— Nie rozumiem, co to? Przemieniłaś zamki? — zaczął gniewnie Maksym. — Przez pół godziny nie mogłem wejść…
— Twoje rzeczy są u Wandy — przerwała Agnieszka. — Idź po nie, jeżeli naprawdę jesteście „stworzeni dla siebie”.
Maksym zbladł. Łokieć przy szyi zadrżał, szczęka drgnęła nerwowo.
— Co to za bzdury? Jaka Wanda?
Ale wszystko zaczęło się wcześniej. Tego dnia w salonie fryzjerskim.
— Kasiu, dziś masz wolne? — zapytała Agnieszka, patrząc na zaczerwienioną od mrozu fryzjerkę.
Kobieta strząsała śnieg z rudo-złotych włosów i zapinała płaszcz.
— Klientka zadzwoniła, potrzebuje pilnie fryzury na wesele.
— Leć — machnęła ręką Agnieszka. — Pracują ludzie, i chwała Bogu.
W salonie było ciepło i przytulnie. Pachniało kawą i lakierem do włosów.
Rafał farbował włosy klientce, Lidia i Polona piły herbatę z szarlotką.
Telefon zawibrował. Wiadomość od Maksyma: „Kochanie, dziś się spóźnię. Spotkanie z kontrahentami”.
Agnieszka uśmiechnęła się. Mąż zawsze informował. Troskliwy, pomyślała.
Wtedy drzwi otworzyły się z podmuchem zimnego powietrza.
Weszła wysoka kobieta w płaszczu z futrzanym kołnierzem. Błyszczące botki, skórzane rękawiczki.
— Dzień dobry — powiedziała chłodno. — Muszę z panią porozmawiać. Na osobności.
Agnieszka poprowadziła ją do małego gabinetu.
— Nazywam się Wanda — usiadła, krzyżując nogi. — Przyszłam porozmawiać o Maksymie.
Serce Agnieszki zabiło szybciej. Na zewnątrz zachowała spokój.
— O jakim Maksymie?
— O twoim mężu. Posłuchaj… jak masz na imię?
— Agnieszka.
— Posłuchaj, Agnieszko. Wiem, iż chorujesz. Maksym nie odważy się wnieść pozew o rozwód. Boi się cię zranić.
Kocha mnie od lat — ciągnęła Wanda. — Moglibyśmy być szczęśliwi, gdybyś przestała się tak zachowywać.
Agnieszka patrzyła na nią jak na surrealistyczny sen.
Maksym? Ten, który rano całował ją przed wyjściem? Ten, który szukał ofert na majowy wyjazd?
— Myślałam długo — kontynuowała Wanda. — Będzie uczciwie zostawić ci połowę mieszkania.
Czy szantażowanie męża jest honorowe? — zapytała, wyraźnie powtarzając wyuczoną kwestię.
Agnieszka powoli wciągnęła powietrze. Myśli brzęczały, ale pozostawały jasne.
— Muszę się zastanowić — odparła równo. — Umówmy się jutro.
Wanda zawahała się, mrugając długimi rzęsami.
— Tak… oczywiście. Zapisz mój numer.
Wieczorem Maksym wrócił, jak obiecał. Pachniał wodą kolońską i ledwo wyczuwalnym, obcym perfumem.
— Co dzisiaj zjemy? — zapytał, zrzucając buty.
— Makaron z owocami morza. Twój ulubiony.
Jedli, rozmawiali o dniu. Wszystko jak zwykle, ale Agnieszka widziała, iż to przedstawienie.
Pięć lat udawania, pomyślała. Pięć lat.
W nocy leżała bez snu, słuchając jego oddechu. Kiedy zaczęła się ta kłótnia w ich życiu? Od początku, czy później?
Utrzymywała dom, płaciła rachunki, kupowała prezenty jego rodzinie. Organizowała wakacje, przypominała o witaminach.
A on płacił tylko ratę za drogi samochód — „status i pozycja”, mawiał.
Do rana podjęła decyzję. Gdy Maksym pocałował ją na pożegnanie i wyszedł, zadzwoniła.
