Tylko iż tamtego dnia to ja wszedłem do pokoju babci, zanim ktokolwiek zdążył zawołać mnie na śniadanie.
W grzejniku cicho szumiała woda, zza firanki wpadało szare światło wrześniowego poranka. Babcia Helena siedziała na brzegu łóżka i składała swój najlepszy wełniany sweter, ten bordowy, który wyjmowała wyłącznie na święta i pogrzeby.
— Wiktor? — uniosła głowę znad swetra. — Która godzina? Przez ciebie zaspałam.
— Nie zaspałaś. Dopiero szósta.
— To po co wstałeś przed budzikiem? Przecież dzisiaj zaczynasz studia. Naleśniki ci zrobię. Z twarogiem, jak lubisz.
— Nie jem, babciu. Nie zdążę.
— Jak to nie zdążysz? — zmarszczyła brwi i spojrzała na mnie spod okularów, które zsunęły się jej na koniec nosa. — Co ty wygadujesz, dziecko?
Przeszedłem przez pokój i usiadłem obok niej na łóżku. Sprężyny jęknęły, materac się zapadł, babcia przekrzywiła głowę, patrząc na mnie z niepokojem, jakby zaraz miała usłyszeć coś złego.
— Nie jem — powtórzyłem — bo jemy na mieście. Przy uniwersytecie jest taka cukiernia, widziałaś. Mają pączki z różą.
— Wiktor, co ty kręcisz? — zmarszczyła czoło. — Jaki uniwersytet, jaka cukiernia? Musisz iść. Pierwszy dzień!
— Właśnie o to chodzi. Idziemy razem.
Zacisnęła dłonie na swetrze, który trzymała na kolanach. Przez chwilę nic nie mówiła. Tylko okulary drżały jej na nosie, bo zacisnęła zęby.
— Synku… — zaczęła cicho. — Ja cię przecież nie mogę odprowadzać. Tam będą twoi koledzy. Nowi. Co oni pomyślą?
— Że mam najlepszą babcię w Lublinie?
— Nie żartuj sobie ze mnie. Jestem stara. Ludzie będą gadać.
— Kto będzie gadać?
— No… inni studenci. Młodzież. Że facet z babcią… no wiesz. To nie jest normalne.
Spojrzałem jej prosto w twarz.
— Babciu. To jest jedyna normalna rzecz, jaką dzisiaj zrobię.
Ubrała się długo. Stałem w przedpokoju i patrzyłem, jak zapina sweter, potem wiąże pod brodą jedwabną chustkę w drobne róże, tę samą, w której szła ze mną do pierwszej komunii. Poprawiła ją trzy razy. Za każdym razem inaczej. W końcu machnęła ręką.
— Niech będzie, jak chcesz. Tylko nie mów później, iż nie ostrzegałam.
Na klatce schodowej pachniało kapustą z mieszkania sąsiadki i pastą do podłóg. Drzwi windy były zepsute od tygodnia, więc zeszliśmy po schodach powoli, babcia trzymała się poręczy, a ja niosłem jej torebkę. Miała w niej chusteczki, okulary i emeryturę z całego miesiąca, bo nie ufała bankom.
Złapaliśmy autobus 54, ten, którym jeździłem do technikum. Babcia usiadła przy oknie i całą drogę milczała, przyciskając torebkę do piersi. Dopiero gdy minęliśmy rondo, powiedziała:
— Pamiętam, jak pierwszy raz szedłeś do szkoły. Płakałeś przez całą drogę.
— Bo nie znałem nikogo w klasie.
— A teraz nikogo nie znasz na uczelni. I nie płaczesz.
— Bo teraz mam siłę.
— Jaką siłę?
— Ty mi ją dałaś.
Skrzywiła się, jakby ktoś podał jej cytrynę zamiast cukierka.
— Znowu gadasz takie rzeczy. Nauczyciel powinien cię karcić za styl.
— Nie będzie karcenia. Będzie budynek z cegły i winda, która działa.
Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej stał w porannym słońcu, a przed wejściem tłoczyli się studenci z rodzicami. Dziewczyny z teczkami, chłopcy z plakietkami kierunków, gwar, śmiech, ktoś robił zdjęcia pod tablicą z napisem „Inauguracja roku akademickiego”. Babcia stanęła jak wryta na chodniku.
— Wiktor, ja dalej nie idę. Zaczekam tu, na ławce. Jest taka zielona, widzisz? Ona pewnie z twojego wydziału.
— Kto?
— Ta ławka.
— Babciu, chodź.
— Nie. Zobacz, ilu tam ludzi. Młodych. A ja w tej chuście wyglądam jak spod Wąwolnicy.
