwik był rozchwytywany. Nigdy nie zamieszczał ogłoszeń w gazetach ani nie reklamował się w telewizji, a jednak jego imię i numer telefonu krążyły po mieście z ust do ust. Ktoś szukał konferansjera na koncert? Nie ma sprawy! Ktoś inny organizował jubileusz albo wesele? Nie było lepszego prowadzącego! Zdarzyło się nawet, iż poprowadził zakończenie roku w przedszkolu, zdobywając sympatię nie tylko dzieci, ale i ich matek!
Wszystko zaczęło się dosyć przypadkiem. Jeden z jego bliskich kolegów brał ślub. Wynajęty wcześniej wodzirej nie pojawił się, ponoć zapomniał o świecie po kolejnym zakrapianym wieczorze. Na szukanie nowego nie było czasu, więc Ludwik chwycił mikrofon.
Jeszcze w szkole udzielał się w kółku teatralnym Słowo, na uniwersytecie zawsze można było zobaczyć go na Juwenaliach i turniejach kabaretowych. Tamten spontaniczny występ okazał się na tyle udany, iż już na samym weselu dwie osoby poprosiły go, żeby poprowadził im imprezy.
Po studiach Ludwik podjął pracę w jednym z instytutów naukowych w Poznaniu, ale zarobki miał marne, ledwie kilka starych złotych na miesiąc. Zarabianie przy prowadzeniu imprez bardzo mu się spodobało przynosiło nie tylko całkiem konkretne pieniądze, ale i prawdziwą satysfakcję. W krótkim czasie jego dochody z imprez przekroczyły choćby dziesięciokrotnie pensję młodszego pracownika naukowego.
Po roku pracy zdecydował się: rzucił etat na uczelni, za zaoszczędzone pieniądze kupił profesjonalny sprzęt, założył działalność gospodarczą i całkowicie oddał się rozrywce. Równolegle zapisał się na lekcje śpiewu głos i słuch miał, więc nie szło mu najgorzej. Niedługo później został śpiewającym konferansjerem, a trzy razy w tygodniu występował jako wokalista w jednej z poznańskich restauracji.
I oto mijało już trzydzieste lato jego życia, a Ludwik był przystojny, majętny i znany jako dobry wokalista, DJ i konferansjer, który potrafi uratować każdą imprezę. Nie myślał o żeniaczce, bo i po co? Dziewczyny same do niego lgnęły, wystarczyło skinienie każda była gotowa na wszystko. Ale przyjaciele zaczęli się żenić, rodziły się dzieci i w końcu sam Ludwik zaczął marzyć o cichym domowym szczęściu. Tylko z kim? Przelotne znajomości interesowały go jedynie z konkretnych powodów marzył, żeby znaleźć tę jedyną, na całe życie.
Trzeba sobie wychować żonę od młodego śmiał się do kolegi. Poznać gimnazjalistkę, poczekać, aż skończy osiemnaście lat, i wtedy poślubić. Będzie idealna!
Mówił poważnie, więc zaczął prowadzić również studniówki i zakończenia roku w szkołach, z nadzieją, iż wypatrzy kogoś dla siebie. Ale młode dziewczyny łamały mu serce były zupełnie inne niż te, o których marzył. I mimo to nie ustawał w poszukiwaniach, tłumacząc, iż poluje na rzadkiego ptaka. Wtedy bogowie postanowili troszeczkę się z mojego kuzyna pośmiać.
Początek niczym nie zwiastował kłopotów. Zadzwoniła pewna kobieta, powołała się na wspólnych znajomych:
Szukamy prowadzącego na wesele. Czy jest pan wolny 17 czerwca? Świetnie! Czy możemy się spotkać?