— Halo, Wando? To Agnieszka. Spotkajmy się dzisiaj. Wszystko już zdecydowałam.
Rano układała koszule Maksyma, prostując każdy fałd.
Granatowa w kratkę — jego ulubiona. Biała z francuskimi mankietami — prezent urodzinowy.
Pięć lat wspólnego życia zmieściło się w dwie walizki i torbę sportową.
Wanda zadzwoniła, głos jej dźwięczał triumfem.
— Już jedziemy! Taksówka czeka. Czy na pewno wszystko przemyślałaś?
— Oczywiście — odpowiedziała spokojnie Agnieszka. — Skoro mieszkanie idzie na sprzedaż, trzeba je opróżnić. Zabierz jego rzeczy. Z nim porozmawiam sama, wieczorem przyjedzie do ciebie.
W słuchawce zawisła cisza.
— Pani jest odważna — powiedziała niepewnie Wanda. — Myślałam, iż będzie krzyk, groźby. A pani taka… rozsądna.
Agnieszka się skrzywiła. Pewna siebie dziewczyna, myślała, iż świat gra na jej flet.
— Życie uczy umiaru — odparła sucho. — Podjedźcie, mieszkanie kosztuje trzysta dwanaście złotych.
Wanda weszła do mieszkania w różowym płaszczu, na obcasach, mimo lodu na chodniku.
— O, to jego ulubiony sweter! — ćwierkała. — I spinki, które dałam mu na Nowy Rok!
Agnieszka zamarła. Czy te spinki naprawdę były od niej?
Maksym mówił, iż kupił je sam, w delegacji.
— Zabierz wszystko — rzekła nisko. — I pościel, w osobnym worku.
Wanda, targając walizki do taksówki, poprawiała fryzurę.
— Maksym jest nieszczęśliwy w tym małżeństwie — rzuciła, patrząc na Agnieszkę. — Jesteśmy stworzeni dla siebie. Zobaczysz, rozkwitnie przy mnie.
Agnieszka patrzyła, jak obca kobieta rozkazuje w jej domu. Co Maksym jej powiedział?
Jaką historię wymyślił o nieszczęśliwym życiu z niewdzięczną żoną?
Gdy drzwi się zamknęły, Agnieszka usiadła na kanapie. W pustym mieszkaniu rozbrzmiewała cisza.
Pięć lat zmieniło się w garść wspomnień. A te okazały się iluzją.
Telefon ożył znów — Maksym.
„Kochanie, weź wieczorem pizzę? Chciałbym coś zjeść :)”
Agnieszka uśmiechnęła się gorzko. choćby emotikony wysyła, ten troskliwy mąż.
Przyjaciółki zazdrościły: pięć lat razem, a wciąż jak młodzi.
O siódmej rozległ się dzwonek do drzwi. Stał tam Maksym, zagubiony, rozczochrany.
— Nie rozumiem, co to? Przemieniłaś zamki? — zaczął gniewnie. — Przez pół godziny nie mogłem wejść…
— Twoje rzeczy są u Wandy — przerwała Agnieszka. — Idź po nie, jeżeli naprawdę jesteście stworzeni dla siebie.
Maksym zbladł. Łokieć przy szyi drżał, szczęka drgała nerwowo.
— Co to za bzdury? Jaka Wanda?
— Przestań — powiedziała zmęczona Agnieszka. — Była wczoraj w salonie. Opowiedziała wszystko, o waszej miłości, o moim szantażu.
A propos, po co jestem chora? — zapytała. — Co jej powiedziałeś?
— Agnieszko, posłuchaj…
— Nie, to ty słuchaj. Mieszkanie jest moje. Samochód podzielimy przy rozwodzie.
Reszta cię nie obchodzi — dodała spokojnie. — Twoje rzeczy czekają u Wandy. Idź do niej.
Maksym stał w progu, milczał. Nie miał już nic do powiedzenia.
Agnieszka zamknęła drzwi bez pośpiechu. Pierwszy raz od lat czuła się sobą.