— Bo ty jesteś spod Wąwolnicy.
— No właśnie! I niech tam zostanę.
Wtedy złapałem ją za rękę. Nie pod ramię, jak człowieka, któremu się pomaga. Za rękę, jak dziecko, które prowadziło się do szkoły.
— W pierwszej klasie odprowadziłaś mnie pod samą salę — powiedziałem. — I powiedziałaś, iż zanim wejdę, mam poczekać, aż zobaczysz, iż usiadłem w ławce. Pamiętasz?
— Pamiętam. Miałeś taki plecak z kogutem. Czerwony.
— Dziś robimy tak samo. Wejdziemy razem. Zobaczysz, iż usiadłem w auli. Tylko tym razem to ja poczekam, aż ty zajmiesz miejsce.
— W auli? Ja? Wiktor, czyś ty zwariował? Tam jest czterysta miejsc! A ja jedna!
— Właśnie: cztery setki miejsc. To znajdziesz sobie coś przy oknie.
Weszliśmy. Babcia trzymała się mnie kurczowo, jakby w każdej chwili miała uciec. Czułem, jak drży jej ręka. Ktoś w drzwiach zrobił nam zdjęcie — nie wiem, student, fotoreporter, może przypadek. Jakaś dziewczyna z rocznika zapytała, czy to moja mama. Uśmiechnąłem się.
— To lepsze. To babcia.
Babcia poprawiła chustę i po raz pierwszy tamtego dnia wyprostowała się, jakby ktoś nagle skrócił jej plecy o dziesięć lat.
— Jestem Helena — powiedziała do dziewczyny. — Miło mi.
Aula pachniała kurzem i pastą do podłogi, znad sceny zwieszała się biało-czerwona flaga. Usiedliśmy w trzecim rzędzie, babcia przy samym przejściu, bo stwierdziła, iż „w razie czego po cichu wyjdzie”. Ale nie wyszła. Siedziała do końca przemówienia, a kiedy dziekan wymienił kierunki i padła nazwa „informatyka techniczna”, szturchnęła mnie łokciem.
— To ty! — szepnęła tak głośno, iż w rzędzie przed nami odwróciło się dwóch chłopaków.
— Wiem, babciu. To mój kierunek.
— No to uważaj. Zapisuj. Masz długopis?
— Mam.
— To pisz. Ja cię za to uczyłam liter? Pisz, Wiktor!
Kiedy po wszystkim wyszliśmy na dziedziniec, słońce stało już wyżej, a przed nami rozciągała się ulica, którą za chwilę miałem wracać przez następne pięć lat. Babcia wyjęła z torebki pogniecioną chusteczkę i wytarła czoło.
— No — powiedziała. — Było. Widziałeś, jaka piękna sala? Żyrandole jak w teatrze. A ten wykładowca, ten z brodą, to cię chyba pochwalił?
— Pochwalił wszystkich. Każdego z osobna.
— Nie wszystkich. Ciebie wymienił po nazwisku. „Nowak”. Powiedział to dwa razy. No co? Może mi się w uszach dzwoni, ale słyszałam.
— Dobrze, babciu. Wymienił mnie dwa razy.
— No widzisz. I jeszcze tak popatrzył, z uznaniem. Ja się znam na ludziach. Ty się nie śmiej.
— Nie śmieję się.
— Bo w nosie ci się śmieje. Widzę.
Stanęła naprzeciwko mnie, mała, w tej chuście w róże, z torebką przyciśniętą do piersi, i nagle przestała żartować.
— Wiktor — powiedziała poważnie. — Zanim wejdziesz w to dorosłe życie, chcę ci coś dać.
— Nie trzeba.
— Trzeba. Otwórz dłoń.
Włożyła mi do ręki złożony w kostkę banknot. Dwieście złotych.
— Odkładałam z emerytury, żebyś miał na początek. Nie wszystko, bo na lekarstwa muszę, ale żebyś nie chodził głodny. I żebyś wiedział, iż zawsze możesz wrócić do domu.
Zacisnąłem palce na banknocie.
— Ja ci to oddam, babciu. W styczniu, jak zacznę pracować na pół etatu.
— Nie oddasz. Kup sobie nową koszulę. Albo książki. Studenci to kupują książki, prawda?
— Kupię, ale tobie. Nie mnie.
— Mnie? A co, mam teraz studiować? — roześmiała się, a potem spoważniała. — Wiktor. Dziękuję, iż mnie dzisiaj ze sobą zabrałeś.
— To ty mnie odprowadzałaś do szkoły przez tyle lat.
— To było co innego.
— Nic nie było co innego.