Spotkali się. I wtedy, jak później sam Ludwik opowiadał, pierwszy raz w życiu naprawdę zrozumiał, co znaczy ziemia się pod nogami usuwa. Pani, która przedstawiła się jako Grażyna, była oszałamiająca. Ludwik nigdy wcześniej nie spotkał tak atrakcyjnej kobiety. Rozmawiała rzeczowo, pewnie, wiedziała, czego chce. Ludwik rozmarzył się komuś się poszczęściło! Piękna i, jak się zdawało, bardzo mądra. Rzadkie połączenie! Na oko dałby jej może dwadzieścia pięć lat, góra trzydzieści, ale w rozmowie padło, iż była harcerką w czasach PRL, więc musiała mieć przynajmniej czterdziestkę!
Ustalili wszelkie szczegóły, porozumieli się i spisali umowę, choć Grażyna oponowała:
Po co? Wierzę panu, same dobre opinie słyszałam!
Ale Ludwik miał zasadę zawsze podpisywał formalną umowę, nie tylko po to, żeby jej dotrzymać, ale żeby od klientów też wymagać porządku.
Do urzędu skarbowego też przecież raportuję, kłopotów mi nie potrzeba.
A przyznał potem, iż może tak naprawdę chciał materialnego dowodu na to, iż Grażyna naprawdę istnieje i nie jest snem.
Telefon kobiety zabrzęczał i wyświetlił SMS-a.
O, przyjechał po mnie narzeczony. Może pana podwieźć?
Ludwik odmówił, ale wyszedł ją odprowadzić. Robił tak zawsze, żeby z dystansu popatrzeć, jak przyszli nowożeńcy się ze sobą zachowują. Ale tym razem kierowała nim zazdrość i żal. Narzeczony bardzo go zdziwił. Spodziewał się raczej ujrzeć zadbanego czterdziestolatka. Tymczasem z auta wyskoczył dwudziestoparoletni chłopak, wyraźnie młodszy niż Ludwik.
Grażyna, wszystko w porządku?
Ona tylko się uśmiechnęła, jakby chciała powiedzieć, iż u mnie zawsze w porządku. Wsiadła, narzeczony zamknął drzwi i odwrócił się do Ludwika:
Pan będzie prowadził nasze wesele? Słyszałem same pochwały od Franka podał rękę. Przepraszam, nie przedstawiłem się, Grażyna mnie zabije. Jestem Robert, pan młody.
Ludwik miał ochotę skoczyć na tego Roberta i zdzielić go w nos, żeby przestał się tak głupkowato uśmiechać, ale ograniczył się do uścisku dłoni:
Ludwik, bardzo mi miło.
Od tego dnia stracił spokój. Szukał każdej wymówki, by zadzwonić do Grażyny, choćby na chwilę usłyszeć jej głos. Dzień wesela zbliżał się nieuchronnie, a Ludwik powoli wariował. Przyjaciel, jedyny wtajemniczony, trochę się z niego nabijał:
Gdzie te twoje licealistki? Miały być kandydatki na idealną żonę!
Ludwik tylko machał ręką:
Jakie tam licealistki! Grażyna jest idealna. Innej mi nie trzeba!
To jej się oświadcz, radził kolega, na co padała gwałtowna odpowiedź:
Zwariowałeś? Ona zaręczona, ślub za rogiem, kocha go. Po co jej ja z moim durnym uczuciem?
Od czasu do czasu wpadł promienny Robert:
O, Grażyna prosiła przekazać
Wtedy Ludwika zżerała zazdrość i musiał gryźć się w język, żeby nie odburknąć. Miał już choćby rzucić to wesele, niech się dzieje, co chce! Ale przecież więcej by jej nie zobaczył, więc za każdym razem tchórzył.
Dwa dni przed weselem Grażyna przyjechała znów, by jak sama powiedziała wygładzić ostatnie szlify scenariusza. W biurze trwał remont, więc spotkali się u Ludwika w mieszkaniu. Rozmawiali długo, żartowali, śmiali się, jakby się znali od lat. Gdy wszystko już ustalili, Ludwik wyciągnął butelkę szampana:
Wznieśmy toast za udane wesele!
