— Wynoś się. I nie wracaj.
Tyle. Bez podnoszenia głosu. Bez kłótni. Za oknem był zwykły październikowy wieczór w Płocku, mokry od deszczu, pachnący liśćmi i spalinami znad Kolegialnej. Dziadek Stanisław siedział przy stole w kuchni. Trzymał kubek z herbatą i nie wierzył w to, co słyszy.
— Halina, co ty wyrabiasz? — wstał. — To twój wnuk!
Nie usłyszał odpowiedzi. Babcia podeszła do drzwi, otworzyła je na oścież i poczekała, aż Kuba wyjdzie na klatkę. Potem zamknęła za nim zasuwę. Stuknęła dwa razy. I zapadła cisza.
Kuba zszedł po schodach, minął półpiętro z wybitym oknem, przeszedł obok trzepaka, na którym latem wisiał dywan sąsiadki spod siódemki. Nie wiedział, gdzie iść. Miał w kieszeni dwanaście złotych, bo po drodze kupił sezamki w Żabce. Telefon zostawił na ładowarce. Klucze — na parapecie w przedpokoju. Specjalnie? Nie. Tak wyszło.
Najpierw poszedł do Marcina, kolegi z podwórka, z którym od piętnastu lat jeździł na ryby nad Zalew Sobótka. Marcin otworzył drzwi w samych skarpetkach, z łyżką w ręku.
— Babcia mnie wywaliła — powiedział Kuba. — Mogę przenocować?
Marcin oparł się o framugę. Popatrzył w głąb mieszkania, gdzie w telewizji leciał Familiada.
— Stary, no wiesz… u mnie ciasno. Mama by się wkurzyła. Przykro mi.
Nawet nie zaproponował herbaty.
Drugi kolega, Bartek, złapał go na przystanku pod mostem. Udawał, iż nie widzi reklamówki.
— Co jest, Kuba? Wyglądasz jak zbity pies.
— Nie mam gdzie spać. Przenocujesz mnie?
— A masz coś? Kasę? Bo u nas teraz z ojcem krucho, wiesz, jak jest. Jakbyś się dorzucił chociaż stówę…
Kuba pokazał dwanaście złotych. Bartek poklepał go po ramieniu i wsiadł do autobusu numer 22, który akurat podjechał.
Została jeszcze Ola. Dziewczyna, z którą był od dwóch lat. To jej kupił srebrny łańcuszek na osiemnastkę. To z nią chodził na spacery po nadwiślańskich bulwarach. Zadzwonił z budki przy dworcu, bo telefonu nie miał.
Ola przyjechała po dwudziestu minutach. Wysiadła z tramwaju z mokrymi od deszczu włosami. Wysłuchała go. Objęła go. Poszła spytać rodziców.
Wróciła po dziesięciu minutach i patrzyła w mokre płyty chodnikowe.
— Nie mogą, Kuba. I ja… nie wiem. To nie tak miało być.
Kuba pokiwał głową, jakby rozumiał. Ola podała mu sto złotych. Nie wziął.
Został sam. Wszedł na ławkę przy Muszli, tej betonowej, nad Wisłą. Usiadł. Liczył okna w bloku po drugiej stronie. W jednym zapaliło się światło. W innym zgasło. Zaczęło mżyć.
Wyjął z kieszeni telefonu nie miał, więc po prostu czekał. Sprawdzał w głowie, czy ktoś jeszcze mógłby zadzwonić — i uświadomił sobie, iż nikt nie ma choćby jak, bo numer został na ładowarce w przedpokoju. Nikt go dziś nie szukał. Nikt by i tak nie zadzwonił.
Po dwóch godzinach pojawił się dziadek Stanisław. Miał na sobie ortalionową kurtkę, tę od lat osiemdziesiątych, i niósł siatkę z chlebem. Postawił ją przy ławce.
— Wracajmy — powiedział.
Kuba nie ruszył się.
— Po co? Żeby znowu mnie wygoniła?
Dziadek usiadł obok. Oparł dłonie na kolanach. Długo patrzył na wodę, po której płynęła jakaś pusta butelka.
— Widziałem cię pod blokiem Marcina. I potem pod mostem, z Bartkiem. Szedłem za tobą całą drogę, kawałek z tyłu, żebyś mnie nie zauważył. Babcia wiedziała, iż pójdę. Umówiliśmy się na to jeszcze zanim otworzyła drzwi.
