Nie spieszyłem się do roli, którą los napisał dla mnie, kiedy rodzice spakowali walizki i wyjechali za chlebem. Miałem siedem lat, gdy po raz pierwszy usłyszałem od babci Heleny, iż teraz to my dwoje musimy trzymać się razem. Trzymaliśmy się. Przez dwanaście lat. Aż do poranka, gdy mój pokój pachniał krochmalem od świeżo wyprasowanej białej koszuli, a plecak stał przy drzwiach jak pies gotowy na spacer.

newsempire24.com 1 dzień temu

Tylko iż tamtego dnia to ja wszedłem do pokoju babci, zanim ktokolwiek zdążył zawołać mnie na śniadanie.

W grzejniku cicho szumiała woda, zza firanki wpadało szare światło wrześniowego poranka. Babcia Helena siedziała na brzegu łóżka i składała swój najlepszy wełniany sweter, ten bordowy, który wyjmowała wyłącznie na święta i pogrzeby.

— Wiktor? — uniosła głowę znad swetra. — Która godzina? Przez ciebie zaspałam.

— Nie zaspałaś. Dopiero szósta.

— To po co wstałeś przed budzikiem? Przecież dzisiaj zaczynasz studia. Naleśniki ci zrobię. Z twarogiem, jak lubisz.

— Nie jem, babciu. Nie zdążę.

— Jak to nie zdążysz? — zmarszczyła brwi i spojrzała na mnie spod okularów, które zsunęły się jej na koniec nosa. — Co ty wygadujesz, dziecko?

Przeszedłem przez pokój i usiadłem obok niej na łóżku. Sprężyny jęknęły, materac się zapadł, babcia przekrzywiła głowę, patrząc na mnie z niepokojem, jakby zaraz miała usłyszeć coś złego.

— Nie jem — powtórzyłem — bo jemy na mieście. Przy uniwersytecie jest taka cukiernia, widziałaś. Mają pączki z różą.

— Wiktor, co ty kręcisz? — zmarszczyła czoło. — Jaki uniwersytet, jaka cukiernia? Musisz iść. Pierwszy dzień!

— Właśnie o to chodzi. Idziemy razem.

Zacisnęła dłonie na swetrze, który trzymała na kolanach. Przez chwilę nic nie mówiła. Tylko okulary drżały jej na nosie, bo zacisnęła zęby.

— Synku… — zaczęła cicho. — Ja cię przecież nie mogę odprowadzać. Tam będą twoi koledzy. Nowi. Co oni pomyślą?

— Że mam najlepszą babcię w Lublinie?

— Nie żartuj sobie ze mnie. Jestem stara. Ludzie będą gadać.

— Kto będzie gadać?

— No… inni studenci. Młodzież. Że facet z babcią… no wiesz. To nie jest normalne.

Spojrzałem jej prosto w twarz.

— Babciu. To jest jedyna normalna rzecz, jaką dzisiaj zrobię.

Ubrała się długo. Stałem w przedpokoju i patrzyłem, jak zapina sweter, potem wiąże pod brodą jedwabną chustkę w drobne róże, tę samą, w której szła ze mną do pierwszej komunii. Poprawiła ją trzy razy. Za każdym razem inaczej. W końcu machnęła ręką.

— Niech będzie, jak chcesz. Tylko nie mów później, iż nie ostrzegałam.

Na klatce schodowej pachniało kapustą z mieszkania sąsiadki i pastą do podłóg. Drzwi windy były zepsute od tygodnia, więc zeszliśmy po schodach powoli, babcia trzymała się poręczy, a ja niosłem jej torebkę. Miała w niej chusteczki, okulary i emeryturę z całego miesiąca, bo nie ufała bankom.

Złapaliśmy autobus 54, ten, którym jeździłem do technikum. Babcia usiadła przy oknie i całą drogę milczała, przyciskając torebkę do piersi. Dopiero gdy minęliśmy rondo, powiedziała:

— Pamiętam, jak pierwszy raz szedłeś do szkoły. Płakałeś przez całą drogę.

— Bo nie znałem nikogo w klasie.

— A teraz nikogo nie znasz na uczelni. I nie płaczesz.

— Bo teraz mam siłę.

— Jaką siłę?

— Ty mi ją dałaś.

Skrzywiła się, jakby ktoś podał jej cytrynę zamiast cukierka.

— Znowu gadasz takie rzeczy. Nauczyciel powinien cię karcić za styl.

— Nie będzie karcenia. Będzie budynek z cegły i winda, która działa.

Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej stał w porannym słońcu, a przed wejściem tłoczyli się studenci z rodzicami. Dziewczyny z teczkami, chłopcy z plakietkami kierunków, gwar, śmiech, ktoś robił zdjęcia pod tablicą z napisem „Inauguracja roku akademickiego”. Babcia stanęła jak wryta na chodniku.

