Nie potrzebuję sparaliżowanej… powiedziała synowa i wyszła…
Nawet nie wyobrażała sobie, co może się wydarzyć później
W jednej podlaskiej wsi mieszkał sobie zwykły staruszek, co w weekend chętnie wypijał trochę żytniej. Miał on marzenie: chciał mieć psa, ale nie byle jakiego, ale prawdziwego polskiego owczarka podhalańskiego z rodowodem. Mógłby choćby pojechać w Tatry, żeby dostać najlepsze szczenię i przywieźć je do siebie do domu.
Staruszka wszyscy nazywali Stasiuk. Czy to od imienia, czy nazwiska, już nikt nie pamiętał do każdego mówił tylko Stasiuk, a on nie poprawiał. Siadał sobie po pracy na ławce przed domem, wspominał stare czasy. Bywało, iż młodzież z sąsiedztwa chętnie go słuchała, gdy opowiadał jak dawniej było we wsi.
Żonę, Barbarę, pochował już dawno. Z sercem miała kłopoty. Lekarze odradzali jej rodzenie dzieci, ale bardzo chciała mieć dziecko. Urodziła Stasiukowi syna, ale dosłownie złamało to jej zdrowie. Kochając Barbarę, robił wszystko w domu choćby mleka nie pozwalał jej nosić z sklepu. Nie wolno! powtarzał lekarze zakazali!
Synem się zajmował sam, obiady gotował. Barbara martwiła się:
Wstydzisz mnie! Kobiety wyśmieją! Ja w domu nic nie robię! Wszystko na tobie!
Ale sąsiadki nie wyśmiewały, tylko zazdrościły:
Oj, Basia, dałabyś nam tego Stasiuka na dzierżawę, choć jeden dzień pożyć twoim życiem!
Barbara uśmiechała się tylko w odpowiedzi. Z uśmiechem odeszła na zawsze. Stasiuk rankiem znalazł ją zimną już. Płakał jak bóbr trzy dni, a potem zajął się synem.
Wtedy chłopak akurat miał 14 lat, trudny wiek. Po wojsku wcześnie się ożenił i został w mieście, gdzie służył. Tak Stasiuk został sam. Nie smucił się jednak lubił rozmawiać z młodymi, pogadać z nimi przy ławce.
Synowi po latach urodziła się córka, Stasiuk czekał na nich z rodziną w gościach, ale nie przyjeżdżali. Praca, brak czasu, co chwilę coś. Wnuczkę widział tylko na zdjęciach.
Aż pewnego dnia wieś zauważyła, iż Stasiuk chodzi jak cień, nie żartuje, nie siedzi na ławce. Pytali co się dzieje okazało się, iż dostał telegram od synowej: w rodzinie wypadek samochodowy, wnuczka w ciężkim stanie w szpitalu, a syn zginął.
Co za tragedia, co za nieszczęście! współczuła mu cała wieś, ale czy są słowa, które pomogą człowiekowi w takim bólu?
Stasiuk przyjmował kondolencje, ale nie czuł ulgi. Żal mu było syna, ale przede wszystkim martwił się o wnuczkę młoda dziewczyna, 15 lat, leży w szpitalu, w śpiączce. On nigdy jej na żywo nie spotkał, ale kochał jak własną. Ze zdjęć była bardzo podobna do Barbary z młodości.
Już miał jechać do miasta, gdzie mieszkał syn, gdy tuż przed wyjazdem pod dom podjechał samochód. Wyjęli nosze i weszła kobieta synowa. Po niej wnieśli wnuczkę, dosłownie rzucili dziewczynę na kanapę i wyszli.
Jest sparaliżowana od stóp do głowy. Nie potrzebuję takiej córki. Jeszcze zdążę wyjść za mąż i mieć zdrowe dziecko! oznajmiła synowa.
Ale przecież ja nie jestem lekarzem! próbował protestować Stasiuk.
Lekarz tu nie pomoże, potrzeba opiekunki. Nie chcesz się zajmować zakop ją żywcem, ja nie zamierzam marnować sobie życia. Ja jej niańką nie będę! rzuciła przez ramię trzasnęła drzwiami i wyszła.
Ty jej choćby matką nie jesteś! krzyknął za nią Stasiuk.
Już było jasne, dlaczego syn z rodziną nie odwiedzał go w gościach. Z taką żoną tylko marudzić po bazarze, a nie do ludzi jeździć. Jak to mu się przytrafiło z taką Zośką? Ale teraz już nie miał kogo zapytać. Gdyby wiedział, iż synowa wyrzeknie się córki, przewróciłby się chyba w grobie.
Zostali więc we dwójkę dziadek i wnuczka.