Kuba spojrzał na niego pierwszy raz od dłuższej chwili.
— To po co w ogóle mnie wyrzucała? Mogliście po prostu powiedzieć.
— Bo słowa by nie starczyło. Sam byś nie uwierzył, iż oni cię tak zostawią. Musiałeś zapukać do trzech drzwi, żeby to poczuć w rękach, a nie w głowie.
To drugie sprawiło, iż Kuba wstał — nie od razu, ale wstał.
Droga minęła w milczeniu. Dziadek szedł pół kroku z przodu, żeby Kuba nie zmieniał trasy. Skręcili w podwórko przy Sienkiewicza. Na klatce śmierdziało tanimi papierosami i mokrą wycieraczką.
Drzwi otworzyła babcia Halina. Była w fartuchu. Czekała z zupą ogórkową, którą Kuba uwielbiał od dziecka — stała na kuchence, przykryta talerzem, żeby nie stygła.
Zrobił krok do tyłu.
Dziadek zdjął kurtkę, powiesił na kołku, potem usiadł na taborecie w przedpokoju i patrzył, jak Kuba stoi w progu, a babcia podchodzi, wyciąga dłonie. Kuba zrobił drugi krok.
— Serce mi pękło, jak zamykałam te drzwi — powiedziała cicho, wycierając dłonie w fartuch, jakby chciała się czymś zająć, żeby nie płakać. — Ale bardziej by mi pękło, jakbym czekała, aż to samo zrobią z tobą, kiedy już nas z dziadkiem nie będzie. A wtedy nikt by za tobą nie poszedł z siatką chleba.
Kuba popatrzył na reklamówkę w swojej ręce. Wystawała z niej szczoteczka. Przypomniał sobie koszulkę, którą Ola kiedyś mu oddała, bo „za dobrze na niego leżała, żeby ją zatrzymać”. Stówę, którą latem pożyczył Bartkowi i o którą nigdy nie zapytał. Ostatni kawałek pizzy, który zawsze zostawiał Marcinowi.
Babcia podeszła bliżej. Miała sine żyły na przedramionach od wody i biegania między kuchenką a stołem. Pachniała żelem do naczyń i majerankiem. Nie powiedziała nic więcej — tylko wzięła od niego reklamówkę i powiesiła kurtkę obok dziadkowej.
I tym razem Kuba zrobił krok naprzód.
Następnego ranka Kuba wstał o siódmej. Wypił kakao. Zjadł dwie kromki z masłem i dżemem truskawkowym. Potem wziął kartkę i długopis. To była zwykła kartka z zeszytu w kratkę. Napisał trzy wiadomości.
Do Marcina: „Nie przyjeżdżaj we wtorek po mój rower. Sprzedałem go. Potrzebuję kasy na nowy zamek.”
Do Bartka: „Oddaj stówę do piątku.”
Do Oli myślał najdłużej. W końcu napisał: „Łańcuszek możesz zatrzymać albo sprzedać, jak wolisz. Ale nie dzwoń już, dobrze? Nie mam ci nic do powiedzenia.”
Dziadek popatrzył mu przez ramię.
— A czwarta wiadomość?
Kuba pokręcił głową.
— Nie ma czwartej. Do notariusza pójdę osobiście. Powiem, iż babcia miała rację co do mieszkania, ale nie co do tego, żeby przepisywać je na mnie samego. Niech zostanie na was oboje. A jak już coś, to ja wolę tylko dożywocie.
Dziadek zmarszczył brwi.
— Po co ci dożywocie?
— Żeby nikt, kto nie chciał mnie wpuścić na jedną noc, nie dostał kiedyś klucza do tego mieszkania.
Dziadek wziął kartkę i zaniósł ją babci, która stała przy zlewie. Halina przeczytała, sięgnęła po długopis leżący na parapecie i pod spodem dopisała jedno zdanie:
„Godzina 10:30. Kancelaria na Tumskiej. Idziemy wszyscy troje.”
Kuba usiadł przy stole. Babcia nalała mu herbaty, postawiła kubek, podsunęła cukierniczkę. Ręka jej lekko drżała, kiedy odstawiała czajnik na bok — nie ze spiechu, tylko ze zmęczenia, jak po długiej nocy. Usiadła naprzeciwko niego i zaczęła obierać jabłko, powoli, skórka schodziła w jednej, długiej wstążce.