Objąłem ją. Pachniała mydłem i herbatą rumiankową. A potem zrobiłem jedną rzecz, której nie planowałem: wyjąłem z plecaka indeks, nowiutki, z twardą granatową okładką, i podałem jej. Wcześniej wpisałem do niego ołówkiem jej nazwisko przy pierwszym semestrze, w rubryce „uwagi”, takim drobnym, starannym pismem, jakiego uczyła mnie w pierwszej klasie.
— Co to? — przyjrzała się.
— Ty, babciu. W moim indeksie. Żebyś była przy mnie na każdych zajęciach, choćby jak zostaniesz w domu.
Przygryzła wargę. Otworzyła indeks, popatrzyła na swoje nazwisko, potem na mnie.
— Można tak?
— Wolno.
— Ale ciężko wymazać, jakby co.
— To nie ścierajmy.
Schowała indeks do torebki, obok okularów i emerytury. I zapięła torebkę na suwak, bardzo dokładnie, jakby trzymała w niej coś droższego niż pieniądze.
Wracając do domu, siedziała w autobusie z ręką na torbie i patrzyła przez okno na mijane kamienice. Wysiedliśmy na naszym przystanku, przy piekarni, gdzie sprzedawali drożdżówki z serem po cztery złote. Babcia zawsze mówiła, iż za takie pieniądze to rozbój.
Przy klatce schodowej przystanęła.
— Wiktor — powiedziała. — Pamiętaj, człowiek nie przegrywa, jak czegoś nie umie. Przegrywa, jak przestaje próbować.
— To samo mówiłaś mi, jak nie mogłem zdać kartkówki z matematyki w piątej klasie.
— Bo to prawda.
— To wciąż prawda. I dlatego dzisiaj jestem studentem.
Skinęła głową, otworzyła drzwi klatki i weszła pierwsza. Na schodach uniosła rękę, jakby chciała się przytrzymać poręczy, ale zamiast tego chwyciła mnie pod ramię.
— Wiesz co — powiedziała — może jeszcze kiedyś pójdę z tobą. Na jakieś ważne wykłady.
— Możesz chodzić codziennie.
— Nie. Po co. Ja już swoje zrobiłam. Teraz ty masz przed sobą drogę. A ja… ja będę na ciebie czekać w oknie, jak za starych lat.
Wieczorem, zanim położyłem się spać, zajrzałem do pokoju babci. Siedziała na krześle przy oknie i trzymała w dłoni mój indeks, otwarty na pierwszej stronie. Patrzyła na swoje nazwisko. Bez okularów. Bo po co jej były okulary, skoro znała je na pamięć.
— Nie śpisz? — zapytałem.
— Czekam, aż wrócisz.
— Przecież wróciłem.
— Z uczelni. To co innego.
— Co innego?
— Z życia. Wróciłeś do mnie z życia, Wiktor. Nie każdy wraca.
Usiadłem obok niej na parapecie. Za oknem paliła się latarnia, padał drobny deszcz, a szyba była mokra. Babcia odłożyła indeks na kolana i powiedziała, żebym przyniósł jej herbaty. Dwie łyżeczki cukru. I jeden sucharek, ten z makiem, który lubiła maczać w herbacie i nigdy nie zdążyła zjeść, bo rozmawiała ze mną tak długo, aż sucharek robił się miękki i rozpadał się na dnie szklanki.
— Herbata — powiedziała, gdy postawiłem przed nią szklankę w metalowym koszyczku. — Dobrze, iż jesteś. Bo ja dzisiaj tak jakoś… nie mogę zasnąć.
— To przez te pączki z różą.
— Nie jadłam pączków.
— No właśnie. Jutro ci kupię. I usiądziemy w tej cukierni przy uczelni. Zobaczysz, iż tam jest widok na całą ulicę.
— Jutro masz zajęcia.
— Zajęcia są po południu.
Babcia upiła łyk herbaty i popatrzyła na mnie znad szklanki.
— Wiesz — powiedziała — chyba pierwszy raz w życiu cieszę się, iż wrócisz do domu po wykładach.
— Dlaczego?
— Bo wyszło na to, iż jestem w twoim indeksie. A to znaczy, iż jeszcze się przydam.
Zgasiła światło dopiero wtedy, gdy zasnąłem. A rano, kiedy wyszedłem na korytarz, na krześle przy moich drzwiach leżała biała koszula, świeżo wyprasowana, przy niej pognieciona kartka wyrwana z zeszytu, a na niej staranne, babcine litery:
„Wracaj po wykładach. Kupiłam ci cukier. Będzie herbata.”