Grażyna wesoło się zgodziła. Piła z kieliszka i śmiała się coraz bardziej. Trochę pewniej, Ludwik nagle ją pocałował. Ku własnemu zaskoczeniu, ona odpowiedziała pocałunkiem. Świat zawirował.
Ludwik obudził się, nie wiedząc, czy to wszystko mu się nie przyśniło. Rozejrzał się i dotknął poduszki, która pachniała delikatnymi perfumami. Więc jednak?! Nie mogąc znieść niepokoju, wykręcił numer Grażyny:
Cześć
Ona odezwała się pogodnie:
Hej! Co słychać? Przepraszam, iż uciekłam po angielsku, ale wiesz, ile jest przygotowań, jutro ślub!
Czyli ślub będzie? ledwo wydusił Ludwik.
Oczywiście! Dlaczego miałby nie być? Wszystko wspaniale!
Czy każda kobieta jest taka cyniczna? Jak ona może tak spokojnie patrzeć narzeczonemu w oczy? Ludwik nie mógł sobie znaleźć miejsca: czy zerwać tę uroczystość? Czy przegapić tak zimną kobietę? W głębi duszy jednak wiedział czego by nie mówił, chce jej i już.
Dzień później przyszedł do restauracji wcześniej. Dekoratorki kończyły zdobienia sali, ukradkiem mu się przyglądały. I wtedy ją zobaczył.
Zbliżyła się do niego Grażyna.
Cześć. Uciekłam zaraz po rejestracji, chciałam cię jeszcze zobaczyć. Uśmiechała się promiennie. Co się z tobą dzieje, Ludwik?
Nic nie rozumiem wydukał Ludwik. Czyli byłaś na ślubie, a potem uciekłaś tutaj?
No tak, głuptasie. Po co miałabym jeździć po mieście z młodymi, wolę być z tobą. Albo nie jesteś zadowolony?
Zaraz, z kim młodymi? To nie ty bierzesz ślub?
Grażyna przez chwilę wpatrywała się w niego, aż wybuchła śmiechem, tak dźwięcznym i czystym, iż Ludwik z automatu się rozpromienił.
Ależ skąd! To moja córka, Kasia! Studiuje w Gdańsku, dopiero wczoraj wróciła do domu spoważniała i spojrzała mu w oczy. Myślałeś, iż to ja?
Ty naprawdę myślałeś, iż dwa dni przed ślubem sypiam z innym? Faktycznie wysokie masz o mnie mniemanie
Ludwik dopiero powoli docierał do sedna. Przecież nigdy nie używała słowa ja czy my zawsze mówiła o pannie młodej i panu młodym. I Robert też nie używał do niej pieszczotliwego Kasia, tylko oficjalnego Grażyna i zwracał się na pani. Jak mógł tego nie zauważyć? Aż zrobiło mu się głupio
Wtedy, nie zastanawiając się dłużej, zapytał:
A ty? Jesteś wolna? A gdy skinęła głową, wypalił od razu Wyjdź za mnie! Proszę
Wesele odbyło się hucznie, prowadzący przeszedł tym razem sam siebie, a goście byli zachwyceni. Po uroczystości nowożeńcy podeszli podziękować:
Dziękujemy! Nie wiemy, jak panowi się odwdzięczyć za taki wieczór.
Ja mu podziękuję dołączyła Grażyna. Wy już uciekajcie, limuzyna czeka, a ja dopilnuję reszty.
Wiadomość, iż Ludwik żeni się z kobietą dziewięć lat starszą od siebie, gwałtownie obiegła rodzinę. Na początku wszyscy podchodzili do tego z rezerwą, ale gdy zobaczyli pannę młodą, zgodnie przyznali:
W taką to nie sposób się nie zakochać!
Kasia i Grażyna urodziły swoje dzieci zaledwie dwa tygodnie po sobie.