Dziewczyna byłą rzeczywiście całkowicie sparaliżowana, jednak Stasiuk do zajmowania się bliskimi był przyzwyczajony, nie bał się pracy w domu. Teraz miał jasny cel w życiu trzeba próbować ją uzdrowić.
Lekarze w mieście ją skreślili, wypisali ze szpitala. Mówili, iż choćby nie rozumieją, jak przeżyła ten wypadek. Miała obrażenia z życiem nie do pogodzenia. Zostały tylko ludowe sposoby i wróżki. Wróżka mieszkała daleko, sparaliżowanego dziecka nie dałoby się tam zabrać, a ona do domów już nie chodziła.
Stasiuk co tydzień jeździł do wróżki, ona dawała mu zioła i nalewki dla wnuczki. Tak ją kurował. Rok minął, dziewczynka dalej nie ruszała ani ręką, ani nogą, leżała jak kłoda pod kołdrą. Nie mogła choćby mówić, tylko coś niemożliwego wydawała z siebie.
Czasami dziadek zauważał pojedynczą łzę na jej policzku. Serce mu się krajało. Myślał, iż wnuczka tęskni za rodzicami. Stasiuk godzinami rozmawiał z nią, czytał książki, ale nie mogła mu odpowiedzieć. Im było bardzo ciężko.
Aż pewnego wieczora wydarzyło się coś niezwykłego. Stasiuk siedział przy łóżku wnuczki, gdy do domu wpadła pijana grupa młodych. Okazało się, iż dziadek zapomniał zamknąć drzwi na klucz. Wracali z dyskoteki, zobaczyli światło w oknie. Wiedzieli, iż w domu jest sparaliżowana dziewczyna. Ktoś zaproponował wejść zabawić się nic nie zrobi, na pewno się nie będzie bronić. Pchnęli drzwi, a te się otworzyły.
No dziadku, zdejmij kołdrę z wnuczki i rozstaw nogi! Zaraz losujemy, kto pierwszy… krzyknął najpijany.
Oszczędźcie ją! Ona ma tylko 15 lat! krzyknął Stasiuk.
Spokojnie, tylko zęby wyczyszczę! powiedział dziadek, a sam czmychnął do kuchni, otwiera piwnicę i woła: Bierz go!
Z piwnicy wyskoczył ogromny owczarek podhalański imieniem Wawrzyniec. Rzucił się na bandytów łapał za spodnie jednego za drugim! Głównego niemal pozbawił klejnotów, innym porozrywał portki na tyłku. Tak wybiegli półnago przez całą wieś, ludzie się śmiali, a Wawrzyniec za nimi aż do końca wsi gonił.
Stasiuk wraca do pokoju, a tam wnuczka siedzi na łóżku i krzyczy przez okno:
Wawrzyniec! Wawrzyniec! Dziadku, złap go, żeby nie uciekł!…
I wtedy staremu łzy poleciały. Od tej pory dziewczynka zaczęła zdrowieć. niedługo zaczęła chodzić. Czy to zioła wróżki tak zadziałały, czy szok przez psa nieważne, ważne, iż zaczęła mówić bez chwili ciszy. Wszystko, co w niej siedziało przez rok, teraz wydobyło się na głos.
A skąd się wziął pies? Spytacie. To proste. Owczarek Wawrzyniec mieszkał u syna Stasiuka, ale gdy zdarzyła się tragedia, a gospodarz zmarł, nieczuła synowa pozbyła się i córki, i psa.
Przywiozła psa razem z dziewczynką, ale choćby nie powiedziała dziadkowi. Gdy opuszczała dom, Stasiuk poszedł zamknąć bramę i zobaczył przy niej psa. Chudy, wymęczony, oczy smutne jak u chorego cielaka, płakał łzami. choćby nie wiedział, iż syn miał psa. Nie mógł zostawić go na ulicy zabrał do siebie.
Pies służył mu wiernie, a gdy tamci bandyci weszli, po prostu był w piwnicy, bo lato było bardzo gorące. Żeby nie cierpiał od upału, Stasiuk trzymał Wawrzyńca za dnia w chłodzie, a wieczorem wypuszczał. Tamtego dnia jeszcze nie zdążył wypuścić gdyby pies był na górze, nikt by choćby nie wszedł.
Wnuczka potem powiedziała dziadkowi, iż gdy płakała z tęsknoty, łzy płynęły jej po policzkach, bo brakowało jej właśnie psa. Dziadek zwykle trzymał go na dworze, do pokoju nie wpuszczał. Dziewczynka nie mogła mu tego powiedzieć.
Po wygnaniu pijanych włamywaczy, Wawrzyniec wrócił do domu i z euforią polizał twarz swojej małej pani. Sam bardzo za nią tęsknił.
Tak żyli potem we troje: Stasiuk, wnuczka i Wawrzyniec. O matce dziewczynki już nigdy nic nie słyszeli.