— Wiktor, ja dalej nie idę. Zaczekam tu, na ławce. Jest taka zielona, widzisz? Ona pewnie z twojego wydziału.

— Kto?

— Ta ławka.

— Babciu, chodź.

— Nie. Zobacz, ilu tam ludzi. Młodych. A ja w tej chuście wyglądam jak spod Wąwolnicy.

— Bo ty jesteś spod Wąwolnicy.

— No właśnie! I niech tam zostanę.

Wtedy złapałem ją za rękę. Nie pod ramię, jak człowieka, któremu się pomaga. Za rękę, jak dziecko, które prowadziło się do szkoły.

— W pierwszej klasie odprowadziłaś mnie pod samą salę — powiedziałem. — I powiedziałaś, iż zanim wejdę, mam poczekać, aż zobaczysz, iż usiadłem w ławce. Pamiętasz?

— Pamiętam. Miałeś taki plecak z kogutem. Czerwony.

— Dziś robimy tak samo. Wejdziemy razem. Zobaczysz, iż usiadłem w auli. Tylko tym razem to ja poczekam, aż ty zajmiesz miejsce.

— W auli? Ja? Wiktor, czyś ty zwariował? Tam jest czterysta miejsc! A ja jedna!

— Właśnie: cztery setki miejsc. To znajdziesz sobie coś przy oknie.

Weszliśmy. Babcia trzymała się mnie kurczowo, jakby w każdej chwili miała uciec. Czułem, jak drży jej ręka. Ktoś w drzwiach zrobił nam zdjęcie — nie wiem, student, fotoreporter, może przypadek. Jakaś dziewczyna z rocznika zapytała, czy to moja mama. Uśmiechnąłem się.

— To lepsze. To babcia.

Babcia poprawiła chustę i po raz pierwszy tamtego dnia wyprostowała się, jakby ktoś nagle skrócił jej plecy o dziesięć lat.

— Jestem Helena — powiedziała do dziewczyny. — Miło mi.

Aula pachniała kurzem i pastą do podłogi, znad sceny zwieszała się biało-czerwona flaga. Usiedliśmy w trzecim rzędzie, babcia przy samym przejściu, bo stwierdziła, iż „w razie czego po cichu wyjdzie”. Ale nie wyszła. Siedziała do końca przemówienia, a kiedy dziekan wymienił kierunki i padła nazwa „informatyka techniczna”, szturchnęła mnie łokciem.

— To ty! — szepnęła tak głośno, iż w rzędzie przed nami odwróciło się dwóch chłopaków.

— Wiem, babciu. To mój kierunek.

— No to uważaj. Zapisuj. Masz długopis?

— Mam.

— To pisz. Ja cię za to uczyłam liter? Pisz, Wiktor!

Kiedy po wszystkim wyszliśmy na dziedziniec, słońce stało już wyżej, a przed nami rozciągała się ulica, którą za chwilę miałem wracać przez następne pięć lat. Babcia wyjęła z torebki pogniecioną chusteczkę i wytarła czoło.

— No — powiedziała. — Było. Widziałeś, jaka piękna sala? Żyrandole jak w teatrze. A ten wykładowca, ten z brodą, to cię chyba pochwalił?

— Pochwalił wszystkich. Każdego z osobna.

— Nie wszystkich. Ciebie wymienił po nazwisku. „Nowak”. Powiedział to dwa razy. No co? Może mi się w uszach dzwoni, ale słyszałam.

— Dobrze, babciu. Wymienił mnie dwa razy.

— No widzisz. I jeszcze tak popatrzył, z uznaniem. Ja się znam na ludziach. Ty się nie śmiej.

— Nie śmieję się.

— Bo w nosie ci się śmieje. Widzę.

Stanęła naprzeciwko mnie, mała, w tej chuście w róże, z torebką przyciśniętą do piersi, i nagle przestała żartować.

— Wiktor — powiedziała poważnie. — Zanim wejdziesz w to dorosłe życie, chcę ci coś dać.

— Nie trzeba.

— Trzeba. Otwórz dłoń.

Włożyła mi do ręki złożony w kostkę banknot. Dwieście złotych.

— Odkładałam z emerytury, żebyś miał na początek. Nie wszystko, bo na lekarstwa muszę, ale żebyś nie chodził głodny. I żebyś wiedział, iż zawsze możesz wrócić do domu.

Zacisnąłem palce na banknocie.

— Ja ci to oddam, babciu. W styczniu, jak zacznę pracować na pół etatu.

— Nie oddasz. Kup sobie nową koszulę. Albo książki. Studenci to kupują książki, prawda?

— Kupię, ale tobie. Nie mnie.

— Mnie? A co, mam teraz studiować? — roześmiała się, a potem spoważniała. — Wiktor. Dziękuję, iż mnie dzisiaj ze sobą zabrałeś.

— To ty mnie odprowadzałaś do szkoły przez tyle lat.

— To było co innego.

— Nic nie było co innego.

Objąłem ją. Pachniała mydłem i herbatą rumiankową. A potem zrobiłem jedną rzecz, której nie planowałem: wyjąłem z plecaka indeks, nowiutki, z twardą granatową okładką, i podałem jej. Wcześniej wpisałem do niego ołówkiem jej nazwisko przy pierwszym semestrze, w rubryce „uwagi”, takim drobnym, starannym pismem, jakiego uczyła mnie w pierwszej klasie.

— Co to? — przyjrzała się.

— Ty, babciu. W moim indeksie. Żebyś była przy mnie na każdych zajęciach, choćby jak zostaniesz w domu.

Przygryzła wargę. Otworzyła indeks, popatrzyła na swoje nazwisko, potem na mnie.

— Można tak?

— Wolno.

— Ale ciężko wymazać, jakby co.

— To nie ścierajmy.

Schowała indeks do torebki, obok okularów i emerytury. I zapięła torebkę na suwak, bardzo dokładnie, jakby trzymała w niej coś droższego niż pieniądze.

Wracając do domu, siedziała w autobusie z ręką na torbie i patrzyła przez okno na mijane kamienice. Wysiedliśmy na naszym przystanku, przy piekarni, gdzie sprzedawali drożdżówki z serem po cztery złote. Babcia zawsze mówiła, iż za takie pieniądze to rozbój.

Przy klatce schodowej przystanęła.

— Wiktor — powiedziała. — Pamiętaj, człowiek nie przegrywa, jak czegoś nie umie. Przegrywa, jak przestaje próbować.

— To samo mówiłaś mi, jak nie mogłem zdać kartkówki z matematyki w piątej klasie.

— Bo to prawda.

— To wciąż prawda. I dlatego dzisiaj jestem studentem.

Skinęła głową, otworzyła drzwi klatki i weszła pierwsza. Na schodach uniosła rękę, jakby chciała się przytrzymać poręczy, ale zamiast tego chwyciła mnie pod ramię.

— Wiesz co — powiedziała — może jeszcze kiedyś pójdę z tobą. Na jakieś ważne wykłady.

— Możesz chodzić codziennie.

— Nie. Po co. Ja już swoje zrobiłam. Teraz ty masz przed sobą drogę. A ja… ja będę na ciebie czekać w oknie, jak za starych lat.

Wieczorem, zanim położyłem się spać, zajrzałem do pokoju babci. Siedziała na krześle przy oknie i trzymała w dłoni mój indeks, otwarty na pierwszej stronie. Patrzyła na swoje nazwisko. Bez okularów. Bo po co jej były okulary, skoro znała je na pamięć.

— Nie śpisz? — zapytałem.

— Czekam, aż wrócisz.

— Przecież wróciłem.

— Z uczelni. To co innego.

— Co innego?

— Z życia. Wróciłeś do mnie z życia, Wiktor. Nie każdy wraca.

Usiadłem obok niej na parapecie. Za oknem paliła się latarnia, padał drobny deszcz, a szyba była mokra. Babcia odłożyła indeks na kolana i powiedziała, żebym przyniósł jej herbaty. Dwie łyżeczki cukru. I jeden sucharek, ten z makiem, który lubiła maczać w herbacie i nigdy nie zdążyła zjeść, bo rozmawiała ze mną tak długo, aż sucharek robił się miękki i rozpadał się na dnie szklanki.

— Herbata — powiedziała, gdy postawiłem przed nią szklankę w metalowym koszyczku. — Dobrze, iż jesteś. Bo ja dzisiaj tak jakoś… nie mogę zasnąć.

— To przez te pączki z różą.

— Nie jadłam pączków.

— No właśnie. Jutro ci kupię. I usiądziemy w tej cukierni przy uczelni. Zobaczysz, iż tam jest widok na całą ulicę.

— Jutro masz zajęcia.

— Zajęcia są po południu.

Babcia upiła łyk herbaty i popatrzyła na mnie znad szklanki.

— Wiesz — powiedziała — chyba pierwszy raz w życiu cieszę się, iż wrócisz do domu po wykładach.

— Dlaczego?

— Bo wyszło na to, iż jestem w twoim indeksie. A to znaczy, iż jeszcze się przydam.

Zgasiła światło dopiero wtedy, gdy zasnąłem. A rano, kiedy wyszedłem na korytarz, na krześle przy moich drzwiach leżała biała koszula, świeżo wyprasowana, przy niej pognieciona kartka wyrwana z zeszytu, a na niej staranne, babcine litery:

„Wracaj po wykładach. Kupiłam ci cukier. Będzie herbata.”

Idź do oryginalnego materiału